Wielkie targi miały umrzeć, ale gracze najwyraźniej nie dostali tej wiadomości 

Wielkie targi miały umrzeć, ale gracze najwyraźniej nie dostali tej wiadomości 

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Przez chwilę wydawało się, że wielkie targi gamingowe skończą jak kioski z prasą i wypożyczalnie VHS. Za drogie, za wolne, zbyt skomplikowane organizacyjnie. Po co stawiać ogromne stoisko, wozić ludzi przez pół świata i budować prezentację pod konkretny tydzień, skoro można usiąść przed kamerą, wrzucić dwudziestominutowy showcase na YouTube i dotrzeć do milionów osób bez wynajmowania nawet jednego metra hali? Śmierć E3 tylko wzmocniła przekonanie, że branża właśnie nauczyła się żyć bez wielkiego corocznego święta. 

Tyle że kilka lat później w Kolonii najwyraźniej nikt nie zauważył pogrzebu. Gamescom 2026 odwiedziło 368 tysięcy osób ze 131 krajów, podczas gdy rok wcześniej było ich 357 tysięcy. Do tego tegoroczna edycja zebrała ponad 1700 wystawców, a część dni wyprzedała bilety jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Patrząc na tłum przeciskający się między halami, trudno mówić o umierającym formacie. Raczej o czymś, co musiało przypomnieć sobie, po co właściwie ludzie chcą ruszyć się sprzed monitora.

Dalsza część tekstu pod wideo

Gier chce się spróbować

Cyfrowe prezentacje wygrały jedną rzecz bezapelacyjnie: wygodę. Nintendo może odpalić Direct, Sony State of Play, Microsoft Xbox Showcase, a my kilka sekund później oglądamy materiał w 4K z kawą w ręku. Nie ma kolejek, spoconych hal ani człowieka z ogromnym plecakiem uderzającego nas nim przy każdym obrocie. Informacje docierają szybciej i czyściej. 

Targi oferują jednak coś, czego transmisja nadal nie potrafi przesłać przez kabel. Grę można “wziąć do ręki”. Można zobaczyć, jak działa na prawdziwym sprzęcie, posiedzieć przy niej piętnaście minut i wyjść z zupełnie innym zdaniem niż po obejrzeniu starannie zmontowanego zwiastuna. Czasami najlepiej zapamiętuje się produkcję stojącą gdzieś na małym stoisku obok wielkiej premiery, bo ktoś powiedział: „spróbuj, jest dziwne”. 

Dochodzi do tego zwykła ludzka potrzeba uczestnictwa. Koncert można obejrzeć na YouTubie z lepszym dźwiękiem niż spod sceny, a stadiony jakoś nadal się wypełniają. Podobnie działa gamescom. Zdjęcie przy wielkiej figurze, kolejka do wersji demonstracyjnej, przypadkowe spotkanie twórcy, rozmowa z ludźmi czekającymi na tę samą grę - z tego składa się wspomnienie imprezy. 

E3 umarło. Pomysł przeżył

Błędem byłoby więc uznanie śmierci E3 za śmierć samych targów. Amerykańska impreza miała własny model, własne koszty i cały zestaw problemów, które narastały jeszcze przed pandemią. Firmy odkryły przy okazji, że nie potrzebują jednej czerwcowej sceny do komunikowania każdej zapowiedzi. Sony zrezygnowało z E3 już w 2018 roku, a wydawcy coraz chętniej przejmowali kontrolę nad terminem i sposobem własnych prezentacji. Branża pozbyła się obowiązkowego kalendarza. Samej potrzeby spotkania ludzi w jednym miejscu najwyraźniej pozbyć się nie chciała.

Gamescom zrozumiał przy tym, że współczesne targi nie mogą być wyłącznie konferencją prasową rozciągniętą na kilka hal. Opening Night Live dostarcza trailerów ludziom siedzącym w domu, a przestrzeń w Kolonii robi całą resztę: dema, stoiska, cosplay, biznes, spotkania twórców z graczami i dziesiątki mniejszych wydarzeń odbywających się równolegle. 

Znaczenie ma też skala samego gamingu. Gry dawno przestały być hobby, które potrzebuje jednego wielkiego wydarzenia, żeby raz w roku pokazać się światu. Dzisiaj wokół branży funkcjonują twórcy internetowi, esport, cosplay, studia indie, sprzęt, wielkie marki i całe społeczności skupione wokół pojedynczych produkcji. Targi dostają z tego gotowy festiwal. Ktoś przychodzi dla premier AAA, ktoś chce znaleźć małe gry, ktoś poluje na gadżety, a jeszcze ktoś spędza pół dnia przed sceną. 

Najbardziej znamienne jest to, że zainteresowanie rośnie również poza Europą. Ludzie najwyraźniej nadal chcą wydarzeń, przy których gaming na kilka dni wychodzi z ekranu i zajmuje prawdziwą przestrzeń. Internet może zapewnić większy zasięg. Hala daje poczucie, że przez kilka godzin znajdujemy się w środku czegoś większego.

Tłum nadal ma swoją wartość

Nie tęsknię za modelem, w którym każda duża zapowiedź musiała czekać do jednego tygodnia w roku. Directy, showcase’y i transmisje dały wydawcom większą swobodę, a graczom natychmiastowy dostęp do informacji. Jednocześnie wizja całkowicie cyfrowej przyszłości branży wygląda dziś mniej przekonująco niż kilka lat temu. Setki tysięcy ludzi nadal są gotowe kupić bilet, pojechać do innego miasta i stać w kolejce do gry, której trailer mogą obejrzeć w telefonie jeszcze podczas czekania.

Wielkie targi po prostu zmieniły zakres obowiązków. Znacznie lepiej wychodzi im bycie miejscem, w którym przez kilka dni czuć, że gry są ogromnym wspólnym hobby. E3 zniknęło, Internet przejął konferencje, a gamescom właśnie zebrał 368 tysięcy ludzi pod jednym dachem. Jeśli ktoś kilka lat temu wysłał graczom wiadomość o śmierci wielkich targów, najwyraźniej bardzo wielu z nich zostawiło ją jako nieprzeczytaną.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper