Pierwsi Szybcy i wściekli wracają do kin po 25 latach. Ta seria kiedyś była o czymś zupełnie innym

Pierwsi Szybcy i wściekli wracają do kin po 25 latach. Ta seria kiedyś była o czymś zupełnie innym

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 22:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Zanim samochody zaczęły wyskakiwać z wieżowców, ścigać łodzie podwodne i szukać granicy kosmosu, wystarczała nocna ulica w Los Angeles. Kilka neonów, zapach spalonej gumy, maska podniesiona nad silnikiem i ludzie, dla których wyścig był jednocześnie interesem, rytuałem oraz przepustką do świata niedostępnego dla przypadkowych przechodniów. Pierwsi Szybcy i wściekli to bohaterowie, którzy martwili się o skradzione odtwarzacze DVD, policyjną odznakę schowaną pod koszulą i to, kto pierwszy przekroczy linię mety. Brzmi dziś prawie kameralnie.

Po 25 latach film wraca do kin i trudno o lepszą okazję, żeby zobaczyć, jak daleko odjechała cała seria. Dzisiejszy Dominic Toretto pewnie przeżyłby tamte wydarzenia przed pierwszą przerwą na rodzinnego grilla, ale właśnie ta mniejsza skala nadawała początkom własny smak. Samochody nie były jeszcze kuloodpornymi statkami, a kierowcy nadal wyglądali jak ludzie, którym źle wykonany zakręt może naprawdę popsuć wieczór. Powrót pierwszej części to wizyta w garażu, z którego wyjechała franczyza, zanim gaz wciśnięto tak mocno, że droga dawno zniknęła z lusterka.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zanim rodzina zaczęła ratować świat

Pierwszy film miał w sobie coś, czego późniejsze części właściwie już nie próbowały odzyskać - poczucie, że zaglądamy do środowiska istniejącego gdzieś obok normalnego miasta. Brian wchodził do garażu, próbował nie odstawać od ludzi znających się od lat i uczył się zasad świata, w którym samochód mówił o właścicielu więcej niż dowód osobisty. Nocne wyścigi wyglądały jak zamknięty rytuał.

Stawka też mieściła się jeszcze w granicach rozsądku. Ktoś ukradł elektronikę z ciężarówek, policja próbowała rozpracować ekipę, a Brian coraz gorzej radził sobie z oddzielaniem pracy od ludzi, których miał wystawić. Nikt nie próbował przejąć satelitów ani odpalić broni mogącej wyłączyć pół świata. Wystarczała zdrada, źle podjęta decyzja i świadomość, że po następnym wyścigu przy jednym stole może zabraknąć któregoś z bohaterów.

Samochody stanowiły język całego filmu. Bohaterowie rozmawiali przez silniki, modyfikacje, wybór felg i sposób, w jaki stawali obok siebie na światłach. Nawet jeśli tuning chwilami wygląda dziś jak kapsuła czasu zamknięta pod neonowym podwoziem, ma w sobie szczerość. Ci ludzie naprawdę kochali swoje auta. 

Od ćwierć mili do końca świata

Późniejsze części zaczęły zwiększać stawkę ostrożnie, a potem ktoś urwał pokrętło. Uliczni kierowcy zamienili się w ekipę do zadań, których nie chciałyby przyjąć najlepsze jednostki specjalne. Samochody ścigały czołgi, wyskakiwały między wieżowcami, walczyły z łodzią podwodną i ostatecznie poleciały tam, gdzie wcześniej docierały wyłącznie wahadłowce. Seria przestała pytać, czy coś jest możliwe. Zaczęła sprawdzać, jak absurdalnie może wyglądać rzecz kompletnie niemożliwa.

Trudno przy tym powiedzieć, że ta przemiana była wyłącznie błędem. Franczyza właśnie dzięki niej znalazła drugie życie. Kolejne filmy stały się wielkimi, bezwstydnymi widowiskami, które doskonale wiedziały, że widz nie przychodzi po instrukcję bezpiecznej jazdy. Gdy seria przestała udawać kryminał o ulicznych wyścigach, mogła rozwinąć własną odmianę kina superbohaterskiego.

Problem polega na tym, że wraz z rosnącą skalą bohaterowie zaczęli tracić kruchość. Śmierć przestała być końcem, fizyka sugestią, a upadek z dużej wysokości najwyżej powodem do poprawienia koszuli. Trudno martwić się o człowieka, który po zderzeniu z połową autostrady wychodzi z wraku tak, jakby właśnie źle zaparkował pod supermarketem. Pierwszy film budował napięcie samym rykiem silnika. Dziś potrzeba płonącego samolotu, rozpadającej się tamy i samochodu wykonującego skok, którego nie zaakceptowałaby nawet kreskówka.

Zmieniło się również znaczenie słynnej rodziny. Na początku była małą grupą ludzi próbujących trzymać się razem, choć Brian wszedł między nich z kłamstwem. Później zrobiła się prawie organizacją międzynarodową, do której można dołączyć po jednej bójce, krótkim pościgu albo powrocie z martwych. Dom przy ulicy i wspólny grill nadal pojawiają się na ekranie, ale coraz częściej przypominają obowiązkowy przystanek między dwiema globalnymi katastrofami.

Zajrzeć jeszcze raz pod maskę

Powrót pierwszej części do kin może więc zadziałać jak wyjątkowo szczery przegląd techniczny. Przypomina jednak, że seria potrafiła budować emocje bez groźby końca cywilizacji. Czasami wystarczał wyścig, konflikt lojalności i człowiek, który wiedział, że po przekroczeniu mety nie da się już wrócić do poprzedniego życia.

Dzisiejsi Szybcy i wściekli nie muszą nagle wyrzucić rakiet i ponownie zacząć kraść odtwarzacze DVD. Tego biegu nie da się już wrzucić bez potężnego zgrzytu. Dobrze byłoby jednak przypomnieć sobie, co znajdowało się pod całym późniejszym rozmachem. Samochody, ludzie i relacje, które nie potrzebowały eksplozji widocznej z kosmosu, żeby cokolwiek znaczyć. Po 25 latach pierwszy film nadal pachnie benzyną. Kolejne coraz częściej pachniały już tylko prochem.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper