Fincher, Tarantino i Brad Pitt w jednym filmie. Netflix stworzył projekt, który kiedyś MUSIAŁBY trafić do kin
Gdyby dziesięć lat temu ktoś wszedł do hollywoodzkiego studia z takim zestawem nazwisk, rozmowa szybko zeszłaby na datę premiery, liczbę ekranów i kampanię oscarową. David Fincher za kamerą. Quentin Tarantino przy scenariuszu. Brad Pitt ponownie jako Cliff Booth, czyli rola, za którą dostał Oscara. Do tego dalszy ciąg filmu, który na świecie zarobił ponad 377 mln dolarów. Brzmi jak materiał na premierę ustawioną w samym środku sezonu nagród, czerwony dywan i plakaty wiszące przez miesiąc przed każdym multipleksem.
Tymczasem The Further Mis-Adventures of Cliff Booth jest filmem Netflixa. Owszem, platforma robi mu bardzo elegancki ukłon w stronę dużego ekranu - od 25 listopada produkcja będzie grana przez dwa tygodnie w IMAX-ach na całym świecie. 23 grudnia wyląduje już jednak tam, gdzie od początku znajduje się jej właściwy dom: w aplikacji pomiędzy serialem, który oglądaliśmy wczoraj, a dokumentem podrzuconym przez algorytm.
Bilety sprzedawane samym plakatem
Tarantino napisał dalszą historię Cliffa Bootha, ale nie chciał jej reżyserować, bo uznał, że przy swoim dziesiątym i deklarowanym jako ostatni filmie nie chce ponownie chodzić po znajomym terenie. Oddał więc scenariusz człowiekowi, którego sam zalicza do absolutnie najwyższej reżyserskiej półki. Fincher bierze postać Tarantino, wrzuca ją do własnej kamery i dostaje Brada Pitta, z którym zrobił wcześniej Siedem, Podziemny krąg i Ciekawy przypadek Benjamina Buttona.
Cliff też znajduje się już gdzie indziej. Jest 1977 rok, minęło osiem lat od wydarzeń Pewnego razu... w Hollywood, Rick Dalton zniknął z jego codziennego życia, a dawny kaskader zarabia między innymi jako barman, kinooperator i człowiek od rozwiązywania problemów, których lepiej nie wpisywać do oficjalnego zakresu obowiązków. Morderstwa, szantaże, wymuszenia, szemrane hollywoodzkie interesy - bajka z poprzedniego filmu zrobiła się bardziej brudna.
Jeszcze ciekawsze jest jednak zestawienie obu premier. Pewnego razu... w Hollywood weszło w 2019 roku do ponad 3600 kin w USA, miało otwarcie powyżej 41 mln dolarów i ostatecznie zebrało globalnie ponad 377 mln. Siedem lat później jego kontynuacja dostaje dwa tygodnie w IMAX-ie i przeprowadzkę do streamingu przed Bożym Narodzeniem.
Kino stało się przystankiem
Dwa tygodnie w IMAX-ie świetnie pokazują nowy układ sił. Netflix doskonale wie, że podobny film aż prosi się o wielki ekran. Fincher, zdjęcia Erika Messerschmidta, Los Angeles z końcówki lat 70., Brad Pitt w samochodzie i cały ten analogowy brud Hollywood zwyczajnie korzystają na ogromnym ekranie.
Jeszcze dekadę temu powiedzielibyśmy pewnie, że streaming dostał taki projekt dopiero po zakończeniu jego właściwego życia. Najpierw kino, później sprzedaż cyfrowa, nośniki, telewizja, gdzieś na końcu serwis abonamentowy. Teraz kolejność została poskładana od nowa. Netflix finansuje film, organizuje mu krótkie kinowe święto i kilka tygodni później może promować go jako wielką grudniową premierę dostępną od razu dla setek milionów użytkowników.
Paradoks polega na tym, że właśnie Cliff Booth mógłby spokojnie przeżyć normalną dystrybucję. Pierwsza część pokazała, że widzowie są gotowi kupować bilety na długi, autorski film z kategorią R, który nie ma peleryn, laserów ani numeru siedem w tytule. Pitt pozostaje jedną z największych gwiazd świata, Tarantino sam jest marką, a Fincher ma publiczność śledzącą każdy jego projekt.
Jest w tym również coś lekko smutnego. Wielkie filmy dla dorosłych coraz częściej muszą mieć dodatkowe uzasadnienie, żeby dostać klasyczną, długą trasę kinową. Dwugodzinny kryminał autora z wyrazistym stylem zaczyna być większym zakładem. Netflix może ominąć sporą część tej matematyki, bo jego sukces nie kończy się na liczbie sprzedanych biletów. Film ma przyciągać ludzi do usługi, zatrzymywać ich tam i sprawiać, że abonament wygląda na wart kolejnego miesiąca.
Najdziwniejszy film streamingowej epoki?
The Further Mis-Adventures of Cliff Booth fascynuje mnie nawet zanim zobaczymy, czy sam film jest dobry. Tarantino pisze kontynuację własnego świata, Fincher przejmuje reżyserię, Pitt wraca do oscarowej roli, a Netflix robi z tego swoją świąteczną premierę. Leonardo DiCaprio nawet nie wraca jako Rick Dalton. Cliff idzie dalej sam, w zupełnie innej dekadzie i pod ręką zupełnie innego reżysera. Trudno o projekt, który mocniej przypominałby spotkanie dwóch różnych wersji Hollywood.
Film, który kiedyś spędziłby miesiące walcząc o box office, dostanie dziś krótką, prestiżową wizytę na największych ekranach, a później będzie czekał na nas pod choinką w Netflixie. 23 grudnia Fincher, Tarantino i Brad Pitt znajdą się dwa kliknięcia od przycisku „kontynuuj oglądanie”. Dziesięć lat temu brzmiałoby to jak bardzo dziwna przyszłość kina. Teraz po prostu wpisujemy datę premiery do kalendarza.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych