PlayStation straciło Physint, ale problem Sony jest znacznie większy niż jedna gra
Internet zapłonął, gdy gruchnęła wiadomość o tym, że Hideo Kojima i jego szpiegowska gra akcji o kryptonimie Physint nie trafią pod skrzydła PlayStation. Decyzja Sony i błyskawiczne przejęcie projektu przez Xboksa to nie tylko cios wizerunkowy, ale przede wszystkim donośny sygnał alarmowy dla całej branży. Zapatrzeni w wojny konsolowe gracze widzą w tym zdarzeniu jedynie stratę głośnego tytułu ekskluzywnego na rzecz głównego rywala, lecz prawda jest znacznie bardziej złożona.
Utrata Physint to zaledwie wierzchołek góry lodowej - dobitny dowód na to, że w szeregach PlayStation zapanował paraliżujący strach. Drastycznie rosnące koszty produkcji gier AAA, awersja do ryzyka oraz złudna wiara w usługi pokroju Fairgame$ trwale zmieniają tożsamość firmy.
Triumf księgowych nad wizjonerami
Wczoraj Jason Schreier z Bloomberga ujawnił zakulisowe powody rozstania Sony z Kojima Productions. Z opublikowanego raportu wynika jasno: to nie był pokojowy rozwód podyktowany wizją artystyczną, lecz brutalne cięcie kosztów. Już w połowie czerwca włodarze PlayStation podjęli stanowczą decyzję o anulowaniu wsparcia dla Physint z powodu rosnącego budżetu i notorycznego niedotrzymywania terminów przez studio.
Gra wciąż jest oddalona o co najmniej pięć czy sześć lat od ewentualnej premiery, co w praktyce oznaczałoby pompowanie setek milionów dolarów w jeden projekt bez gwarancji szybkiego zwrotu. Co więcej, Bloomberg wprost raportuje, że sprzedaż pierwszej i drugiej części Death Stranding zwyczajnie nie spełniła wysokich oczekiwań finansowych PlayStation. Czarę goryczy dla korporacji przelał jednak fakt, że Hideo Kojima nie zamierzał oddać pełni praw do swojej najnowszej marki. Sony nie ma już zamiaru w pełni finansować gier, które nie będą dla firmy trwale ekskluzywne i z czasem mogą trafić na inne platformy.
W efekcie do akcji wkroczył Xbox, ratując projekt przed skasowaniem i angażując własny budżet. Dzięki temu Microsoft ma teraz pod swoimi skrzydłami obydwa nadchodzące tytuły Japończyka - zarówno eksperymentalne OD, jak i potężnego Physinta. Dla giganta z Redmond to strategiczne, prestiżowe zwycięstwo. Dla Sony - wyłącznie chłodna kalkulacja i czysty triumf księgowych, dla których ryzyko okazało się barierą nie do przeskoczenia.
Pęknięta bańka AAA i paraliż inwestycyjny
Decyzja o bezceremonialnym porzuceniu tej gry obnaża fundamentalny, narastający kryzys, z którym mierzy się obecnie cała branża gier wideo. Bańka gier AAA zaczyna pękać z ogromnym hukiem. Stworzenie potężnego, wysokobudżetowego tytułu to w obecnej generacji konsol wydatek rzędu 250-300 milionów dolarów i wycieńczający proces, trwający nawet osiem lat. Złote czasy ery PlayStation 4, kiedy korporacja mogła pozwolić sobie na beztroskie, obarczone błędem finansowanie mniejszych projektów oraz promowanie ryzykownych wizji autorskich, minęły bezpowrotnie.
Dzisiejsza strategia japońskiego giganta to ostrożna gra na sprawdzone pewniaki - sequele uwielbianych hitów, bezpieczne remastery i zachowawcze produkcje, które z góry gwarantują wielomilionową sprzedaż na całym świecie. Anulowanie Physinta wpisuje się idealnie w ten rygorystyczny, chłodny reżim korporacyjny. Jeżeli autorski projekt wielkiego twórcy nie jest własnością Sony, sukcesywnie pożera zasoby i nie obiecuje z góry pewnych zysków, zostaje bez cienia sentymentu ucięty. Jest to jednak potężny, obosieczny miecz. PlayStation, które przez długą dekadę misternie budowało swoją tożsamość jako bezpieczna przystań dla najlepszych narracyjnych gier jednoosobowych, zaczyna powoli zjadać własny ogon.
Masowe zwolnienia w studiach pierwszoosobowych, seryjne kasowanie ukrytych gier w fazie inkubacji i paniczna wręcz awersja do inwestycyjnego ryzyka sprawiają, że w polityce wydawniczej zapanowała niepokojąca stagnacja. Kiedyś Sony miało niezwykłą odwagę, by wyznaczać trendy. Dziś woli oddać genialnego wizjonera w ręce największego rywala, aby tylko nie narazić się na spadki w tabelach Excela. Ten strach prowadzi zaś firmę do rozpaczliwych poszukiwań nowego rynkowego koła ratunkowego.
Złudna obietnica gier-usług i pułapka Fairgame$
Ucieczka od ryzykownych, gigantycznych blockbusterów dla jednego gracza to tylko jedna strona tej rynkowej monety. Drugą stanowi obsesyjne poszukiwanie gamingowego „złotego runa” w postaci gier-usług (Live-Service / GaaS). Włodarze Sony, od dawna obserwując gigantyczne, nieustannie rosnące zyski płynące z Fortnite’a czy gier z serii Call of Duty, usilnie postanowili uszczknąć dla siebie kawałek tego lukratywnego tortu. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że na ową rynkową imprezę spóźnili się o kilka ładnych lat, a portfele i czas graczy zdążyły się w pełni nasycić.
Dobitnie i niezwykle boleśnie udowodniła to zresztą niedawna, szeroko komentowana katastrofa Concord - nowej strzelanki, na którą korporacja przepaliła setki milionów dolarów, a która spektakularnie zmarła na pustych serwerach zaledwie kilkanaście dni po oficjalnej premierze. Mimo tej historycznej i druzgocącej porażki, włodarze PlayStation wcale nie zdejmują nogi z gazu. Sony pokłada w tej chwili nieproporcjonalnie wręcz ogromne nadzieje w nadchodzącym Fairgame$ od Haven Studios. Zamiana w prestiżowym portfolio wydawniczym autorskiej, szpiegowskiej gry Kojimy na generycznie zapowiadającą się kooperacyjną strzelankę o napadach to najsmutniejsza możliwa ilustracja tej wizerunkowej zmiany priorytetów.
PlayStation ewidentnie pragnie powołać do życia grę generującą stały, przewidywalny strumień przychodów z mikrotransakcji, ostatecznie uniezależniając się od niepewnych losów klasycznych premier pudełkowych. Gracze nie mają już jednak ani czasu, ani najmniejszej ochoty na podejmowanie w wolnych chwilach dziesiątek „drugich etatów” przed ekranem. Opieranie świetlanej przyszłości ogromnej firmy na ślepej wierze w to, że nowa gra-usługa magicznie sfinansuje rosnące koszty wszystkich studiów korporacji, przypomina taniec na polu minowym. To rynkowa inwestycja obarczona statystycznie znacznie większym ryzykiem niż zaufanie Kojimie - z tą drobną różnicą, że porażki Fairgame$ żaden z graczy nie zapamięta za jej artystyczną duszę czy wielką wizję.
Podsumowanie
Utrata zapowiadanego Physint to dla społeczności graczy i miłośników PlayStation wyjątkowo gorzka pigułka do przełknięcia. Z kolei dla rosnącego w siłę Xboksa to doskonała karta przetargowa na kolejne lata rynkowych zmagań. Z analitycznego punktu widzenia to jednak wcale nie sam fakt zniknięcia jednej gry z ostatecznego kalendarza Japończyków powinien martwić całą branżę najbardziej. Prawdziwym problemem pozostaje to, co owa budżetowa decyzja mówi nam głośno o dzisiejszej kondycji i nieustannym strachu wewnątrz samego Sony.
Obserwujemy obecnie korporację powoli uwięzioną we własnym, niezaprzeczalnym sukcesie - formację całkowicie sparaliżowaną kosztami produkcji gier, odrzucającą ryzyko inwestycyjne na rzecz absolutnego bezpieczeństwa i szukającą finansowego ratunku w gatunku live-service, którego najwyraźniej nie do końca potrafi zrozumieć. Odcinając się gwałtownie od drogich, innowacyjnych projektów dla jednego gracza na rzecz pościgu za rynkowymi trendami pokroju Fairgame$, marka PlayStation bezpowrotnie traci coś najcenniejszego - swoją długo budowaną tożsamość pioniera.
Jeżeli firma w odpowiednim czasie nie odnajdzie właściwej równowagi pomiędzy finansowym pragmatyzmem a odwagą w tworzeniu bezkompromisowych dzieł, absolutnie nie będzie miało już znaczenia to, że genialny twórca odszedł robić grę u wielkiej konkurencji. Prawdziwym, ostatecznym problemem będzie to, że głęboko rozczarowani nową strategią, znużeni gracze wkrótce po prostu zechcą w milczeniu pójść w jego ślady.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych