Zack Snyder robił ten film przez DWIE DEKADY?! Pierwsze reakcje są brutalne

Zack Snyder robił ten film przez DWIE DEKADY?! Pierwsze reakcje są brutalne

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Dwadzieścia lat to wystarczająco długo, żeby pomysł kilka razy umrzeć, zmienić obsadę, wylądować w szufladzie, wrócić z niej i nadal siedzieć autorowi z tyłu głowy. Zack Snyder nosił The Last Photograph ze sobą jeszcze zanim Superman założył u niego pelerynę, Batman zaczął śnić o apokalipsie, a Netflix dał mu własną galaktykę do wysadzenia.

Tyle czekania powinno prowadzić do pięknego finału: owacja, zachwyt i teksty o artyście, który wreszcie nakręcił dzieło życia. Pierwszy pokaz na festiwalu w Toronto przyniósł historię dużo bardziej w stylu samego Snydera - głośną i natychmiast dzielącą ludzi. Wczesne reakcje na The Last Photograph są momentami bezlitosne, a pierwsze recenzje punktują pretensjonalność, rozwleczoną narrację i problemy z bohaterami. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Kilka karier Zacka Snydera

Najbardziej fascynuje mnie sama droga tego projektu. Gdy Snyder zaczynał go rozwijać, nie miał jeszcze za sobą Watchmen, Man of Steel, całej przygody z DC ani burzy wokół Justice League. The Last Photograph przetrwało okres wielkich komiksowych widowisk, rozwód z Warnerem, przeprowadzkę do Netflixa i dwie części Rebel Moon. Przez cały ten czas wracało jako rzecz, którą reżyser „kiedyś zrobi”. 

Sam film wygląda przy tym jak świadome zejście z autostrady blockbusterów. Historia śledzi byłego agenta DEA poszukującego zaginionej siostrzenicy i siostrzeńca, któremu towarzyszy fotograf wojenny będący świadkiem zabójstwa ich rodziców. Stuart Martin i Fra Fee zastąpili nazwiska wiązane z projektem wiele lat wcześniej, zdjęcia powstawały między innymi w Kolumbii, a Snyder sam stanął za kamerą jako operator. Film został zrealizowany niezależnie, bez studia czy platformy streamingowej finansującej produkcję. 

Taki układ automatycznie podnosi jednak stawkę. Gdy studio siedzi nad reżyserem, zawsze można później snuć opowieści o kompromisach, cięciach i producentach wciskających ręce do montażowni. Snyder zna ten scenariusz aż za dobrze - cały internet przez lata żył przecież „Snyder Cutem”. Przy The Last Photograph dostał znacznie więcej swobody. Pierwsze reakcje sugerują, że dla części widzów właśnie ta swoboda stała się problemem.

Padają zarzuty o pobłażanie samemu sobie, nadmierną długość i brak kogoś, kto powiedziałby reżyserowi „wystarczy”. Artystyczna wolność wygląda pięknie na plakacie. W montażowni czasem przydaje się jeszcze człowiek z zegarkiem.

Dwie dekady oczekiwań

Passion project ma paskudną właściwość: rośnie w głowie razem z twórcą. Przez dwadzieścia lat można poprawić scenę sto razy, wymyślić dla niej nowe znaczenie, dopisać kolejne skojarzenia i tak długo polerować jeden pomysł, aż zacznie ważyć więcej niż sam film. Widz przychodzi jednak bez całej tej historii.  Siada w fotelu i po dwóch godzinach pyta wyłącznie, czy to działa. Cały romantyczny bagaż produkcji zostaje przed wejściem do sali.

Snyder jest dodatkowo reżyserem, którego publiczność od dawna ogląda przez bardzo mocny filtr. Jedni widzą autora o znakomitym oku, budującego obrazy, które można drukować na ścianie. Drudzy od lat wytykają mu napuszone dialogi, zamiłowanie do symboliki i bohaterów traktowanych bardziej jak figury z mitu niż żywych ludzi. The Last Photograph trafia dokładnie w środek tego starego sporu. Nawet negatywne pierwsze teksty przyznają, że film potrafi wyglądać świetnie.

Ciekawie robi się również wtedy, gdy spojrzymy na skalę. Po Rebel Moon łatwo było oczekiwać, że Snyder spróbuje czegoś mniejszego, bardziej surowego i opartego na ludziach. Dokładnie taki ruch wykonał. Pierwsze reakcje pokazują jednak, że ograniczenie budżetu samo z siebie nie kasuje autorskich przyzwyczajeń. Kamera może zejść z kosmosu do południowoamerykańskiej dżungli, a reżyser nadal pozostaje tym samym człowiekiem. 

Najbardziej szkoda byłoby sprowadzić cały projekt do prostego „kolejny zły film Snydera” jeszcze przed normalną premierą. Sam fakt jego powstania jest ciekawszy. Reżyser po dekadzie wielkich franczyz wrócił do pomysłu sprzed czasów własnej największej sławy, sfinansował go poza klasycznym systemem dużego studia i nakręcił na swoich zasadach. Jeśli efekt okaże się bałaganem, będzie przynajmniej bałaganem bardzo osobistym. Czasami porażka mówi o twórcy więcej niż kolejny bezpieczny sukces.

Dwadzieścia lat nie daje immunitetu

The Last Photograph przypomina brutalną rzecz o kinie: długość walki o film nie ma żadnego związku z jego jakością. Można nosić historię w głowie dwadzieścia lat i nadal usłyszeć po premierze, że dwie godziny z hakiem były za długie. Można nakręcić wymarzony projekt bez wielkiego studia nad ramieniem i odkryć, że właśnie brak tego ramienia zacznie pojawiać się w recenzjach jako zarzut. 

Dlatego pierwsze reakcje są dla Snydera jednocześnie bolesne i fascynujące. Po dwóch dekadach wreszcie nikt nie może mu powiedzieć, że The Last Photograph pozostało tylko niezrealizowanym pomysłem. Film istnieje, został pokazany i od razu dostał po głowie. Teraz zaczyna się druga połowa tej historii - znalezienie dystrybutora i widzów poza festiwalową salą. Snyder czekał na ten moment dwadzieścia lat. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper