Roger Żochowski Roger Żochowski 11.09.2020
Graliśmy w Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas. Najlepsza część serii od czasów pierwszego PlayStation!
2767V

Graliśmy w Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas. Najlepsza część serii od czasów pierwszego PlayStation!

Mieliśmy okazji położyć swoje łapki na grywalnej wersji Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas. Jeśli z łezką w oku wspominacie Crasha na Szaraka i bawiliście się świetnie z odpicowaną trylogią, czwórka kontynuuje udany powrót rudego Jamraja. 

Po świetnej trylogii i remake'u Crash Team Racing Activision mogło spróbować pójść ciosem i wydać nowe wersje przygód pożeracza jabłek z PS2. Zarówno wydawca jak i gracze wiedzą jednak doskonale, że wówczas seria miała najlepsze lata już za sobą i po stracie ekskluzywności na PlayStation i rozstaniu z Naughty Dog z roku na rok było coraz gorzej. Amerykanie odcięli więc grubą kreską wszystko to, co było po trylogii wjeżdżając na salony z czwartą, numerowaną odsłoną serii utrzymaną w duchu pierwszych trzech części. Po ograniu trzech leveli mogę napisać tylko jedno - brawo!

Jaki Crash jest każdy widzi

 Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas playtest - lodowa plansza

Neo Cortex i N. Tropy uciekli ze swojego międzywymiarowego więzienia i znów robią bajzel. Crash i jego siostra Coco mają więc pełne ręce roboty. Znamy ten schemat doskonale i w ramach platformówki sprawdza się wciąż bardzo dobrze. Choć gra została stworzona od podstaw na silniku Unreal Engine 4, to gameplaye’owo bardzo mocno przypomina remake trylogii. A co za tym idzie - to jest tytuł, który tylko wygląda jak miła platformówka - Crash 4 jest momentami jeszcze bardziej hardkorowy niż trzy poprzednie odsłony, co z pewnością nowych graczy przyzwyczajonych trochę do samograjów i ułatwień może zniechęcić i odrzucić.

Twórcy chyba zdawali sobie z tego sprawę, bo zaoferowali dwa tryby gry: Modern i Retro. Czym one się różnią? Retro ogranicza liczbę naszych żyć, więc gdy wszystkie stracimy nie pomogą nawet checkpointy - zaczynamy poziom od nowa. Przyznam szczerze, że choć ukończyłem w trybie retro wszystkie trzy poziomy z dema, to jednak próby zebrania wszystkich sekretów i skrzynek w tej formule spaliły na panewce. Tryb Modern dalej sprawia, że przy przechodzeniu niektórych poziomów nabawimy się siwych włosów, ale daje graczom nieograniczone szanse na ukończenie poziomu, a dodatkowe życia w skrzyniach zastępuje skrzynkami Wumpa. Po śmierci wracamy po prostu do ostatniego checkpointu - a że te nie są zbyt częste, to i tak sporo się napocimy. Dodatkowo w trybie tym pojawia się licznik śmierci - możemy dzięki temu sprawdzić ile razy musieliśmy ginąć, zanim udało nam się doczłapać na koniec levelu.

Maski kwantowe 

 Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas playtest - T-Rex

Pierwsze dwa poziomy - Snow Way Out i Dino Dash - to klasyka pełną gębą i nostalgiczna bomba prosto w twarz wliczając w to zestaw ruchów z Crash Bandicoot 3: Warped z obowiązkowych kręciołkiem, wślizgiem i podwójnym skokiem. Zimowy level zabrał mnie do wioski rybackiej z panoszącymi się nieumarłymi rybakami. Nie zabrakło lodowych platform, na których Crash wpada w poślizg, załamujących się pod jego ciężarem rusztowań oraz.... kontroli czasu. Nowością w serii jest wykorzystanie specjalnych masek kwantowych. W przeciwieństwie do Aku Aku, nie można ich znaleźć w skrzyniach. Ubieramy je w wybranych fragmentach poziomów, dzięki czemu możemy skorzystać z unikalnych mocy. Na levelu Snow Way Out była to maska Kupuna-Wa, pozwalająca na spowalnianie czasu. I jestem zachwycony jak działa ta mechanika urozmaicając gameplay. Spadające z ogromną prędkością lodowe platformy możemy pokonać tylko spowalniając czas i próbując przedostać się po nich do dalszych fragmentów mapy.

Dino Dash, drugi ze wspomnianych leveli, zabrał mnie do prehistorycznych czasów, w których rządziły przeróżne owady, roślinki plujące kwasem i dinozaury. Poza skakaniem po ich głowach czekało mnie spotkanie z T-Rexem. I tutaj wjechał kolejny klasyczny motyw - bieg w kierunku kamery. Skakanie nad przepaściami z lawą, ślizgi pod kolcami, unikanie innych stworzeń - istny Jurassic Park. Na planszy mogłem też poznać drugą z masek kwantowych - Lani-Loli - która pozwala Crashowi przełączać się między dwoma wymiarami. O co chodzi? Podczas grindowania po lianach i korzeniach drzew za pomocą spustu sprawiamy, że jedne elementy otoczenia znikają, a inne się pojawiają. Sztuką jest kombinowanie w taki sposób, by dezaktywować podczas zjazdu przeszkody i aktywować skrzynki do zebrania. I w sumie nie mogę się już doczekać, jakie moce dadzą nam inne maski. 

Cortex in da house!

 Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas - Cortex

Poziomy są nieco większe i bardziej rozbudowane niż w Crash Bandicoot N. Sane Trilogyi widać to gołym okiem. Wciąż jednak zachowały w miarę liniowy charakter, choć da się odczuć, że więcej jest tu kombinowania w 3D i szukania alternatywnych ścieżek. Ukryto naprawdę masę nowych skarbów, klejnotów, skrzyń, również tych z wykrzyknikiem i czasówek, które są aktywowane gdzieś w tle i mamy ograniczony czas na ich zdobycie, więc masterowanie gry będzie naprawdę trudną sztuką. Zabraknąć nie mogło też oldskulowym fragmentów leveli stylizowanym na 2D, a perspektywa co chwila się zmienia ukazując prześliczne i pełne życia poziomy przypominające kreskówki. Wprawdzie zdarzyło się dwa razy, że lekko chrupnęła animacja, a Crash zaliczał zgony choć nie dotknął przeszkody, ale są to elementy, które zapewne ulegną poprawie do premiery,

Ostatni etap, Cortex Timeline, to kolejna nowość i pewna zmiana konwencji. Zaczynamy na tym samym zimowym poziomie, ale grywalnym Dr. Neo Cortexem, odwiecznym wrogiem Crasha. Początkowo zupełnie nie mogłem się przyzwyczaić do tej postaci z racji tego, że nie posiada ona podwójnego skoku. Ginąłem na potęgę i dopiero gdy odkryłem, że strzelając blasterem w przeciwników zmieniam ich w metalowe platformy, na które mogę wskoczyć, a atakując drugi raz przekształcam owe platformy w galaretę, na której mogę wybić się do góry, zaczęła się zabawa. Cortex może też użyć swojego plecaka, by przelecieć spory fragment w powietrzu, ale tylko w poziomie. Nie jest łatwo ukończyć jego sekcje, zwłaszcza, że plansza najeżona jest skrzyniami z nitro, ale warto, bo dochodzimy do momentu, w którym widzimy przebiegającego poniżej....Crasha.

Cortex aktywuje w tym momencie detonator, który niszczy łódź na wodospadzie i ta eksplozja była wcześniej widoczna gdy grałem Crashem, ale dopiero teraz, w alternatywnej linii czasu, poznałem przyczynę eksplozji. Chwilę później przejąłem kontrolę nad Rudym i mogłem ponownie ukończyć ten sam poziom, ale zremiskowany, napakowany jeszcze większą liczbą pułapek i ukrytych skrzyń do zabranie. Burdel na kółkach i prawdziwa gratka dla crashowych masochistów zwłaszcza, że standardowa maska ochronna nie ratuje nas od przepaści, lawy czy lodowatej wody, po zetknięciu z którymi giniemy na miejscu. 

Crash Bandicoot 4 to gra bezpieczna w swojej formie, twórcy nie chcieli odkrywać koła na nowo, stawiając na sprawdzony schemat. Trzeba przyznać, że momentami trochę już archaiczny, z bezlitosną i nieprzewidywalną mechaniką skoków, wymagający wyczucia czasu, precyzji i czasami wręcz irytujący, gdy po raz dwudziesty próbujemy dotrzeć do następnego checkpointu. Sceptyków zremasterowanej trylogii Crash 4 odrzuci, bo choć maski wydają się świetnym urozmaiceniem rozgrywki, to jednak szkielet zabawy bardzo się nie zmienił. Cała reszta już wkrótce zostanie zalana falą nostalgii i dostanie zapewne jedną z najlepszych i najładniejszych platformówek w tym roku, która już na pierwszy rzut oka oferuje znacznie większe rozbudowanie poziomów. Osobiście nie mogę się doczekać „crashowania”. 

Tagi: Activision Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas Toys for Bob