Luther: The Fallen Sun

Nadrabiam serial Luther. Ależ to jest dobre

Mateusz Wróbel | Dzisiaj, 13:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Będę z Wami całkowicie szczery: do niektórych popkulturowych fenomenów docieram z opóźnieniem, które graniczy z ignorancją. Zazwyczaj mijam je szerokim łukiem, gdy są na ustach wszystkich, by po latach - w odruchu nagłej nudy lub przypadkowego kliknięcia na platformie streamingowej - odkryć je na nowo. Dokładnie to przytrafiło mi się przed kilkoma dniami, gdy wciśnięcie przycisku „Odtwórz” przy pierwszym odcinku brytyjskiego serialu Luther sprawiło, że przepadłem na długie godziny.

Dopiero teraz, lata po jego oficjalnej premierze, z czystym sumieniem mogę wznieść ręce w geście zachwytu i głośno powiedzieć to, co miliony widzów na świecie wiedziały już dawno: ależ to jest dobre! W świecie zalanym generycznymi procedurami policyjnymi i bezdusznymi kryminałami, produkcja BBC stawia widza pod ścianą już od pierwszych minut. Jest w niej coś niezwykle szorstkiego, dojrzałego i całkowicie bezkompromisowego.

Dalsza część tekstu pod wideo

Tym, co od samego początku najbardziej uderza w strukturze opowieści i wywraca do góry nogami klasyczne myślenie o konwencji kryminalnej, jest fundamentalne odwrócenie ról. To nie jest kolejny utarty kryminał w stylu „who do it”, w którym przez cztery czy sześć odcinków brniemy po omacku przez mrok, zgadując wraz ze śledczymi, kto właściwie odpowiada za popełnioną zbrodnię. Tutaj karty są wyłożone na stół niemal natychmiast.

Już na samym początku pierwszego sezonu doskonale wiemy, kto jest tym dobrym, a kto bezwzględnym złym. Znamy twarz mordercy, jego motywacje, metody działania i psychopatyczne skłonności. To absolutnie świeże podejście do tematu sprawia, że ciężar ciężkości całej fabuły przenosi się z leniwego poszukiwania poszlak na fascynujący, psychologiczny pojedynki na śmierć i życie.

Rzadko spotykana konstrukcja

Luther
resize icon

Właśnie ta unikalna konstrukcja sprawia, że serial wciąga jak bagno, z którego wcale nie ma się ochoty wydostać - oczywiście mówię o pierwszym sezonie, bo kolejne są jeszcze przede mną. Oglądanie, jak tytułowy detektyw próbuje przechytrzyć mordercę - znając przecież prawdę od samego początku, ale nie mając na nią prawnych dowodów - buduje napięcie, które niemal fizycznie boli. Widz staje się niemym świadkiem skomplikowanej gry w szachy, w której stawką jest ludzkie życie.

Nie byłoby jednak sukcesu tej formuły, gdyby nie absolutnie genialny, absolutnie magnetyczny Idris Elba w roli Johna Luthera. Jego kreacja to prawdziwy majstersztyk aktorstwa dramatycznego - gwałtowny, wyniszczony przez własne demony, a jednocześnie genialny śledczy, który balansuje na granicy prawa i czystego szaleństwa. Elba nosi na swoich barkach ciężar całego świata, a jego charakterystyczny, pognieciony płaszcz staje się pancerzem chroniącym go przed zepsuciem Londynu.

Drugim filarem, który czyni ten serial dziełem wybitnym, jest postać Alice Morgan, genialnie zagrana przez Ruth Wilson. Relacja, jaka nawiązuje się między zwichrowanym detektywem a socjopatyczną, drapieżną intelektualistką, to jedna z najciekawszych dynamik, jakie kiedykolwiek powstały na potrzeby telewizji. Ich dialogi, pełne napięcia, dwuznaczności i mrocznego uroku, elektryzują ekran przy każdym wspólnym ujęciu.

Londyn w Lutherze nie jest malowniczym miastem z pocztówek czy turystycznych przewodników. To ponura, deszczowa, duszna metropolia, w której mrok zdaje się wylewać z każdego załomu muru i ciemnego zaułka. Zdjęcia są zimne, oszczędne i niepokojące, co w połączeniu z genialnie dobraną, gęstą muzyką tworzy wręcz klaustrofobiczny klimat gęstniejącego zagrożenia.

Kilka nieścisłości

Luther
resize icon

Nie oznacza to jednak, że produkcja jest pozbawiona absolutnie jakichkolwiek wad czy słabszych momentów. Analizując chłodno opinie i własne odczucia po intensywnym seansie, trzeba uczciwie przyznać, że zachowania antagonistów bywają momentami mocno przerysowane. Niektórzy złoczyńcy ocierają się niemal o kreskówkową wręcz mroczność, co czasami wymaga od nas małego zawieszenia niewiary.

Czasami też sama konstrukcja skomplikowanych intryg prawnych bywa potraktowana przez scenarzystów dość pretekstowo, byle tylko doprowadzić do efektownej konfrontacji Johna z antagonistą. Procedury policyjne ulegają uproszczeniu, a sam Luther wychodzi bez szwanku z sytuacji, które w rzeczywistym świecie zakończyłyby się dla niego natychmiastowym wydaleniem ze służby lub wieloletnim wyrokiem więzienia.

Czy te drobne pęknięcia na pancerzu w czymkolwiek jednak przeszkadzają? A w życiu! Luther broni się bezkompromisową energią, świetnym tempem i odwagą w pokazywaniu ludzkiej natury w jej najbardziej skrajnych, mrocznych odcieniach. Każdy odcinek to małe, skrojone na miarę dzieło sztuki sensacyjnej, od którego nie sposób się oderwać.

Dla kogoś, kto tak jak ja, omijał ten tytuł przez lata, odkrycie go dzisiaj jest niesamowitą przygodą. To doskonały dowód na to, że prawdziwie dobre, mięsiste i pomysłowe kino telewizyjne nie starzeje się ani o jeden dzień, a klasa wykonania obroni się zawsze, niezależnie od panujących w danym momencie trendów.

Jeśli z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu - dokładnie tak jak ja jeszcze do niedawna - przegapiliście ten serial na przestrzeni lat, natychmiast nadróbcie ten błąd. Zróbcie sobie przysługę, zgaście światło, włączcie pierwszy odcinek i dajcie się wciągnąć w tę genialną grę mroka i światła.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: Opracowanie własne
Mateusz Wróbel Strona autora
Na pokładzie PPE od połowy 2019 roku. Wielki miłośnik gier wideo oraz Formuły 1, czasami zdarzy mu się sięgnąć również po jakiś serial. Uwielbia gry stawiające największy nacisk na emocjonalną, pełną zwrotów akcji fabułę i jest zdania, że Mass Effect to najlepsza trylogia, jaka kiedykolwiek powstała.
cropper