To przez niego pustoszały polskie podwórka

To przez niego pustoszały polskie podwórka

Roger Żochowski | Dzisiaj, 22:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

W latach 90. były takie godziny, kiedy polskie boiska po prostu pustoszały. Piłka leżała pod trzepakiem, składaki stały oparte o ławkę, a dzieciaki zamiast przed blokiem siedziały przed telewizorem, bo na Polonii 1 leciał „Tsubasa”.

Jak się nie obejrzało odcinka, następnego dnia człowiek był trochę poza rozmową, bo koledzy już wiedzieli, kto z kim grał, kto strzelił, kto odbił się od poprzeczki i oczywiście kto odpalił kompletnie absurdalny strzał. Tsubasa był zresztą jednym z tych zjawisk, których dzisiaj chyba nie da się już odtworzyć. W czasach, kiedy nie było YouTube'a, streamingu, smartfonów i możliwości obejrzenia sobie wszystkiego teraz, trzeba było po prostu poczekać. Wiedziałeś, o której leci kolejny blok odcinkowy. Wiedziałeś, że trzeba być wtedy w domu. I jak tylko zaczynała się czołówka z niezapomnianym gwizdkiem rozpoczynającym seans, człowiek siedział przed kineskopowym telewizorem ze starą kanapką wyjętą z plecaka i butelką jakiejś podłej oranżady. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Tsubasę na Polonii 1 można było oglądać zarówno w oryginalnej wersji językowej z japońskimi dialogami, jak i w wersji z włoskim dubbingiem (co na Polonii 1 było normą w innych animacjach), który wykorzystano bodajże w odcinkach 90 -120. Dziś mało kto pamięta, że za polską wersję lektorską odpowiadali Jerzy Rosołowski, Henryk Pijanowski oraz jedna z największych ikon rodzimego dubbingu - Tomasz Knapik. Oczywiście Tsubasa pokazywał piłkę nożną w sposób, który z normalnym futbolem miał niewiele wspólnego, ale dla dzieciaka był absolutnie logiczny. Boisko miało długość autostrady, zawodnik biegł do bramki przez kilka odcinków, po drodze wygłaszał monolog, przypominał sobie dzieciństwo, boiskowe konflikty, nawiązywał przyjaźnie, a my czekaliśmy na moment, w którym wreszcie kopnie piłkę. I kiedy już kopnął, zaczynało się prawdziwe widowisko. Piłka nie leciała po prostu do bramki. Ona robiła wszystko inne. Zmieniała kierunek, wirowała, przelatywała pół stadionu, rozrywała siatki. A skoro Tsubasa tak robił, to mogłem i ja. Na podwórku.

Captain Tsubasa
resize icon

I właśnie dlatego największy fenomen Tsubasy wydarzał się nie przed telewizorem, tylko chwilę później, kiedy z bloków wylewali się koledzy, chcący oddać swój tygrysi strzał na okoliczny trzepak, hydrofornię czy co tam akurat robiło na placu za bramkę (Orliki? Panie, zapomnij). Jeden był Tsubasą, drugi Kojiro, ktoś inny Wakabayashim, a jak było nas więcej, to reszta dostawała swoje role. Mariuszek, który przyjmował wysokie piłki na główkę, dostał ksywkę Ishizaki, a dwóch braci Kubisiaków z bloku przy parkingu to oczywiście bracia Tachibana. Mój dobry kolega z klatki, Rafał, zawsze musiał być Tsubasą, więc ja, jako ten spokojniejszy, wybierałem Misakiego. Graliśmy mecze podwórkowe, udając złoty duet i wracaliśmy po 22 do domu - zmęczeni, brudni, spoceni, z obtartymi na betonie kolanami, ale szczęśliwi. No chyba, że mecz kończył się solówą, to można było wrócić do domu z podbitym okiem, ale kto by się tym przejmował. Mama pokrzyczała, dała szlaban na wyjście na dwór do końca tygodnia, a ty i tak następnego dnia uciekałeś przez okno na betonowy plac (miałem mieszkanie na parterze, tyle wygrać). I tak to się kręciło w tych szalonych czasach. Wspomniany kolega Rafał, rówieśnik i przyjaciel w tamtych czasach, zmarł niespełna rok temu. Kilka tygodni przed śmiercią wysłał mi filmik z czołówką Tsubasy i pytaniem - „pamiętasz nasz złoty duet?” Chłopaki nie płaczą, ale gdy pomyślę, ile czasu spędziliśmy na okolicznych placach, udając bohaterów ulubionego serialu, ciężko powstrzymać łzy.

Tsubasa królował w Polsce kiedy dostęp do światowego futbolu był zupełnie inny niż dzisiaj. Nie było internetu, nie było filmików z każdą akcją, nie można było obejrzeć dziesięciu najlepszych goli Ronaldo (tego z Brazylii oczywiście) czy skrótów Ligi Mistrzów. Piłkarzy poznawało się z gazet, naklejek, albumów Panini, plakatów i opowieści kolegów, często koloryzowanych. A Tsubasa dawał nam własny futbolowy świat. Nie był tylko chłopakiem, który chciał strzelić gola. Chciał zostać wielkim piłkarzem i był przekonany, że jeśli będzie trenował, walczył i nie odpuści, to kiedyś mu się uda. Dla dzieciaka to było bardzo proste przesłanie. Możesz być mały, możesz przegrywać, możesz dostać po głowie, ale próbujesz jeszcze raz.

Captain Tsubasa
resize icon
To na tym placu razem z kolegami odtwarzaliśmy sceny z Tsubasy. W tle blok, z którego uciekałem oknem na podwórko. 

Jedne z najpiękniejszych chwil mojego dzieciństwa to te, gdy biegnę z piłką z odrywającymi się łatami na szkolne boisko nucąc pod nosem czołówkę z Tsubasy, bo nasza klasa gra mecz o wejście do szkolnego finału. Świat był piękny, beztroski, a kciuk w górę ojca, który widział strzeloną bramkę, urastał do rangi mistrzostwa świata. Byłem swego czasu królem strzelców w szkole, nosząc z dumą plecak z naszywką Tsubasy, innym razem w finale nie strzeliłem gola z karnego, przez co moja klasa przegrała mistrzostwo. Rollecoaster emocji, który kształtował charakter. Pozbierać pomagała się Polonia 1 i Tsubasa właśnie oglądany na magnetowidzie. Ulubiony odcinek można było przecież włączać tyle razy, że człowiek znał połowę dialogów na pamięć. Jakość z każdym kolejnym odtworzeniem niekoniecznie robiła się lepsza, obraz zaczynał śnieżyć, kolory gdzieś uciekały, ale zupełnie to nie przeszkadzało.

A potem pojawił się jeszcze jeden element całej tej układanki - Pegasus. I kiedy trafiła na niego gra z Tsubasą na żółtym kartridżu, było już właściwie pozamiatane. Nagle mogliśmy nie tylko oglądać Tsubasę, ale sami nim sterować. I choć gra momentami przypominała bardziej piłkarskie szachy niż normalny mecz, bo wybierało się akcje, podania czy strzały, to klimat urwania się na 15-minutowych przerwach do ziomka z bloku przy szkole, by pograć chwilę w Contrę czy właśnie Tsubasę, jest nie do podrobienia. Tak jak kody wpisywane do gry po japońsku. Człowiek nie rozumiał tego, co widzi na ekranie, a mimo to bawił się znakomicie. Ktoś miał kody na kolejne mecze spisane kolorowym mazakiem na kartce w kratce wyrwanej z zeszytu z historii. Ktoś inny przepisał je od kolegi na przerwie i przebierał nogami na myśl o powrocie do domu. I nagle siedziało się przed Pegasusem i wbijało po japońsku jakieś magiczne krzaczki, kompletnie nie wiedząc, co właściwie oznaczają. Najważniejsze było tylko to, żeby zadziałały. Nie można było wejść na forum i w trzy minuty znaleźć rozwiązania. Trzeba było pytać. Grać. Próbować. Kombinować.

Captain Tsubasa pegasus
resize icon

Gra była więc częścią rytuału, który niósł naszą wyobraźnię w latach 90. Telewizor, Polonia 1, VHS, Pegasus, granie z kolegami, wyjście na dwór. Tsubasa przez jakiś czas przenikał właściwie każdy kawałek mojego dzieciństwa. I co najciekawsze – ta historia nie ma jeszcze swojego epilogu. Dzisiaj mogę usiąść na kanapie z własnym synem i włączyć Tsubasę na Canal+, bo w końcu jest pełny polski dubbing, co dla 8-letniego brzdąca było przecież kluczowe. Człowiek orientuje się, że historia zatoczyła koło. Dla rodzica, który sam dorastał z Tsubasą, jest to trochę dziwne uczucie. Patrzysz na ekran i widzisz tę samą historię, którą znałeś jako dzieciak, tylko nagle obok siedzi ktoś, komu możesz ją pokazać. I komu bardzo chcesz ją pokazać. I widzisz, że ta wędka wciąż działa. 

Tak, mówimy o nowej, ulepszonej graficznie i narracyjnie wersji, w której jedna akcja nie trwa czterech odcinków. Ale kiedy po powrocie do domu słyszysz: „Tato, włączymy Tsubasę?”, to jednak robi się znowu ciepło na serduszku. I choć nie ma już Pegasusa, to w rogu stoi… PlayStation 5 z Captain Tsubasa 2: World Fighters. Może zabrzmi to górnolotnie, może trochę patetycznie, ale w mojej historii Tsubasa najpierw łączył mnie przyjaźniami z kolegami z podwórka, a teraz, po prawie 30 latach, łączy jeszcze mocniejszą więzią z synem. Patrzę na niego i widzę trochę siebie sprzed lat. Tego małego dzieciaka w za dużych okularach, który najpierw siedział przed telewizorem, a potem wychodził na boisko i próbował kopnąć piłkę tak mocno jak Kojiro. Wraca kawałek ukochanego świata. Świata, którego tak naprawdę już nie ma. A po policzkach znów lecą łzy. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: własne
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper