Kosmiczny kicz czy ekscentryczne dzieło? Ten film science fiction do dziś dzieli widzów

Kosmiczny kicz czy ekscentryczne dzieło? Ten film science fiction do dziś dzieli widzów

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Powracająca w tym miesiącu do oferty Amazon Prime „Siła witalna” Tobe’a Hoopera to prawdopodobnie najdziwniejszy film fantastyczny ostatnich dekad XX wieku. Osobliwa mieszanka science fiction i kina grozy, ze szczególnym uwzględnieniem horroru wampirycznego, spotkała się w swoim czasie z chłodnym przyjęciem i mocno podkopała pozycję twórcy „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, ale po latach wielu widzów doceniło jej brawurę.

Ogromny sukces finansowy „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, przez kilka lat, do triumfu „Halloween” Johna Carpentera, uznawanej za najbardziej kasowy film niezależny w historii, wcale nie sprawił, że jej reżyser Tobe Hooper z miejsca stał się najbardziej wziętym twórcą swoich czasów. Tuż po sukcesie swojego niskobudżetowego horroru artysta z Austin zrealizował jeszcze dwa podobne, choć znacznie mniej znaczące filmy, a dopiero na początku lat 80. dostał szansę pracy przy dużo większym budżecie. Majacy swą premierę w 1982 roku „Poltergeist” okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym, którego splendor teoretycznie powinien spłynąć na reżysera. Tym razem stało się jednak inaczej…

Dalsza część tekstu pod wideo

W międzyczasie pojawiły się bowiem doniesienia o ogromnej ingerencji Stevena Spielberga, twórcy pomysłu na scenariusz, w pracę na planie słynnego „Poltergeista”. Spielberg nie tylko wybrał Hoopera na reżysera tego projektu, ale według relacji wielu osób obecnych na planie często się tam pojawiał i miał sporą kontrolę nad tym, co się na nim działo. Niektórzy twierdzili, iż była ona tak duża, że Spielberga należałoby uznać za współreżysera, a nawet głównego reżysera, co pomniejszałoby wkład Hoopera w film. Z doniesień o pracach nad produkcją wyłaniał się obraz twórcy bardzo niepewnego, który chętnie przystawał na sugestie kolegi po fachu, gdy tylko trzeba było zmierzyć się z trudniejszymi wyzwaniami. Nic dziwnego, że spora część opinii publicznej uznała, że za sukcesem „Poltergeista” stał przede wszystkim Spielberg.

Szansą na pozbycie się fatalnej łatki stał się kolejny projekt Hoopera. Reżyser podpisał bowiem kontrakt na realizację trzech filmów dla Cannon Group, należącej do Menahema Golana i Yorama Globusa. Wytwórnia, w owym czasie znana przede wszystkim z kina eksploatacyjnego, bardzo chciała wejść do wyższej ligi i z tą myślą chwytała się przeróżnych projektów. Jednym z ciekawszych miała być ekranizacja znanej powieści „Kosmiczne wampiry” Colina Wilsona, będącej osobliwą mieszanką klasycznej fantastyki naukowej i horroru. Szefostwo Cannon zapewniło Hooperowi solidny budżet, sięgający 25 milionów dolarów, a także sporą swobodę twórczą. Nic dziwnego, że reżyser zabrał się do pracy z wielkim entuzjazmem.

Dyskretny urok starych horrorów

Lifeforce
resize icon

Sukces nowego filmu miał zapewnić nie tylko znakomity reżyser, ale też znany scenarzysta. Pracę nad scenariuszem powierzono bowiem Danowi O’Bannonowi, współtwórcy pomysłu wyjściowego do wcześniejszego hitu, a dziś klasyka, który łączył oba wspomniane już gatunki: „Obcego. Ósmego pasażera Nostromo”. Szybko jednak okazało się, że O’Bannon i współpracujący z nim Don Jakoby mają bardzo mało czasu na ukończenie tekstu, knad którym pracowali oni nawet już po rozpoczęciu okresu zdjęciowego. Hooper chciał, by scenarzyści połączyli typowe fantastycznonaukowe tropy z klimatem starych horrorów studia Hammer. W ostatecznym rozrachunku sprowadziło się to do kilku podstawowych cech: jaskrawej kolorystyki, mocno teatralnej gry aktorskiej i przesadnie melodramatycznych reakcji, zestawionych z nowoczesnymi jak na tamte czasy efektami specjalnymi.

Największym problemem okazało się jednak, rzecz jasna, znalezienie odpowiedniej aktorki do roli kosmicznej wampirzycy, którą twórcy szybko ochrzcili mianem Space Girl. Według zamierzenia postać ta nie potrzebowała słów, by za sprawą swojej seksualnej siły oddziaływać na spotykanych mężczyzn i wysysać z nich tytułowe siły witalne. Wybrana ostatecznie do tej roli osiemnastoletnia Francuzka Mathilda May początkowo była gotowa natychmiast zakończyć udział w castingu, gdy poproszono ją o rozebranie się. Szybko skontaktowała się ze swoim agentem, podejrzewając, że została wmanewrowana w przesłuchanie do filmu pornograficznego. Zgodziła się dopiero po zapewnieniu, że ma to być film science fiction, i po wyjaśnieniu głównego konceptu. Choć wówczas właściwie nie znała angielskiego, do końca prac nad filmem nie tylko zdążyła się go nauczyć, ale nawet podłapała brytyjski akcent.

Duży budżet pozwolił Hooperowi sięgnąć po prawdziwych specjalistów od efektów specjalnych. Za efekty optyczne odpowiadał John Dykstra, znany przede wszystkim z pracy przy filmach z serii „Gwiezdne wojny”. Z sagą George’a Lucasa związany był też Nick Maley. Ekipa pod ich kierownictwem przygotowała modele statków kosmicznych, makiety, takie jak choćby plan niszczonego Londynu, oraz animatroniczne efekty przedstawiające wysuszone ludzkie zwłoki. Ważną kwestią okazał się też format filmu. Hooper nalegał, by kręcić go z myślą o projekcji w 70 mm, która miała podkreślić monumentalność scen kosmicznych i apokaliptyczny finał. W żadnym wypadku nie chciał ograniczać się do ciasnych wnętrz i typowych tanich sztuczek fantastycznego kina klasy B, bo myślał o filmie jako o pełnoprawnym hollywoodzkim blockbusterze swoich czasów.

Niestety problemy z realizacją filmu pojawiły się już na etapie zdjęć. Początkowo zaplanowano je na siedemnaście tygodni, ale ostatecznie wydłużono o pięć. Niektórych istotnych scen nie nakręcono, a zdarzało się, że prace nad nimi wstrzymywano z powodu kłopotów finansowych. Wspomniany już Dykstra narzekał później na pośpiech w postprodukcji, który utrudniał dopracowanie niektórych efektów optycznych. Tuż po zakończeniu zdjęć przedstawiciele Cannon Group zaczęli ingerować nie tylko w montaż, ale też w ścieżkę dźwiękową: w wersji amerykańskiej zastąpili orkiestrową muzykę Henry’ego Manciniego utworami Michaela Kamena i Jamesa Guthriego. Okazało się to dopiero początkiem ogromnych zmian, które ostatecznie wpłynęły na kształt filmu.

Histeryczna wampiryczna pornografia

Siła witalna
resize icon

Pierwotna wersja produkcji, zmontowana z udziałem samego Tobe’a Hoopera, trwała 128 minut. Szefostwo Cannon Group bardzo szybko uznało ją jednak za nie do przyjęcia i nakazało radykalne skrócenie. W toku dalszych prac usunięto część scen rozgrywających się na pokładzie statku Churchill, które zdaniem producentów zajmowały zbyt dużo miejsca, bo ich zdaniem film powinien szybciej przejść do wydarzeń na Ziemi. Niewątpliwie wpłynęło to na płynność fabuły w pierwszej części. Ostatecznie zdecydowano o stworzeniu dwóch wersji: międzynarodowej, trwającej 116 minut i zachowującej większość materiału, oraz amerykańskiej, krótszej o 15 minut, którą później dystrybuowało Tri-Star Pictures.

Mocna ingerencja producentów w materiał zwykle stanowi podstawę legendy o tym, dlaczego film został później zmiażdżony przez krytyków lub nie spotkał się z entuzjazmem widzów. „Siła witalna” zupełnie jednak do tego schematu nie pasuje. Tuż po kinowej premierze film został bowiem bezlitośnie zmiażdżony przez dziennikarzy, którzy nie mogli się zdecydować, czy mają do czynienia z wampiryczną pornografią, czy z osobliwym filmem o zombie, ale jednocześnie byli oni zgodni, że jest to dzieło wyjątkowo szalone, a przy tym kompletnie głupie. Częścią problemu okazał się, jak zwykle, marketing. Cannon Group usilnie starało się bowiem sprzedać swój film jako wielkie widowisko, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, że ma do czynienia z osobliwym, kampowym połączeniem horroru i science fiction z domieszką cudacznej erotyki.

Nikogo więc nie zdziwi ani to, że w swoim czasie film okazał się ogromną klapą finansową, zarabiając w kinach niewiele ponad 11 milionów dolarów, ani też to, że w XXI wieku doczekał się on wyraźnego renesansu popularności i zyskał nowych fanów. Widzowie, którzy w kolejnych dekadach odkrywali go na przeróżnych nośnikach, a w końcu także w streamingu, zaczęli doceniać nie tylko niezwykłą warstwę wizualną tego ekscentrycznego dzieła, lecz także odwagę twórców. Połączyli oni w nim kilka z pozoru nieprzystających do siebie gatunków i mimo wyraźnej kampowości zrezygnowali z tak dziś popularnej ironii, tworząc film śmiertelnie poważny. Nie licząc oczywiście wygłaszanych z absolutną powagą kwestii w rodzaju: „Bez obaw! Naga kobieta nie wydostanie się z tego kompleksu”, przy których dziś bardzo trudno zachować powagę.

Występ w osobliwym widowisku science fiction ostatecznie nie stał się dla Mathildy May przepustką do wielkiej międzynarodowej kariery, choć aktorka zagrała później pamiętne role, choćby w cenionym we Francji „Krzyku sowy” Claude’a Chabrola, za którą otrzymała prestiżowe wyróżnienie, oraz w dobrze pamiętanym „Szakalu”, który jednak znów nie zapewnił jej przełomu. Ciekawy jest przypadek Patricka Stewarta, którego Hooperowi miał polecić sam David Lynch, współpracujący z nim na planie „Diuny”. Aktor zawsze podkreślał w wywiadach, że to właśnie z Hooperem pracowało mu się najlepiej, jak również to,  że cięcia montażowe wyrządziły filmowi wiele szkody. Dopiero kilka lat po premierze „Siły witalnej” po raz pierwszy wcielił się w kapitana Jean-Luca Picarda w innej wielkiej produkcji science fiction, z którą jest dziś najmocniej kojarzony.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper