Jędrzej Dudkiewicz Jędrzej Dudkiewicz 06.02.2020
Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) – recenzja filmu. Deadpoolka
4370V

Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) – recenzja filmu. Deadpoolka

A już było dobrze, już wydawało się, że DC wreszcie – powoli, bo powoli, ale jednak – zaczęło iść we właściwym kierunku tworzenia filmów bazowanych na komiksach. Była porządna Wonder Woman, były dobre i sympatyczne Aquaman oraz Shazam!, był w końcu Joker. Aż tu nagle do kin trafiają Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn).

Rzecz dzieje się po wydarzeniach z Legionu samobójców. Harley Quinn rozstała się z Jokerem, tym razem wszystko wskazuje, że na dobre. Po pijaku wpada na pomysł, by zakomunikować to całemu światu, co nie jest najlepszym możliwym pomysłem, gdyż to właśnie reputacja jej ukochanego dawała jej nietykalność. Teraz każdy chce ją zabić, na czele z szykującym się do przejęcia władzy nad całym Gotham gangsterem Romanem Sionisem.

Ptaki nocy - recenzja

Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) – film bez fabuły

Harley Quinn bez wątpienia była jednym z największych atutów Legionu samobójców (inna rzecz, że film ten prawie nie miał innych plusów). Nic dziwnego zatem, że zdecydowano się nakręcić produkcję, w której postać ta grałaby pierwsze skrzypce. Jestem nawet w stanie zrozumieć, że chciano wykorzystać okazję, by pokazać bohaterkę, która wyzwala się spod wpływu księcia zbrodni i staje na własnych nogach, nabierając wewnętrznej pewności siebie. Problemy z tym są jednak dwa. Po pierwsze, w Legionie samobójców zupełnie od nowa napisano relację Harley i Jokera, tworząc z nich iście romantyczną parę, a nie – co jest najbardziej wstrząsające i jakkolwiek intrygujące – związek złożony z zakochanej kobiety oraz psychopaty, który stosuje wobec niej przemoc. Harley ma zatem po prostu złamane serce, więc jest to już pierwszy zgrzyt na tytułowej emancypacji. Drugim jest to, że w pewnym momencie bohaterka postanawia dogadać się ze Sionisem i oddać się tym razem pod jego opiekę, by odzyskać nietykalność. Rzeczywiście, niezależność o się zowie.

Są to jednak problemy leżące u podstaw scenariusza, złe punkty wyjściowe. Kolejnym jest to, że Ptaki nocy są w zasadzie całkowicie pozbawione fabuły. Ekranowe wydarzenia powiązane są ze sobą bardzo grubymi nićmi i to nie dlatego, że prowadząca narrację Harley skacze w czasie i przestrzeni, bo czasem robi dygresje, a innym razem postanawia zaserwować retrospekcję. Mało tu po prostu ciągu przyczynowo skutkowego, kolejne wydarzenia bardziej się po prostu dzieją, niż z siebie wynikają. Przyznam, że trudno było mi utrzymać zainteresowanie czymkolwiek, co działo się na ekranie. Nie mówiąc już o różnorakich absurdach. Ja rozumiem założenie polegające na tym, że chce się pokazać silną postać kobiecą, która potrafi dać sobie radę w najróżniejszych sytuacjach. Ba, jak najbardziej chcę takie bohaterki oglądać i podziwiać. Ale nie można robić tak, że całą rzecz sprowadza się do tego, że w ciągu trzech minut Harley, przy użyciu wyłącznie kija baseballowego, jest w stanie pokonać sześciu koksów z karabinami maszynowymi. Wszystko ma swoje granice.

Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) – Margot Robbie i długo nic

Oczywiście nie jest tak, że nic w Ptakach nocy nie działa. Są plusy, owszem, ale jest ich niestety bardzo, bardzo mało. Do atutów na pewno należy grająca główną rolę Margot Robbie, która wciela się w Harley Quinn z takim wdziękiem, brawurą i umiejętnością skakania między najróżniejszymi emocjami, że zwyczajnie nie da się jej nie lubić. Warto jednak zwrócić uwagę, że twórcy najwyraźniej chcieli zrobić z niej swojego Deadpoola, gdyż często zachowuje się ona w podobny sposób, tak też prowadzi narrację, no i co chwila musi rzucać jakimś żartem. O ile w Deadpoolu chodziło o zabawę konwencją, o tyle tutaj nie ma to celu i bywa męczące. Co i tak nie zmienia tego, że Robbie jest świetna. Szkoda tylko, że reszta obsady jej nie dorównuje. Na dobrą sprawę tytuł Ptaki nocy jest mocno mylący, bowiem grupa ta działa razem ledwie przez jakieś dziesięć minut i to też głównie z konieczności. Zanim to nastąpi poszczególne postacie przypadkowo spotykają się tu i tam, nie wchodząc w jakieś bardziej bliskie i zażyłe relacje. Większość z nich nie dostaje nawet odpowiednio dużo czasu, by można się było nimi zainteresować. Grająca Łowczynię Mary Elizabeth Winstead pojawia się tak rzadko, że czasem można zapomnieć, że w ogóle występuje w tym filmie. Z kolei Czarny kanarek jest zupełnie nijaki, a Renee Montoya głównie irytująca. Jakkolwiek broni się jeszcze co najwyżej Ewan McGregor, ale i on nie wychodzi poza mocno sztampową rolę ekscentrycznego złola.

Jako plus Ptaków nocy można na pewno zaliczyć niezłe tempo, bo akcja pędzi do przodu szybko (ale wciąż, nie ma to większego sensu, więc co z tego?), a także garść rzeczywiście udanych żartów, których głównym źródłem jest oczywiście Harley Quinn. Osobiście jednak za największą zaletę tej produkcji uznaję to, że… nie pojawia się w niej Jared Leto. Trudno mi Ptaki nocy określić inaczej, niż – niestety – jako spory krok w tył w komiksowych produkcjach od DC.

Tagi: DC film Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) recenzja

Werdykt
  • + Dobre tempo, bo jest dużo akcji (inna sprawa, że nic tu nie ma sensu);
  • + Margot Robbie jako Harley Quinn;
  • + Garść udanych żartów;
  • + Nie ma Jareda Leto
  • - Beznadziejny scenariusz, który sprawia, że w filmie nie ma fabuły;
  • - Kilka kontrowersyjnych pomysłów;
  • - Druga garść żartów, tym razem średnio udanych;
  • - Oprócz Harley Quinn reszta postaci w zasadzie nie istnieje (może poza Sionisem granym przez McGregora)
4.0
Jędrzej Dudkiewicz
Jędrzej Dudkiewicz Dwie wiadomości: dobra i zła. Dobra to taka, że Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) są lepsze od Legionu samobójców. Zła, że tylko trochę.