Arcydzieło czy chaos? Szczera opinia o „Odysei” Nolana

Arcydzieło czy chaos? Szczera opinia o „Odysei” Nolana

Roger Żochowski | Dzisiaj, 15:52
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Film „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana to ambitna próba przeniesienia klasycznego mitu na współczesny język kina. Niestety, choć produkcja imponuje skalą i rozmachem, nie wszystkie decyzje twórcze okazują się trafione. Efekt końcowy jest nierówny – momentami zachwycający, ale często też chaotyczny i trudny w odbiorze.

Film mocno polaryzuje widzów, a mam wrażenie, że kulturowy aspekt produkcji sprawia, że wiele osób z góry zakłada skrajne oceny - od 10/10 po 1/10. Moja opinia również jest tylko moja i również można się z nią zgadzać bądź nie, ale po seansie jestem zdania, że nie jest to ani film słaby, ani też arcydzieło kinowe, na co wskazuje średnia ocen w niektórych serwisach. To nie jest ani najgorszy, ani najlepszy film Nolana. To dobre, monumentalne kino, które bardzo dobrze ogląda się na dużym ekranie, a jeśli miałbym go zmieścić w top 10 filmów stworzonych przez Christophera, to znalazłby się zapewne gdzieś w połowie stawki.

Dalsza część tekstu pod wideo

Nie podchodziłem do „Odysei” jak do produkcji historycznej, dlatego uprzedzę na samym wstępie, że zupełnie nie wadzą mi błędy historyczne czy pewna niezgodność z materiałem źródłowym. Jednocześnie ciężko nie odnieść wrażenia, że film początkowo reklamowany był jako dość wierna adaptacja i powrót do oryginalnego mitu Homera, a dopiero w kolejnych miesiącach zaczęto podkreślać, że będzie to bardziej autorska wizja, co mogło zmylić fanów. Naszą recenzję, napisaną przez Piotra Kamińskiego, możecie przeczytać tutaj, moja skupi się bardziej na luźnym opisaniu wad i zalet oczami kinomaniaka, który jednak nie jest wielkim fanem twórcy „Incepcji” czy „Teneta”.

Największe wady

Odyseja
resize icon

Mieszanie linii czasowych - Elementem, którym Nolan lubi się bawić w swoich filmach, jest czas. I o ile w niektórych filmach rzeczywiście ma to sens, tak nie jestem fanem tego zabiegu w każdym kinowym hicie. W „Odysei” początek jest przez to bardzo chaotyczny, co bardziej przeszkadza niż pomaga. Nolan ponownie sięga po nielinearną narrację, jednak tym razem nie działa ona tak dobrze jak w jego wcześniejszych filmach. Przeskoki między wydarzeniami są momentami nieczytelne, raz powolne, a raz jakby serwują nam telegraficzne skróty. Zamiast budować napięcie i głębię, wprowadzają niepotrzebnie zamęt, przez co emocjonalne zaangażowanie trochę spada. Przyznam szczerze, że w przypadku akurat tej adaptacji widziałbym bardziej chronologicznie ukazaną podróż Odyseusza, nawet jeśli miałaby ona dalej autorski sznyt Nolana. „Odyseja” nie potrzebowała aż takiej konstrukcyjnej gimnastyki - jej siła tkwiła w samej podróży, relacjach i tęsknocie za domem.

Chaotyczne sceny walk - Mimo ogromnego budżetu i możliwości technicznych sceny akcji nie zawsze spełniają oczekiwania. Nolan często stawia na realizm i praktyczne efekty, ale w „Odysei” niektóre walki są po prostu źle nakręcone. Wiem, że „300” to zupełnie inny typ filmowy, ale liczyłem jednak na to, że w scenach walk będzie można poczuć moc zadawanych ciosów, że choreografia będzie na najwyższym poziomie. Tymczasem zbyt często zaserwowano nam po prostu chaotycznie pracującą kamerę. W pojedynkach nie pomagają szybkie, montażowe cięcia i ciemne zdjęcia, przez co czasami trudno dokładnie zobaczyć, co dzieje się na ekranie. To szczególnie rozczarowujące, ponieważ historia Odyseusza daje ogromne możliwości: pojedynki z przeciwnikami, starcia z mitycznymi stworzeniami czy wojenne doświadczenia bohatera mogły być jednymi z najbardziej pamiętnych momentów filmu. Mało kto wskazuje ten element za wadę, ale serio, spodziewałem się po tym filmie o wiele, wiele więcej w tym aspekcie.

Momentami przerost formy nad treścią - Film jest spektakularny wizualnie, ale są momenty, w których sprawia wrażenie, że forma dominuje nad historią. Widowiskowe ujęcia i efekty nie zawsze idą w parze z emocjonalną głębią, przez co opowieść zbyt często traci swoją siłę. Nie zrozumcie mnie źle - to dalej dobrze opowiedziana historia, momentami zapierająca dech w piersiach, z głębokim przesłaniem, ale mająca również słabsze, dłużące się momenty. Dlatego trochę rozumiem tak różny odbiór filmu przez widzów - jedni docenią rozmach, inni będą zmęczeni formą.

Kulturowa nagonka - Przed premierą filmu najbardziej komentowano tak naprawdę fakt, że w produkcji zobaczymy czarnoskórą Helenę i Eliota Page’a, który jakiś czas temu zmienił płeć. Po blisko 3-godzinnym seansie mam przeczucie graniczące z pewnością, że był to celowy zabieg marketingowy mający na celu nakręcenie publiczności, aby o filmie zrobiło się głośno. Prawda jest bowiem taka, że czarnoskórą Helenę mogła zagrać nawet nieznana statystka, której nie trzeba byłoby przedstawiać przed premierą światu - mogła ją zagrać również Azjatka, Norweżka czy Indianka. Helena nie ma tu praktycznie żadnego znaczenia fabularnego, pojawia się na chwilę w kilku scenach, w dodatku tylko dlatego, że ta sama aktorka gra też siostrę Heleny. To samo można zresztą powiedzieć o Sinonie, granym przez Page’a - takich postaci pobocznych jest tu wiele i przed premierą nie poświęcano im medialnie aż takiej uwagi. 

Największe zalety

Odeseja Nolana
resize icon

Imponująca warstwa wizualna - Nie da się odmówić Nolanowi kunsztu wizualnego. Zdjęcia są spektakularne, a wiele scen zapada w pamięć na długo. Film wygląda jak prawdziwe epickie widowisko. Tak, nie każdemu może podobać się przygaszona paleta barw - oryginał obfituje wszak w fantastyczne motywy, niezwykłe wydarzenia i baśniową atmosferę. Nolan przedstawia natomiast znacznie bardziej surową i realistyczną wizję - mroczny, niemal horrorowy świat, w którym wojna trojańska jawi się jako brutalna masakra pozbawiona romantycznego obrazu bohaterstwa. Starcie z cyklopem czy wizyta u czarodziejki Kirke to jedne z najlepszych momentów, jakich byłem świadkiem w tym roku w kinie. Miałem tutaj wręcz momentami skojarzenia z "Wikingiem" Roberta Eggersa. 

Główna obsada bardzo dobrze dobrana - Zacznę od kobiet, bo to one robią tutaj świetne tło dla poczynań Odyseusza. Anne Hathaway znakomicie wcieliła się w postać Penelopy, wiernej żony Odyseusza, a Charlize Theron doskonale zagrała rolę Kalipso, nimfy z wyspy Ogygii. Sam Odyseusz, w postaci Matta Damona, którego przemianę widać podczas filmu, również spełnił swoje zadanie, zwłaszcza gdy dodamy bardzo mocno wyczuwalny wątek zespołu stresu pourazowego. Jednym z moich ulubionych aktorów stał się też w ostatnim czasie Robert Pattinson. W „Odysei” gra Antinoosa, jest swoistym antagonistą i zalotnikiem ubiegającym się o rękę Penelopy podczas nieobecności Odyseusza. Rewelacyjna rola. Bardzo dobrze odebrałem też Zendayę w skórze Ateny, zwłaszcza że jej wygląd został niejako wytłumaczony pod koniec filmu, co wiąże się również z bolesnymi wydarzeniami podczas zdobywania Troi. Niestety zupełnie nietrafionym pomysłem było moim zdaniem osadzenie Toma Hollanda w roli Telemacha - syna Odyseusza. Może to tylko moje spaczenie, ale cały czas widziałem w nim ciapowatego Petera Parkera. Inna sprawa, że trochę szkoda, że nie pokuszono się o zatrudnienie znanych aktorów z greckiego poletka - wszak to przecież film mocno odwołujący się do ich kultury i historii. W innych produkcjach - takich jak aktorska „Vaiana”, ale nie tylko - często dąży się do tego, by obsada była kulturowo autentyczna.

Psychologiczna głębia - Nolan odziera mityczną podróż z baśniowości na rzecz zgłębiania zespołu stresu pourazowego (PTSD) i wewnętrznych demonów weterana wojennego, przez co starożytna historia zyskuje bardzo uniwersalny, nowoczesny wymiar. Psychologiczna głębia filmu pokazuje, że podróż Odyseusza nie jest tylko fizycznym powrotem do domu, ale również wewnętrzną walką bohatera. Po latach wojny nie wraca już ten sam człowiek, który opuścił Itakę. Zamiast skupiać się wyłącznie na potworach, bogach i morskich przygodach, Nolan przesuwa uwagę na pytanie - co wieloletnia walka i cierpienie zrobiły z człowiekiem? Oczywiście prowadziło to do pewnych zmian, bo rola Ateny czy Posejdona została zepchnięta gdzieś na boczny tor, a realizm zastępuje często mitologię, ale podobała mi się ta wizja, a sceny w Hadesie potrafią wywołać naprawdę bardzo silne emocje. Wizyta w krainie umarłych nie jest przedstawiona jedynie jako kolejny etap przygody, ale jako bolesna konfrontacja Odyseusza z konsekwencjami poczynionych wyborów. Bohater musi zmierzyć się z pamięcią o tych, których stracił przekładając ambicję nad ich życie.

Muzyka i oprawa dźwiękowa - Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Ludwig Göransson, współpracownik Christophera Nolana, znany z pracy przy „Oppenheimerze”. Jego podejście w „Odysei” jest jednak inne niż w klasycznych filmach o tej skali. Zamiast wielkiej, patetycznej orkiestry muzyka jest minimalistyczna, wręcz i surowa. Twórcy korzystają z nietypowych instrumentów (np. starożytnych lub inspirowanych antykiem, jak lira czy aulos) oraz eksperymentalnych dźwięków. Efekt jest taki, że film brzmi coś, czemu towarzyszy cały czas narastający niepokój. Tutaj jeszcze raz przytoczę scenę z cyklopem czy nawet syrenami, które mocno zapadają w pamięć.

„Odyseja” Christophera Nolana to dzieło, które na pewno fascynuje. Reżyser podejmuje się ambitnej próby reinterpretacji jednego z najważniejszych mitów w historii kultury, nadając mu głębię psychologiczną i współczesny wydźwięk. Jednak w tej ambicji momentami się gubi - nielinearna narracja komplikuje odbiór, a chaotyczne sceny akcji odbierają widowisku klarowność. Nolan skupia się bardziej na konstrukcji i ideach niż na emocjonalnym rdzeniu opowieści, przez co historia Odyseusza traci część swojej pierwotnej siły i prostoty.

Mimo to „Odyseja” pozostaje filmem ważnym i wartym uwagi. Imponuje rozmachem, wizualną stroną i odwagą twórczą, przypominając, że współczesne kino wciąż może podejmować ryzyko i reinterpretować klasykę na własnych zasadach. Ostatecznie jest to produkcja nierówna, ale intrygująca - gdybym miał wystawić „Odysei” Nolana ocenę w skali 1 do 10, to celowałbym pewnie w 7 albo 8.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Źródło: własne
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper