PlayStation 3 i "moczowy filtr". Jak gry sprzed lat skojarzyły się ludziom z uryną
Odpalając starszą grę na wyciągniętym z szafy PS3 lub X360, niektóre osoby dostrzegają charakterystyczny żółtawy zafarb obrazu. Trochę tak, jakby temperatura światła stała się zbyt wysoka, a sprzęt nie radził sobie z kontrolą balansu bieli. Albo zdecydował się na działanie w trybie generyczny film Netfliksa z akcją w Meksyku. To może wydawać się dziwne, bo przecież telewizor jest w porządku, gry z nowszych konsol wyświetla prawidłowo. I tak, ekran działa prawidłowo, konsola także, a kolory są przekłamywane. Celowo. Nie jest to jednak zwykła decyzja artystyczna, ale bardzo ciekawa historia z pogranicza technologii i nauki.
Przyznam, do napisania niniejszego tekstu skłoniła mnie dyskusja przyuważona na jednej z zagranicznych grup na Facebooku. Użytkownik odkurzył swoje wysłużone PlayStation 3 i zmartwiony właśnie żółtawym zafarbem na ekranie, gorączkowo poszukiwał porady. Ktoś kazał mu wymienić kabel na nowy, pisząc o śniedzi na stykach. Ktoś inny zrzucił winę na zestarzały układ graficzny RSX leciwej konsoli. Cóż, rady dotyczące sprawdzenia przewodu miałyby sens w dobie sygnału analogowego, ale siódma generacja, jak doskonale wiadomo, ma już złącze HDMI. Teoria nadgryzionej zębem czasu grafiki to z kolei baśnie z krainy mchu i paproci. Zakłócenia elektromagnetyczne czy długotrwała praca pod wpływem wysokiej temperatury mogą wprawdzie układ uszkodzić, ale wtedy padnie on całkowicie, względnie wyświetlać będzie chaotyczne artefakty, a nie lekko zażółci biele.
Fakt jest taki, że konsola w opisywanym przypadku wygląda na całkowicie sprawną, ale mimo to zjawisko nienaturalne ocieplonych barw w siódmej generacji pozostaje realne. Co ciekawe, przed laty istotnie nie biło po oczach, ale dziś – wraz z postępem technologii i punktem odniesienia w postaci współczesnych gier – zaczynamy ten efekt dostrzegać. Gdy ktoś ma bardzo wyczulony wzrok, szczerze mówiąc, może on mu nawet przeszkadzać. Trochę paradoksalnie, w czasach jego szczytowej popularności było dokładnie odwrotnie. Właściwie to nie tylko nie przeszkadzał, ale wpisał się w ramy gamingu tak bardzo, że przez parę lat był ikoną całej generacji konsol.
W-LED: pierwsze śliwki robaczywki
Tradycyjnie historię żółtego zafarbu trzeba umieścić w kontekście, a ten był taki, że z siódmą generacją zbiegła się też popularyzacja w naszych domach telewizorów LCD. Pierwsze konsumenckie, przystępne cenowo panele ciekłokrystaliczne miały jednak dość uciążliwą wadę – fatalnej jakości podświetlenie. Zastosowane w nich diody W-LED, wykonywane zazwyczaj z azotku galu, po przyłożeniu napięcia świecą na niebiesko. Aby zachować względnie naturalne biele, producenci nakładali warstwę absorbującą część światła niebieskiego, luminofor, przeważnie granat itrowo-glonowy domieszkowany cerem. W teorii miało to owocować czystą, naturalną bielą, ale w praktyce większość wczesnych LCD-ków generowało bardzo zimne, laboratoryjne światło, które zamiast naturalnej temperatury równej 6500 K, nierzadko sięgało 8000 K i więcej.
Oczywiście w sklepach była opcja w postaci telewizorów podświetlanych katodami CCFL, a więc lampą fluorescencyjną z zimną katodą, ale konsumenci dość szybko – czasem pod wpływem ludowych mitów – przykleili tej technologii łatkę archaicznej. Z uwagi na konieczność umieszczenia w obudowie szklanych tub oraz inwertera, telewizory CCFL były grubsze od LED-owych odpowiedników, więc sprawiały wrażenie mniej nowoczesnych. Do tego klientów straszono wysokim zużyciem energii i niską trwałością konstrukcji, a sam obraz miewał problemy z optycznie obniżonym kontrastem i na wystawie w elektromarkecie, gdzie urządzenia stały jedno obok drugiego, było to widać. Bądź co bądź, ostatecznie w domach upowszechniły się diody i to telewizory diodowe stały się standardem, pod który rynek jako całokształt usiłował się dostosować.
Tym samym jednak soczyste czerwienie i zielenie były na ówczesnych wyświetlaczach wyraźnie wypłowiałe, uciekające w stronę różu oraz turkusu, a to z kolei mocno gryzło się z nakręcanym wówczas – po kolorowych i beztroskich czasach PlayStation 2 – parciem deweloperów na tworzenie gier możliwie realistycznych; brudnych, ciężkich i zauważalnie kinowych w odbiorze. Stąd nałożenie agresywnego żółto-brązowego filtra wydawało się w tamtych czasach świetną alternatywą, bo efekt ten w istocie rzeczy nie miał zniekształcić docelowego obrazu, ale w miarę możliwości zamaskować niedostatki sprzętu audiowizualnego i podkręcić klimat. Przy czym, co ciekawe, przy okazji można było niejako upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ – to nie żart – ciepła tonacja korzystnie wpływa na ludzką percepcję.
Wszyscy mamy anti-aliasing w oczach
Żeby nie być gołosłownym, serię niezwykle intrygujących badań na temat percepcji kolorów przeprowadzono w pierwszej dekadzie XXI wieku na Uniwersytecie w Rochester. Analizując zachowanie tysięcy ludzi, ustalono na przykład, że ocieplając obraz, sztucznie nadajemy mu cechy witalności, co stymuluje układ nerwowy i aktywuje emocjonalne ośrodki w mózgu. W efekcie, zdominowani subiektywnym odczuciem zadowolenia, mniej zwracamy uwagę na wszelkie niedostatki. Ponownie – to może wydawać się dziwne, ale w czasach rozdzielczości 720p i 256 MB pamięci na tekstury, jakie miało PlayStation 3, o graficzne arcydzieło w rozumieniu perfekcyjnej realizacji technicznej było niezwykle trudno. Dlatego deweloperzy musieli nieco nami pomanipulować. Czasem było to wciśnięcie statycznej bitmapy w tło spektakularnej pustyni Rub' al-Khali w Uncharted 3, przez co wielu graczy po dziś nie zdaje sobie sprawy, jak mikroskopijny był tam zasięg rysowania. Innym razem udawanie oświetlenia teksturą jak w obu wydaniach Killzone na PS3. A jeszcze innym – właśnie filtr barwny na kamerze.
Sama okulistyka dostarcza przy tym fascynujących wniosków. Światło niebieskie, czyli fale krótkie, załamuje się i silniej skupia przed siatkówką, przez co dążąc do utrzymania ostrości, wymaga od oka ciągłego napięcia. Natomiast światło czerwone i pokrewne, skupiając się za siatkówką, pozwala na naturalne rozluźnienie soczewki. Na jednym biegunie mamy więc maksymalne wyostrzenie, a co za tym idzie intensyfikację wszelkich niedoskonałości, takich jak poszarpane krawędzie, artefakty kompresji czy nie najlepszej jakości tekstury i modele. Na drugim – fizjologiczny, wbudowany wprost w nasze oko algorytm anti-aliasingu, który w dodatku pozwala oczom odpocząć. Nawiasem, z tego samego względu współczesne laptopy czy smartfony mają tzw. tryb nocny, który ociepla biele. Sprawdźcie, na 99% Wasz sprzęt również.
W tym miejscu polecam każdemu mały eksperyment, a mianowicie odpalcie sobie swoją ulubioną grę na dowolnym sprzęcie, czy to komputerze czy konsoli, i pobawcie się temperaturą barwową ekranu. Niech przez kwadrans będzie znacząco obniżona, a potem na kolejny kwadrans spróbujcie ją podkręcić. Nawet w stronę żółci, czyli nie 6500, ale choćby 5800-6000 K. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że cieplejszy obraz – jeśli nie z marszu, to po krótkiej chwili – umieścicie w swym prywatnym rankingu wyżej niż chłodniejszy. Mimo że, trzymając się założeń próby, cały czas będziecie grać w jeden tylko tytuł, w ten samej rozdzielczości i bez zmiany profilu detali. Różnica powinna być odczuwalna zwłaszcza późnym wieczorem, gdy człowiek, podmęczony całym dniem, ma ograniczoną podatność na bodźce.
Z sali kinowej pod strzechy
Gdzie żółtawy filtr zdobył popularność, zanim pojawił się w grach, to niewątpliwie sale kinowe. Za pierwszą produkcję, która wykorzystała ten pomysł, uważa się dramat Traffic z 2000 roku. Rozgrywające się w Meksyku sceny celowo zażółcono i ocieplono, by, jak tłumaczył później reżyser Steven Soderbergh, nadać im poczucia gorąca i surowości. Później podobny zabieg wykorzysta chociażby Ridley Scott w kultowym Black Hawk Down. Infinity Ward, twórcy Call of Duty: Modern Warfare, które – co by nie mówić – odcisnęło się piętnem na wszystkich strzelankach ery PS3 oraz X360, w wywiadzie dla IGN nie kryli inspiracji dziełem angielskiego reżysera. Na pewnym etapie rozwoju serii, konkretniej w MW3, nawet nawiążą do niego bezpośrednio. Mapa o nazwie Bakaara będzie bardzo dosłownym odniesieniem do rynku w Mogadiszu, zwanego Bakaara Market, z somalijskiego epizodu w filmie. Jasne, Modern Warfare to nie jest gamingowa wersja Helikoptera w Ogniu, ale dynamizm ulicznych starć połączył obie marki.
Tak, jak pierwsze konsole ery HD usiłowały połączyć graczy – i to się pod wieloma względami udało – z bardziej immersyjnymi, emocjonalnymi doświadczeniami. Obok suchych parametrów grafiki, którą – jak już zostało wspomniane – żółtawy filtr optycznie upiększał, nie mniejszą rolę zaczęło odgrywać więc oddziaływanie emocjonalne. W myśl badań z Rochester, mówiąc kolokwialnie, w ogólnym rozrachunku wszystko się spina.
Generacja znaczona moczem
W każdym razie nic dziwnego, że gdy tylko twórcy odkryli patent z ociepleniem obrazu, to zaczęli go namiętnie stosować, a sukces produkcji pokroju Gears of War, GTA IV, Resident Evil 5, Call of Duty: Modern Warfare czy Fallout 3 tylko utwierdził ich w przekonaniu, że warto. Tym bardziej, że prosty, monochromatyczny filtr to również sposób na to, by minimalnym kosztem mocy obliczeniowej i równie skromnym nakładem pracy ujednolicić oprawę i ukryć ostre przejścia między światłem a cieniem, które to w czasach przed popularyzacją globalnej iluminancji potrafiły spędzać programistom sen z powiek. Zresztą, podobnie jak kwestia oświetlenia modeli tak, by wtopiły się w świat gry, a nie wyglądały niczym wycięte z gazety.
Niestety, co dotyczy też agresywnego filtrowania barwowego, rozmaite pomysłowe techniki optymalizacji rzadko kiedy dobrze znoszą próbę czasu. Bagażu niebieskawych diod dawno temu się pozbyliśmy, klasyczne gry z nami zostały. Po latach budzi to pewien dysonans, momentami wyglądając wręcz karykaturalnie. Z drugiej jednak strony charakterystycznego filtrowania siódmej generacji nie da się pomylić z niczym innym. Wystarczy rzucić okiem na takie Army of Two: The 40th Day i wiesz, na jakie konsole zostało wydane bez sprawdzania encyklopedii po drodze. Ba, z tego względu PS3 i X360 doczekały się nawet prześmiewczego przydomka piss filter generation, co można dosłownie tłumaczyć jako generacja filtra moczowego. Znaczy, kawał historii zapisany w temperaturze barwowej. Inna sprawa, że obecnie mamy za to inne wyzwanie, bo polifenylen w tańszych OLED-ach świeci na zielono, ale to już zupełnie poza dzisiejszym tematem
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych