Jedna z najlepszych ekranizacji Kinga. Zachwyca 40 lat po premierze

Jedna z najlepszych ekranizacji Kinga. Zachwyca 40 lat po premierze

Jan Piekutowski | Dzisiaj, 18:15
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji swojej twórczości. Chociaż filmów i seriali opierających się na pomysłach Amerykanina powstało na pęczki, na nadmiar naprawdę udanych produkcji nie da się narzekać. Jeszcze gorzej z filmami będącymi jednocześnie udanymi ekranizacjami. „Stań przy mnie” stanowi jeden z chlubnych wyjątków.

Historia opowiada o czterech chłopcach - Chrisie (River Phoenix), Teddym (Corey Feldman), Gordie’em (Wil Wheaton) i Vernie (Jerry O’Connell). Grupa, po nieszczególnie długich namowach ze strony Verniego, postanawia wyruszyć w podróż, aby zobaczyć porzuconego w lesie truposza (opowiadanie Stephena Kinga, będące bazą dla filmu Roberta Reinera, nieprzypadkowo zatytułowano „Ciało”). W trakcie swojej wędrówki chłopcy nie tylko zmierzą się z niebezpieczeństwami, ale nade wszystko zbudują ponadczasową relację. Bo któż z nas miał lepszych przyjaciół niż jako 12-latek.

Dalsza część tekstu pod wideo

Głównym narratorem „Stań przy mnie” jest Gordie, co podsuwane jest nam kilkukrotnie na przestrzeni całego filmu. Trudno zresztą mówić o jakiejkolwiek zagadce, „Stań przy mnie” to opowieść rozczulająca swoją prostotą. Stawiająca przede wszystkim na emocje, zupełnie zresztą jak jej książkowy pierwowzór. To przy okazji kolejny dowód na podparcie tezy o znakomitych umiejętnościach pisarskich Kinga. Bo chociaż w historii zapisze się na zawsze jako Król Horroru, jednymi z jego najlepszych dzieł pozostają dramaty. Poza „Ciałem” bardzo dobrze przyjęte zostały przecież „Zielona mila” i „Skazani na Shawshank”, wchodzące zresztą w zbiór opowiadań „Cztery pory roku”. To również przełożenie tych opowiadań na język filmowy tworzy wąskie grono naprawdę udanych filmów na podstawie prozy Kinga. Uzupełnić je można „Lśnieniem”, ale Stanley Kubrick tak daleko odszedł do oryginału – w przeciwieństwie do wymienionej wcześniej trójki – że King film zwyczajnie znienawidził.

„Stań przy mnie” nie tylko nie dokonuje tak głębokich zmian względem oryginału, ale z pełnym uznaniem adaptuje opowiadanie. Oddaje jego ducha, charakter i klimat, tylko w teorii proste do wypracowania. „Stań przy mnie” wyróżnia raczej niewiele rzeczy, lecz nieprzypadkowo trudno znaleźć innych przedstawicieli gatunku stojących na podobnym poziomie. Jeśli chodzi o kino przygodowe skierowane (teoretycznie) do młodego widza, w całych latach 80. – będących złotą erą dla tego rodzaju opowieści – z dziełem Reinera równać się może bodaj jedynie „Goonies”. Faworyt w tej parze to rzecz gustu. U mnie wygrywa produkcja o rok starsza, również ze względu na swoje ponadczasowe przesłanie.

Dla kogo jest „Stań przy mnie”?

Opowiesc ogniskowa
resize icon

Odpowiadając na zadane w tytule pytanie, chciałbym napisać tylko: dla wszystkich. I nie byłoby to dalekie od prawdy, o ile w ogóle. Reinerowi, Kingowi, duetowi scenarzystów udało się stworzyć film trafiający do wszystkich grup wiekowych. Oglądając „Stań przy mnie” jako nastolatek, czytamy dosłownie. Śledzimy poczynania bohaterów bardzo bliskich wiekowo, zapewne mamy za sobą podobne rozterki. Nie przeszkadzają obce klimaty, bo amerykańskie przedmieścia są tu raczej tłem niż głównym bohaterem. Akcję z powodzeniem moglibyśmy przenieść na drogę wiodącą wzdłuż torów gdzieś w województwie łódzkim i wymowa nie zostałaby zniekształcona. Ba, część historii wyglądałaby podobnie, z tą zapewne różnicą, że prześladowcami nie byliby cool chłopcy w równie cool autach, ale raczej ogoleni na łyso kibole.

Paczka starszakow
resize icon

„Stań przy mnie” trafia do młodego widza, porusza się po znanych mu terenach i przedstawia dość realistyczny obraz chłopięcej przyjaźni. Nie zmienia tego nawet użyta w filmie broń palna, jej funkcja pozostaje raczej metaforyczna, toteż między zębami nic nie zgrzyta. Jednocześnie żywię przekonanie, że film z 1986 roku jeszcze mocniej doceniamy z upływem naszych lat. Cieszę się, że wróciłem do tego świata po ponad dziesięciu latach i już wiem, że będę chciał wrócić, gdy sam dotrę do wieku ojcowskiego. Zapewne rozkleję się wtedy jeszcze bardziej.

„Stań przy mnie” wzrusza dorosłego widza, bo przenosi go do unikalnego świata dzieciństwa. Przebija bańkę wyobrażenia, że jako uczestnik późniejszego pędu mamy możliwość zbudowania relacji podobnych do tych, które nawiązujemy jako 12-latkowie. Przygody, jakich wtedy doświadczyliśmy, pozostają unikalne, a adaptacja Kinga pozwala to docenić. Spojrzeć łaskawszym okiem na to, co przeszliśmy jako dzieci, a może przypomnieć o tych, których już przy nas nie ma. Przyjaciele z dzieciństwa gdzieś się zagubili, drogi się rozeszły, ktoś zmarł, ktoś wyjechał z miasta, ktoś po prostu zerwał kontakt. W pewnym momencie – jednym z najważniejszych, kształtujących – byli bardzo ważnym elementem naszego życia. I „Stań przy mnie” opowiada o tym magicznym wycinku, kiedy wszystko wyglądało inaczej.

Rozmowa chrisa
resize icon

Podjęta przez chłopców wyprawa, początkowo będąca dla nich istną eskapadą, do której trzeba się poważnie przygotować i wziąć grzebień, bo nigdy nic nie wiadomo, staje się pretekstem do opowiedzenia o tym, jak dorośli i emocjonalni jesteśmy nawet jako młodsi nastolatkowie. Rozmowy Chrisa z Gordie’em – w dużej niosące na swoich barkach cały film – to świetne, chwytające za serducho kawałki scenopisarstwa i prawda życiowa wygłoszona z rozbrajającą lekkością. Obaj chłopcy przezwyciężają traumy, postanawiają zmierzyć się z życiem. Trudna relacja Teddy’ego z ojcem pokazuje, jak bardzo rodzina determinuje nasze zachowania. Vernie, zaczynający opowieść z łatką mięczaka, mężnieje, pokonuje swe fobie. Każdy z chłopców przechodzi jakąś drogę, wykonuje krok. Niekiedy zmiany są całkowite, co najlepiej widać w postaci Chrisa (znakomicie sportretowanego przez Phoenixa, chociaż chwalić wypada całą obsadę aktorską), niekiedy zaś bardziej symboliczne. To również udany zabieg, wszak nie wszyscy dorastamy w jednakowym tempie.

Znalezienie ciała staje się dla chłopców momentem przełomowym. Chcieli dotrzeć do lasu, aby poinformować o truposzu i w ten sposób zdobyć sławę. Ostatecznie jednak, wobec namacalnego kontaktu z najpotężniejszym z wydarzeń, zmieniają podejście, donos składają anonimowo. Wyjście ze świata słodkiej iluzji zostaje całkowicie przypieczętowane. Proces się zakończył, proces się rozpoczął.

Czas pozegnania
resize icon
 

Nie znajduję w „Stand by me” niepotrzebnej sceny, złej decyzji reżyserskiej, nudny. Idealny, półtoragodzinny metraż wykorzystano w najlepszy możliwy sposób. Uwielbiam relację chłopców, uwielbiam ich starcie z Wielkim Złym Psem, uwielbiam nawet opowieść o konkursie jedzenia ciasta, będącej swoją drogą esencją Kinga, a zarazem autoironicznym komentarzem do jego twórczości. Kiedy słyszę „Stand by me”, kiedy widzę dorosłego już Gordiego, który wypada z gabinetu i jako spełniony pisarz goni za dziećmi, czuję melancholię, a zarazem to specyficzne łaskotanie w sercu. Bo ja też miałem kiedyś 12 lat i miałem takich przyjaciół.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: Opracowanie własne
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper