Kryspin Kras Kryspin Kras 25.08.2019
Final Fantasy VII Remake - graliśmy w remake legendy. Rzut okiem niezasłoniętym nostalgią
2361V

Final Fantasy VII Remake - graliśmy w remake legendy. Rzut okiem niezasłoniętym nostalgią

Nigdy nie byłem wielkim fanem serii Final Fantasy. Ba, te części w które grałem (6,8,9) mnie zwyczajnie od siebie odrzuciły do tego stopnia, że wolałem nawet nie odpalać kultowej dla wielu z Was “siódemki”. Jakie więc są moje wrażenia zagraniu w remake legendarnego tytułu?

Roger to sprytna bestia. Doskonale wiedział, że nie jest mi po drodze z Final Fantasy, żeby nie powiedzieć, że gardzę tą marką (no nic nie poradzę na to, że żadna z ogrywanych przeze mnie części mi nie przypadła do gustu), a mimo to na tegorocznym Gamescom z premedytacją wysłał mnie do ogrania krótkiego, piętnastominutowego demka Final Fantasy VII Remake. I wiecie co? Ten nasz naczelny to jednak ma łeb na karku, bo po zagraniu… mam ochotę na więcej!

Demko, uprzedzone kilkuminutową cutscenką, wyjaśniającą pokrótce sterowanie i mechaniki gry, rozpoczyna się w momencie w którym Cloud i Barret mają za zadanie dostać się pod reaktor i podłożenie weń ładunków wybuchowych. Po przejęciu sterowania nad Cloudem schodzimy drabinką niżej, trochę zwiedzamy korytarzową lokację, niszczymy kilka pudeł, coby to sprawdzić, czy w środku nie ma przydatnych itemków, ogólnie nic specjalnego. W końcu trafiamy na pierwszych przeciwników i… cholera jasna jakie to jest dobre. Gra natychmiast przenosi nas w tryb walki, bez żadnych ekranów ładowania, przejść, czy czegokolwiek. Jest to szczególnie powiązane z tym, że, w przeciwieństwie do oryginału, FF7 Remake nie jest de facto turowym JRPG, gdzie postacie sobie spokojnie czekają na naładowanie paska ATB i wykonanie komend. Remake można by określić jako miks tradycyjnego slashera w stylu GOWa czy innego DMC, z turową grą RPG. Dlaczego? Bo przede wszystkim lwia część walki skupia się na szybkim atakowaniu przeciwników, osłanianiu się i unikaniu ataków, co nie tylko oczywiście sprowadza się do pokonywania wrogów, ale również do nabijania znanego fanom serii paska ATB. Pasek w demie składał się z dwóch segmentów i już po naładowaniu jednego możemy za pomocą jednego przycisku (kółko) przejść w niejako tryb turowy. Czas zwalnia do bardzo małej prędkości, a my w tym momencie możemy wybrać co nasza postać może zrobić: użyć skilla, który kosztuje 1 lub 2 segmenty ATB, czaru, który poza ATB kosztuje również MP lub jakiegoś itemka, który nas podleczy czy odnowi MP. Po wybraniu interesującej nas opcji, rozgrywka wraca do normalnej prędkości, postać robi to co jej kazaliśmy i wracamy do dalszego siekania przeciwników.

Oczywiście druga postać w drużynie w tym czasie walczy automatycznie, robiąc co może by nam pomóc, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przełączyć się z Clouda na Barreta i na odwrót. Barret doskonale radzi sobie z atakiem na odległość, ma też pod ręką skille podbijające różne statsy i mocarne na roboty czary, Cloud z drugiej strony to czysto ofensywna broń masowego rażenia, gdzie jego skille skupiają się przede wszystkim na siekaniu niemilców swoim gigantycznym Buster Swordem. Naturalnie, każda postać nabija swój pasek ATB osobno, więc dobrze jest by obydwoma postaciami odpowiednio zapełnić wskaźniki i jednocześnie uruchomić jakieś umiejętności by przeprowadzić totalną destrukcję przeciwnika. Działa to FENOMENALNIE! Nie wiem jak najwięksi fani FF7 na te mechaniki zareagują, ale ja jestem w zachwycony. Walka jest prosta (przynajmniej w demie) i niezwykle efektowna. Takich odbłysków, iskier, wybuchów itd. itp. spodziewałbym się prędzej w grze Platynowych niż w kolejnej odsłonie Final Fantasy od Square Enix.

A skoro już o efekciarstwie mowa, to demo kończy się walką z bossem - robotycznym skorpionem, który chroni rdzeń reaktora. Słodki Sephirocie, co tam się odwala! Potyczka składa się z kilku faz, boss wali atakmi na prawo i lewo, wystrzeliwuje rakiety, strzela laserami, no kosmos. Kluczem do sukcesu jest współpraca Barreta z Cloudem, co chwila zmieniamy kontrolowaną postać, atakujemy jednocześnie czarami i skillami. Nie chodzi tu też o bezmyślne walenie w przeciwnika, czasem musimy wykorzystać teren walki do schowania się przed groźnym atakiem. Strasznie mi się ta walka podobała i jeśli tak ma wyglądać reszta gry - biorę bez popity.

Walka z bossem jest niezwykle filmowa, z doskonale wyreżyserowanymi przerywnikami pełnymi akcji i doskonałych ujęć. W ogóle cała gra wygląda i brzmi wspaniale, angielski voice acting stoi na najwyższym poziomie, podobnie jak i sama oprawa wizualna. Final Fantasy VII Remake wygląda po prostu zjawiskowo, bohaterowie się doskonale animowani, wszystko działa płynnie i nie zauważyłem żadnych dropów (o ile mnie pamięć nie myli, to gra odpalona była na PS4 PRO). 

Nigdy bym się tego po sobie nie spodziewał, że to powiem, ale cholera: jaram się straszliwie tym Fajnalem i autentycznie zaczynam się zastanawiać nad zakupem na premierę. Ja - człowiek, który nie cierpi Final Fantasy. W zasadzie nie mogę się tu do niczego przyczepić: wygląda wspaniale, brzmi cudownie, gra się fantastycznie. Może jedynie do trochę mdłego poruszania się po lokacji, ale serio to już czepianie się na siłę. Najbardziej mi się podobałą oczywiście walka, ale liczę, że slasherowy segment walki zostanie wzbogacony o jakieś interesujące combosy. 

Puryści mogą powiedzieć, że ten Remake ma tyle wspólnego z oryginalnym FF co kebab z wykwintnym daniem, ale wiecie co? Czasem kebab potrafi lepiej smakować i bardziej zaspokoić głód niż obiad w pięciogwiazdkowej restauracji. Mnie Square Enix kupiło tym demkiem i wierzę, że innych też kupi.
 

Tagi: Final Fantasy VII Remake Square Enix