Hollywood ma nowego przeciwnika. I wcale nie chodzi o Netflixa
Hollywood przez ostatnie kilkanaście lat nauczyło się bać Netflixa. A później, Drodzy Czytelnicy, przyszły Disney+, Prime Video, Apple TV i cała armia innych platform, które zaczęły walczyć o te same wieczory przed telewizorem. A co ciekawe, kolejny przeciwnik wcale nie zamierza walczyć o telewizor. Wystarczy mu ekran, który mamy w kieszeni.
YouTube w lipcu tego roku odpowiadał za rekordowe 14,2% całego czasu oglądania telewizji w USA, licząc tradycyjną telewizję, kablówkę i streaming. Był największym pojedynczym dystrybutorem treści w zestawieniu Nielsena, wyraźnie przed Netflixem i całymi koncernami medialnymi. I tu robi się - moim zdaniem - wyjątkowo ciekawie. Hollywood przez dekadę przygotowywało się do wojny ze streamingiem. Tymczasem największy przeciwnik jest w innym miejscu.
YouTube przestał być małym ekranem
Najważniejsza zmiana zaszła chyba wtedy, gdy YouTube przestał kojarzyć się przede wszystkim z telefonem i monitorem komputera. Coraz więcej ludzi odpala go dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno oglądało pełnoprawne filmy i seriale - na największym ekranie w domu. YouTube jest potęgą i korzystamy z niego wszyscy. Chyba że jest wśród Was, Drodzy Czytelnicy, ktoś z innym podejściem? Ale wróćmy do tematu…
Treści wyglądają dziś zupełnie inaczej niż dziesięć lat temu. Najwięksi twórcy budują studia, zatrudniają ekipy, kręcą wieloodcinkowe serie i potrafią wydać na jeden materiał pieniądze, które kiedyś kojarzyły się z normalną produkcją telewizyjną. MrBeast właściwie prowadzi własną fabrykę widowisk, kanały dokumentalne robią godzinne reportaże, twórcy motoryzacyjni produkują formaty przypominające dawne programy telewizyjne, a podcast wideo może trwać trzy godziny i nadal zebrać miliony odbiorców.
Hollywood ma z tym jeden paskudny problem: YouTube nie musi zachowywać się jak Hollywood. Film kinowy potrzebuje kampanii, dystrybucji i zwykle całej machiny przekonującej ludzi, że warto poświęcić mu wieczór. Twórca internetowy może mieć widza przyzwyczajonego do powrotu w każdy piątek od siedmiu lat. I trudno mi sobie nawet obecnie wyborazić, żebym nie mógł przynajmniej zajrzeć na YouTube’a.
Najdroższa waluta to nie bilet
Hollywood oczywiście nadal potrafi zrobić wydarzenie na skalę, której pojedynczy kanał internetowy długo nie powtórzy. Wielkie premiery jak nowy Avatar, kolejni Avengersi z Marvela, czy kolejny Nolan potrafią zarabiać niebotyczne sumy na start. Tyle że większość życia nie składa się z premierowego weekendu. I w tym ich innych momentach YT jest wyjątkowo silny.
Do tego algorytm zna nas lepiej niż repertuar kina. Jeśli ktoś przez miesiąc ogląda materiały o Japonii, kreskówkach z lat 90. albo historii gier, YouTube może bez końca dostarczać kolejne rzeczy na dokładnie ten temat. Hollywood musi znaleźć historię, która zainteresuje kilka czy kilkanaście milionów ludzi jednocześnie. YouTube może podzielić te miliony na tysiące małych grup i każdej z nich pokazać zupełnie coś innego.
I tutaj zaczyna się prawdziwa konkurencja. To te setki zwyczajnych wieczorów, podczas których planowaliśmy włączyć film, a kończy się na jednym materiale z YouTube’a. Potem drugim. Później półgodzinnym dokumencie poleconym przez algorytm. Gdy pojawiają się napisy końcowe, jest już po północy. Film może poczekać do jutra.
YouTube ma przy okazji przewagę, której klasyczne studia raczej nigdy nie skopiują w pełni - niewyobrażalną różnorodność. Jedna firma nie musi zgadywać, jaki będzie następny trend. Miliony twórców robią to za nią każdego dnia. Jeśli jakiś format zaczyna działać, natychmiast pojawiają się kolejne wersje. Jeśli ludzie przestają klikać, twórca widzi to praktycznie od razu. Hollywood potrafi przez trzy lata produkować film oparty na trendzie, który zdąży umrzeć przed premierą. YouTube sprawdza podobne rzeczy do piątku.
Nie, kino nie umrze
Osobiście nie sądzę, żeby YouTube zastąpił kino. Wypad do IMAX-a na wielkie widowisko daje doświadczenie, którego nawet najlepszy telewizor i najdroższy kanał internetowy nie odtworzą. Problem Hollywood leży gdzie indziej. Filmy i seriale nie konkurują już wyłącznie z innymi filmami i serialami. Walczą z człowiekiem, którego oglądamy od dekady i którego nowy materiał właśnie pojawił się obok przycisku Netflixa.
YouTube zaczynał jako miejsce, w którym oglądaliśmy krótkie klipy podczas siedzenia przy komputerze. Dzisiaj jest numerem jeden na największym ekranie w amerykańskim domu. Hollywood spędziło ostatnie lata, oglądając się na Netflixa. W tym czasie ktoś z kamerą, mikrofonem i dobrym pomysłem po prostu usiadł obok na kanapie. I nie wszystko, co się tam pojawia, się obrazem patologii społecznych.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych