“Nie jestem Włochem, jestem Polakiem. I nie da się mnie kupić!” Mroczny film kryminalny z lat 80.
Powracający właśnie do biblioteki Amazon Prime „Rok smoka” Michaela Cimino z 1985 roku to pod wieloma względami film niezwykły. Reżyser powrócił nim na ekrany po pięciu latach od absolutnej klęski swojego poprzedniego obrazu, „Wrót niebios”. Tym razem sięgając po powieść byłego policjanta Roberta Daleya, opowiadającą o konflikcie ambitnego przywódcy chińskiej organizacji przestępczej z prawym policjantem, który w filmowej wersji niespodziewanie otrzymał polskie pochodzenie.
Stosunkowo krótka, acz niezwykle intensywna kariera reżyserska Michaela Cimino mogłaby stanowić podstawę powieści zatytułowanej „Od zera do bohatera. I z powrotem”. Pod koniec lat 70., mając w zanadrzu zaledwie debiutancki „Piorun i lekka stopa”, a także wsparcie Clinta Eastwooda, reżyser znalazł się na ustach niemal wszystkich krytyków filmowych i kinomanów za sprawą genialnego, a do dziś budzącego kontrowersje „Łowcy jeleni”, który okazał się niebywałym sukcesem zarówno artystycznym (pięć Oscarów), jak i komercyjnym. Film otworzył przed nim nie tylko szerokie wrota do kariery, lecz także dostęp do prawdziwego skarbca. Mając do czynienia z takim pewniakiem, producenci byli bowiem skłonni zaryzykować i podążyć za wizją twórcy, który swoim najważniejszym filmem znalazł klucz nie tylko do uznania krytyków, ale również do serc milionów widzów na całym świecie.
W ciągu zaledwie dwóch lat Michael Cimino dokonał jednak nie lada sztuki, niemal całkowicie roztrwaniając kapitał, jakim dysponował. Wszystko za sprawą premiery jego trzeciego filmu, niesławnych „Wrót niebios”. Realizowany dla United Artists obraz, który doczekał się aż pięciu różnych wersji, okazał się ogromną klapą finansową. Paradoksalnie przyczyniły się do tego te same cechy, które wcześniej wyniosły Cimino na sam szczyt — bezkompromisowość i skrajny perfekcjonizm. Scenariusz filmu przez lata uznawano bowiem za zbyt drogi i ponury, ale twórca uparł się, by mimo wszystko go zrealizować. Nieustannie wymagał od swoich współpracowników doskonałości, czego efektem była choćby słynna scena z Krisem Kristoffersonem, powtarzana ponoć na planie aż 52 razy. Nic więc dziwnego, że budżet, początkowo szacowany na 12 milionów dolarów, wzrósł do około 44 milionów, a co gorsza, tuż po premierze dystrybutor musiał błyskawicznie wycofać film z kin.
Na początku lat 80. Michael Cimino nie był już zatem postrzegany jako filmowy geniusz, który zrealizował „Łowcę jeleni”, lecz jako kompletny nieudacznik, odpowiedzialny za komercyjną klapę „Wrót niebios”. Twórca, którego kompletna klęska w dużej mierze przypieczętowała koniec ery reżyserów-demiurgów, mogących sobie pozwolić niemal na wszystko, których w następnej dekadzie producenci nie zamierzali już słuchać. Nic zatem dziwnego, że aż pięć lat minęło od premiery kolejnego filmu amerykańskiego reżysera. Ostatecznie Cimino znalazł jednak producenta gotowego ponownie skorzystać z jego usług. O kim jak o kim, ale akurat o Dino De Laurentiisie trudno było powiedzieć, że bał się ryzyka!
Chinatown jak żywe
To bowiem właśnie włoski producent od dłuższego czasu namawiał Cimino, by zabrał się on za pracę nad ekranizacją powieści Roberta Daleya. Choć reżyser początkowo w ogóle nie był zainteresowany tą propozycją, ostatecznie na nią przystał. Pod warunkiem jednak, że potraktuje ów materiał literacki jedynie jako bazę do własnej, autorskiej wizji. Tę od początku chciał rozwijać ze swym przyjacielem, Olivierem Stone’m, który zgodził się nawet na obniżenie gaży za pracę nad scenariuszem. Nie było to jednak z jego strony żadne pójście na rękę, a raczej klasyczne qui pro quo. Twórca chciał bowiem przekonać De Laurentiisa do sfinansowania jego projektu życia, czyli “Plutonu”, co ostatecznie, z różnych powodów nie wyszło, a mimo to Stone podpisał się pod niezwykle interesującym skryptem do “Roku smoka”, nad którym pracował wraz z Cimino.
Obaj zdecydowali się m.in. na kompletną zmianę tożsamości głównego bohatera powieści Daleya, który z bliżej nieokreślonego, jeśli chodzi o pochodzenie, Arthura Powersa zmienił się w Stanleya White’a. Według samego Cimino wzorowanego na prawdziwym, twardym polskim gliniarzu, reprezentanta rodziny pochodzącej z mniejszości, która przeszła proces asymilacji i przyjęła amerykańsko brzmiące nazwisko. Jednocześnie jednak White mocno odcina się od innych grup etnicznych, co w filmie prowadzi do interesującej sprzeczności: człowiek należący do grupy imigranckiej próbuje udowodnić swoją amerykańskość poprzez dystansowanie się od kolejnych imigrantów, a ściślej pilnowania tego, by nie mogli oni przejść procesu asymilacji na własnych warunkach. Tak jest w przypadku jego głównego filmowego antagonisty - Joey Taia. Przywódcy prężnie działającej organizacji przestępczej działającej w Chinatown, gdzie zostaje wysłany White.
Pisząc scenariusz Cimino i Stone początkowo myśleli o obsadzeniu w roli White’a Paula Newmana, Jeffa Bridgesa, a nawet Clinta Eastwooda. Ostatecznie sięgnęli jednak po Mickey Rourke’a, którego Cimino znał już z planu feralnych “Wrót niebios”. W owym czasie jego kariera dopiero zaczynała nabierać rozpędu; aktor był jeszcze przed swymi przełomowymi rolami w “9 i pół tygodnia” i “Harry’m Angelu”. Cimino dostrzegł w nim niekonwencjonalny wygląd i nerwową energię, dzięki której udało mu się wykreować postać daleką od typowego hollywoodzkiego gliniarza. W rolę dziennikarki, Tracy Tzu początkowo miała się wcielić Joan Chen, w końcu jednak twórcy postanowili obsadzić absolutną debiutankę, Ariane Koizumi, która później zagrała jeszcze w czterech filmach, m.in. “Królu Nowego Jorku” Abla Ferrary. Ciekawym sprawdzianem dla uważnych widzów może być próba dostrzeżenia w filmie Chucka Zito. Kaskadera i prywatnego trenera Rourke’a, później kojarzonego choćby jako Chucky Pancamo z serialu “Oz”, którego Cimino obsadził w aż trzech małych rolach.
Jednym z największych problemów produkcyjnych było stworzenie wiarygodnego Chinatown. Nikogo nie powinien dziwić fakt, że Cimino w żadnym wypadku nie chciał, aby film wyglądał jak typowa produkcja kręcona na przypadkowych ulicach Nowego Jorku. Zdecydowaną większość filmowej dzielnicy zbudowano na terenie studia Dino De Laurentiisa w Wilmington w Karolinie Północnej. Za scenografię odpowiadał Wolf Kroeger, a przy tworzeniu rozbudowanych dekoracji i miniatur pracował między innymi specjalista od efektów i miniatur Greg Jein. Efekt miał być ponoć tak przekonujący, że sam Stanley Kubrick, zaproszony na oficjalną premierę filmu, początkowo sądził, że część scen rzeczywiście nakręcono w nowojorskim Chinatown. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro twórcy odtworzyli tamtejsze aleje z niezwykłą dbałością o szczegóły. Uwzględnili nawet charakterystyczne nachylenie Mott Street, głównej ulicy chińskiej dzielnicy, która w rzeczywistości nie jest płaska. Wykorzystali gipsowe odlewy krawężników i odtworzyli jej spadek, aby zachować autentyczność. Jak twierdził sam Cimino, pod tym względem większość ówczesnych nowojorskich reprodukcji filmowych nie była w stanie osiągnąć podobnego poziomu realizmu.
Wygrany zakład
Niezwykła pieczołowitość z jaką ekipa pod wodzą Michaela Cimino realizowała “Rok smoka” wywołała uzasadnione obawy o ostateczny budżet widowiska, którego rzecz jasna - po wspomnianej już głośnej klapie poprzedniego filmu tego reżysera - pilnowano jak oka w głowie. To, czy ostatecznie uda się zamknąć produkcję w wynegocjowanej wcześniej kwocie, stało się zresztą przedmiotem zakładu pomiędzy samym Cimino a Dino De Laurentiisem. Jeśli film udałoby się ukończyć w ramach ustalonego limitu, reżyser miał otrzymać od producenta luksusowego Mercedesa, którym w filmie jeździł Joey Tai. W przeciwnym razie musiałby oddać 50 tysięcy dolarów ze swojej gaży. Ostatecznie produkcję udało się ukończyć cztery dni przed terminem i 130 tysięcy dolarów poniżej ustalonego budżetu. Cimino nie tylko udowodnił więc, że potrafi zmieścić się w narzuconych ramach, ale również stał się szczęśliwym posiadaczem ekskluzywnego auta.
Jak jednak powiadają: „miłe złego początki”, bo tuż po premierze „Roku smoka” krytycy zaatakowali film Cimino, zarzucając mu rasizm i seksizm. Twierdzono, że pokazuje Chinatown jako świat narkotyków, przemocy i prostytucji, jednocześnie utrwalając krzywdzące stereotypy dotyczące Amerykanów azjatyckiego pochodzenia. Sam reżyser z lekkim zdziwieniem wspominał jednak reakcję Sheili Benson, którą zapamiętał jako jedną z najbardziej zjadliwych komentatorek swojej twórczości. Tym razem jednak krytyczka filmowa, pozostająca w związku z chińskim mężczyzną, miała pochwalić Cimino za niezwykle trafne ukazanie sposobu, w jaki możni przedstawiciele chińskiej mniejszości w USA bezwzględnie wykorzystują swoich biedniejszych rodaków, co nie było wcale obrazem popularnym w amerykańskiej popkulturze lat 80.
Z czasem jednak „Rok smoka” zaczął być coraz bardziej doceniany, zwłaszcza w kontekście późniejszych, kompletnie nieudanych produkcji w reżyserii Michaela Cimino. Te raziły już nie tyle wygórowanymi ambicjami, ile zwyczajnymi niedoróbkami — zarówno na poziomie scenariusza, jak i realizacji. Tymczasem obraz z 1985 roku zaskakuje dziś niezwykle mroczną atmosferą oraz znakomitym starciem dwóch interesujących antagonistów. Prócz Rourke’a świetnie wypada tu bowiem także John Lone, o którego zresztą pytał Cimino sam Bernardo Bertolucci, kompletując obsadę “Ostatniego cesarza”. W postaci Stanleya White’a — porywczego, impulsywnego i maniakalnie skupionego na jednym celu obsesjonata — można zresztą dostrzec cechy samego reżysera, którego bezkompromisowość i obsesyjny perfekcjonizm zarówno wcześniej wyniosły na szczyt, jak i później przyczyniły się do jego zawodowego upadku.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych