Pamiętacie jeszcze tę grę? Na informatyce dwie dekady temu to było jak rytuał!

Pamiętacie jeszcze tę grę? Na informatyce dwie dekady temu to było jak rytuał!

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Ah te końcówki lekcji informatyki… Ktoś odpalał przeglądarkę, ktoś wpisywał adres strony z grami, nauczyciel znikał na chwilę za monitorem i zaczynał się rytuał. Jeden komputer ładował Miecze i Sandały, drugi już walczył na arenie, a trzeci próbował zrobić gladiatora wyglądającego jak skrzyżowanie Hulka z nauczycielem WF-u.

Miecze i Sandały miały wszystko, czego potrzebował dzieciak siedzący przed szkolnym pecetem dwadzieścia lat temu: wielkie miecze, absurdalnie napompowanych wojowników, rozwój postaci i walki, które można było rozegrać między dzwonkiem a dzwonkiem. Flash, chwila cierpliwości i ta nadzieja, że nauczyciel nie przejdzie akurat za plecami w momencie, gdy nasz gladiator właśnie kogoś rozcinał na środku areny.

Dalsza część tekstu pod wideo

Najpierw masa, potem inteligencja

Kilka suwaków, trochę punktów do rozdania i bardzo szybko okazywało się, kto w klasie ma naturę stratega, a kto po prostu wrzuca wszystko w siłę, bo „jak bije mocniej, to wygra”. Miecze i Sandały dawały dzieciakom prosty, ale wyjątkowo czytelny system rozwoju. Każdy kolejny poziom coś znaczył, nowa broń wyglądała jak awans społeczny, a lepsza zbroja potrafiła wzbudzić autentyczną zazdrość u kolegi siedzącego dwa komputery dalej.

Potem przychodziła arena i zaczynała się cała magia. Walka była turowa, powolna i momentami absurdalnie losowa, ale właśnie dzięki temu każda decyzja wydawała się ważna. Podejść bliżej? Odpocząć? Zaryzykować mocniejszy atak? Krzyknąć przeciwnikowi w twarz? Czasem człowiek miał plan, czasem plan kończył się po jednym krytycznym trafieniu z drugiej strony. 

Najlepsze było jednak to, jak szybko gra tworzyła własne historie. Ten sam gladiator, którego pięć minut wcześniej klepaliśmy bez większego przekonania, po kilku zwycięstwach stawał się naszym człowiekiem. Miał imię, charakterystyczny wygląd, ulubioną broń i serię zwycięstw, której nie wolno było przerwać przed końcem lekcji. Jeśli komputer akurat się zawiesił albo przeglądarka postanowiła odmówić współpracy, człowiek przeżywał stratę przez przyrodę i dwa polskie później. 

Flash zrobił nam własną epokę gier

Cały fenomen Mieczy i Sandałów trudno oddzielić od czasów, w których powstały. Gry przeglądarkowe były wtedy wszędzie. Wchodziło się na stronę, wybierało miniaturkę i po chwili grało. Żadnych bibliotek liczących tysiąc pozycji, żadnego „kup teraz, zainstaluj później”. Internet był bardziej chaotyczny, ale też pełen małych niespodzianek. Ktoś znalazł fajną grę, wysyłał link na GG albo podawał adres koledze obok i po tygodniu znała ją pół szkoły.

Miecze i Sandały idealnie pasowały do takiego obiegu. Rozgrywka była wystarczająco prosta, żeby zacząć bez instrukcji, a jednocześnie wystarczająco wciągająca, żeby wracać następnego dnia. Start i pięć minut później już kombinujesz, jak oszukać system rozwoju i dlaczego przeciwnik z połową życia właśnie jednym ciosem wysłał cię do piachu.

Dużą rolę odgrywała też sama estetyka. Postacie wyglądały jak karykatury kulturystów, bronie rosły do rozmiarów znaków drogowych, a całość miała w sobie coś z taniej kreskówki i brutalnego turnieju. Trudno było pomylić tę grę z czymkolwiek innym. Nawet dzisiaj wystarczy zobaczyć charakterystyczną sylwetkę gladiatora, żeby mózg natychmiast odpalił folder „szkolna pracownia komputerowa, około 2005–2008”.

Z perspektywy czasu widać też, jak wiele frajdy potrafiło kiedyś dać bardzo mało. Jedna arena. Kilka statystyk. Sklep. Kilku przeciwników. Zwycięstwo, porażka, kolejny poziom. Dzisiaj podobny projekt pewnie dostałby battle passa, trzy waluty, codzienne zadania i sezon gladiatorów cyberpunkowych. Wtedy wystarczało, że po walce można było kupić większy miecz. I człowiek naprawdę czuł, że właśnie coś osiągnął.

Dzwonek kończył walkę, ale nie wspomnienie

Dzisiaj Miecze i Sandały mogą wyglądać topornie, prosto i trochę naiwnie. Sterowanie jest banalne, systemy łatwe do rozgryzienia, a całość ma w sobie charakterystyczny zapach starego Flasha. Pamięta się miejsce, w którym się te gry odpalało, ludzi siedzących obok i moment, gdy pięć minut przed dzwonkiem próbowało się jeszcze wygrać jedną walkę.

Dla całego pokolenia Miecze i Sandały były czymś więcej niż prostą grą przeglądarkową. Były kawałkiem szkolnego rytuału. Najpierw Word, potem Excel, a kiedy prowadzący odwracał wzrok - arena. I oby komputer nie zawiesił się przed finałem.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper