Marvel wreszcie przyznał, że robił za dużo. Mniej premier może uratować całe MCU
Marvel przez lata zachowywał się dynamicznie. Film gonił serial, serial podawał rękę następnemu filmowi, a widz między jedną sceną po napisach a drugą próbował jeszcze pamiętać, kto właściwie wrócił z martwych, w którym wszechświecie utknął i jaką produkcję trzeba obejrzeć przed kolejną premierą. MCU miało kiedyś smak wydarzenia. Później zaczęło przypominać dodatkowy etat, na który nikt nie wysyłał wypłaty.
Teraz Marvel wreszcie przyznaje, że nałożył na talerz więcej, niż był w stanie przełknąć. To ważny moment, bo pierwszym krokiem do wyjścia z labiryntu bywa zauważenie, że od kilku lat chodzi się po tych samych korytarzach. Mniej premier może oznaczać dłuższe oczekiwanie, ale może też przywrócić temu uniwersum coś, co zgubiło między kolejnymi fazami: głód następnej historii. Może więc wystarczy, że MCU na moment przestanie biec i przypomni sobie, dokąd właściwie chciało dotrzeć.
Mniej znaczy...
Bo umówmy się, Marvel nie musi już udowadniać, że potrafi zapełnić kalendarz. Przez kilka lat robił to aż za dobrze. Widz ledwo wychodził z kina, a platforma już przypominała mu o serialu potrzebnym do zrozumienia następnego filmu. Zamiast czekać na kolejne spotkanie z tym światem, zaczęliśmy pilnować zaległości. Superbohaterowie przestali wpadać z wizytą. Zamieszkali w salonie.
Każda następna produkcja potrzebowała scenariusza, efektów specjalnych i ludzi, którzy mieli dopilnować, żeby cała wielka układanka nadal do siebie pasowała. Kiedy taśma zaczęła jechać szybciej, niektóre filmy trafiały na ekran z widocznymi śladami pośpiechu. Efekty wyglądały, jakby renderowały się jeszcze podczas seansu, historie kończyły się zapowiedzią czegoś ciekawszego, a nowi bohaterowie znikali na tyle długo, że trudno było pamiętać, dlaczego mieliby nas obchodzić.
Mniejsza liczba premier daje Marvelowi coś, czego nie da się dopisać w poprawkach - czas. Czas na wyrzucenie scenariusza, który nie działa. Na przesunięcie filmu bez konieczności ratowania całej fazy. Na dopracowanie przeciwnika, zanim po raz kolejny okaże się ciemną wersją głównego bohatera z innym kolorem mocy. MCU po prostu potrzebuje kilku filmów, po których widz sam zacznie pytać, kiedy dostanie następny.
Więcej!
Paradoksalnie właśnie ograniczenie liczby produkcji może sprawić, że Marvel zaoferuje nam więcej. Więcej miejsca dla postaci, które dotąd wpadały na chwilę, rzucały żart i znikały w oczekiwaniu na projekt zaplanowany gdzieś za cztery lata. Więcej konsekwencji wydarzeń, bo trudno przejmować się końcem świata, gdy następny serial zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Uniwersum rosło, ale jego bohaterowie coraz częściej mijali się w drzwiach.
Nie trzeba było kiedyś kochać wszystkich filmów, żeby czuć ruch do przodu. Dziś część projektów przypomina luźne kartki wysypane z segregatora. Gdzieś istnieje Shang-Chi, gdzieś Eternals, gdzieś Moon Knight, a gdzieś Hercules wciąż czeka, aż scena po napisach przestanie być jego jedynym występem. Wolniejsze tempo mogłoby wreszcie pozwolić Marvelowi wracać do rozpoczętych wątków, zanim pokryją się kurzem.
Na rzadszych premierach skorzystałoby również to uczucie wydarzenia. Film Marvela powinien zapełniać sale i uruchamiać rozmowy trwające dłużej niż weekend otwarcia. Tego nie da się osiągnąć samym większym budżetem marketingowym. Trzeba pozwolić widzom zatęsknić, nawet jeśli oznacza to kilka miesięcy bez nowej sceny po napisach.
Oczywiście samo zwolnienie niczego nie naprawi. Słaby film przygotowywany przez cztery lata nadal pozostanie słabym filmem, tylko dłużej oczekiwanym. Marvel musi wykorzystać odzyskany oddech, a nie zamienić go w spokojniejsze produkowanie tych samych problemów. Mniej premier ma sens wyłącznie wtedy, gdy każda z nich dostanie wyraźny pomysł, własny charakter i powód, by istnieć poza dopisywaniem następnej cegły do wielkiego logo.
Podsumujmy to!
Nawet ulubione danie podawane cztery razy w tygodniu zaczyna smakować jak obowiązek. Marvel długo wierzył, że zainteresowanie można utrzymać ciągłym ruchem. Teraz musi sprawdzić, czy cisza między premierami nie okaże się znacznie skuteczniejsza.
Mniej filmów nie uratuje MCU automatycznie, ale może oddać mu rzecz bezcenną - uwagę widza, który znów przychodzi z ciekawości, a nie z przyzwyczajenia. Niech kolejna premiera będzie zaproszeniem, nie przypomnieniem o zaległej pracy domowej. Marvel nie potrzebuje dziś mówić głośniej. Powinien na chwilę zamilknąć, przygotować coś naprawdę dobrego i sprawić, żebyśmy sami zaczęli nasłuchiwać.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych