Czy Steven Spielberg ma poczucie humoru? Najdziwniejszy film reżysera właśnie powrócił do oferty Netflixa

Czy Steven Spielberg ma poczucie humoru? Najdziwniejszy film reżysera właśnie powrócił do oferty Netflixa

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

W trakcie swej długiej, trwającej już ponad pół wieku kariery, Steven Spielberg raczył widzów filmami reprezentującymi przeróżne gatunki. Niezwykle rzadko sięgał jednak w swoich dziełach po dowcip, tylko raz realizując niemal czystą komedię. Mający swoją premierę osiem lat po debiucie film “1941”, który właśnie powrócił do oferty Netflixa, to rodzaj wojennej farsy, która w swoim czasie nie została przyjęta dobrze, tak przez widzów, jak i krytyków.

O ile debiut reżyserski Spielberga, “Pojedynek na szosie” z 1971 roku  pokazał nieprzeciętny talent twórcy do realizowania wciągających i niezwykle oryginalnych produkcji, o tyle prawdziwą sławę przyniosły mu dopiero dwa kolejne obrazy. Niewiarygodny finansowy sukces, naznaczonych ogromnymi problemami przy realizacji “Szczęk”, dał Spielbergowi praktycznie wolną rękę przy realizacji kolejnego dzieła, którym okazały się “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Znów niezwykle oryginalne dzieło, daleko wykraczające poza typowe schematy kina fantastycznonaukowego. Ponownie przynoszące producentom ogromne zyski ze sprzedaży biletów kinowych, za sprawą czego na przełomie dekad wszyscy z niecierpliwością czekali na nowe dzieło młodego filmowego geniusza z Cincinnati. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Jeszcze przed premierą dwóch wspomnianych dzieł, bo zaraz po emisji wcześniejszego obrazu “Sugarland Express”, Spielberga zagadnął jeden ze studentów. Okazał się nim jego późniejszy wieloletni współpracownik Robert Zemeckis, który chciał mu pokazać jeden ze swoich wczesnych obrazów: “A Field of Honor”. Spielbergowi ponoć mocno on zaimponował, przede wszystkim połączeniem komedii z niezwykle mroczną atmosferą. Jakiś czas później Zemeckis podjął współpracę z Bobem Gale'em, z którym później stworzy kilka scenariuszy filmowych. Obaj mieli szczęście spotkać na swej drodze Johna Miliusa, który prócz bycia reżyserem i scenarzystą  znał się bardzo dobrze ze Spielbergiem, a ponadto był bardzo zainteresowany pomysłami dwóch aspirujących artystów.

W owym czasie duet Zemeckis-Gale pracowało nad trzema projektami. Pierwszym z nich była wampiryczna komedia “Bordello of Blood”, której tytuł w zasadzie całkowicie zdradza jej ostateczny ton. Drugą był osadzony w czasach II. wojny światowej “Tank”. Zafascynowany militariami Milius w ogóle nie był zainteresowany pierwszym ze scenariuszy, mając duze obiekcje co do drugiego, za to trzeci idealnie trafił w jego oczekiwania. Była nim bowiem kolejna historia wojenna, ale tym razem dotycząca okresu bezpośrednio po ataku japońskiej armii na Pearl Harbor. Mieszająca całkowitą fikcję z prawdziwymi wydarzeniami, dotyczącymi choćby losów generała Stillwella. Opowieść początkowo planowana jako całkowicie poważna wkrótce miała jednak przejść kompletną przemianę. 

11 milionów i ani dolara więcej!

Milius był zachwycony tym scenariuszem, ale jego zapału wcale nie podzielali inni producenci, którzy widzieli w nim mocno chaotyczną i coraz bardziej wywrotową fabułę wojenną. Aby zdobyć ich zaufanie postanowił przedłożyć ten projekt swojemu przyjacielowi. Będącemu akurat najgorętszym nazwiskiem reżyserskim owych czasów. Spielberg również mocno się do niego zapalił, od początku dostrzegając jego ogromną energię, a jednocześnie widząc w tym materiale szansę na zrealizowanie czegoś na kształt “Doktora Strangelove” Stanleya Kubricka, które wręcz uwielbiał. Filmu będącego wyjątkowo zjadliwą satyrą na amerykański militaryzm, co - trzeba przyznać - ostatecznie mu się udało.

W zasadności podjętej już wcześniej decyzji utwierdziło Spielberga ponowne spotkanie z Zemeckisem, który tym razem zjawił się u niego wraz z Bobem Gale’em. Reżyserowi zaimponowała zarówno ich energia, jak i iście szczeniackie poczucie humoru. Pomny ogromnych problemów na planie wspomnianych już “Szczęk” twórca od początku zakładał jednak, że realizacja filmu nie może kosztować więcej niż 11 milionów dolarów, dlatego miał zamiar zabrać się do niej w sposób metodyczny.

Pierwszym ważnym wyborem była rzecz jasna obsada. Spielberg od razu zwrócił się do legendarnego Johna Wayne’a, który stał się jego dobrym znajomym, po tym jak panowie poznali się na spotkaniu upamiętniającym Joan Crawford. Gwiazdor westernów szybko otrzymał skrypt do filmu i równie błyskawicznie odmówił jakiegokolwiek udziału w tym filmie. Nie tylko uznał bowiem film za antypatriotyczny, ale wręcz przestrzegał twórcę przed realizacją filmu na jego podstawie, twierdząc że nie należy w taki sposób opowiadać o wciąż jeszcze świeżych tragicznych wydarzeniach mających miejsce podczas II. wojny światowej. Z podobnych powodów Spielbergowi odmówił również Chartlon Heston, a rolę Josepha Stillwella ostatecznie przyjął Robert Stack. Znany choćby z występu w słynnym serialu “Nietykalni”. 

Zupełnie niecodzienny charakter tej wojennej komedii sprawił, że kompletowanie obsady okazało się źródłem wielkiej radości dla twórców. Z jednej strony mogli oni bowiem sięgnąć po kultowy duet z SNL, czyli Dana Aykroyda i Johna Belushi, a z drugiej po kojarzonych z zupełnie innymi filmami Christophera Lee i Toshiro Mifune. Znany z upodobania do zabawy, a także narkotyków - które niestety niedługo doprowadzą do jego śmierci -  Belushi bywał kompletnie nieobliczalny, a jeden z jego wypadków na planie, gdy wsiadając do samolotu poślizgnął się, ostatecznie wszedł do filmu. Odmienne problemy miał na planie Mifune, który nie mógł znieść zatrudnionych, w rolach szeregowych wojskowych, statystów bez doświadczenia aktorskiego. Za zgodą samego Spielberga wziął się jednak za nich, co skończyło się spoliczkowaniem jednego i wykrzyczeniem mu w twarz: “Tak się szkoli Japończyków!”, po czym współpraca miała być już bezproblemowa. 

Tego samego jednak nie dało się powiedzieć o okresie zdjęciowym do filmu. Szybko bowiem stało się jasne, że realizacja pełnej wizji scenariuszowej będzie wymagała wybudowania ogromnego planu zdjęciowego, który natychmiast zostanie zniszczony, setek statystów, wykonania niezwykle drogich w tym czasie praktycznych efektów specjalnych, a także udziału dziesiątek pojazdów wojskowych, takich jak czołgi, samoloty i statki. W pewnym momencie na planie panował taki hałas, że sam Spielberg musiał się uciec do wymyślenia specjalnego sygnału dźwiękowego dla zasygnalizowania cięcia, a jego perfekcjonizm, przy jednoczesnej ogromnej swobodzie twórczej jaką się cieszył - po sukcesach dwóch poprzednich filmów - sprawiały, że wielokrotnie zmieniał i dopasowywał konkretne sceny, co znacząco wydłużyło okres zdjęciowy. Nic więc dziwnego, że budżet filmowy bardzo szybko wzrósł z planowanych 10 do ponad 30 milionów dolarów, a sam twórca wkrótce miał powiedzieć: “Około 145-ego dnia pracy na planie zrozumiałem, że zamiast reżyserować film, on sam zaczął reżyserować mnie…”

“Gdzieś w tym całym bałaganie jest dobry film…”

Już przed startem edytowania zgromadzonego materiału zdjęciowego Spielberg miał świadomość tego, że zadanie jakie stoi przed twórcami jest niezwykle trudne. Pierwsza wersja obrazu liczyła sobie niemal 150 minut i została pokazana w drugiej połowie października 1979 roku w Medalion Theatre w Dallas. Reakcja widzów potężnie wystraszyła, zarówno samego reżysera, jak i producentów. Początkowo widać było bowiem jak mocno są oni zagubieni w meandrach fabuły, a wkrótce duża część zaczęła zatykać uszy, ze względu na niezwykle głośną muzykę. Samego Spielberga próbował pocieszać prezydent Universalu, Sid Sheinberg, który na odchodne rzucił mu: “Gdzieś w tym całym bałaganie jest naprawdę dobry film, musimy tylko przysiąść nad nim i go znaleźć...”

W trakcie montażu udało się wyciąć siedemnaście minut filmu, w taki sposób, by narracja nabrała lepszego rytmu. Niestety w międzyczasie okazało się, że wielowątkowa fabuła, uwzględniająca perspektywę wielu bohaterów, jest przez to jeszcze mniej zrozumiała niż w pierwotnej wersji filmu. Nie należy się zatem dziwić, że tuż po premierze filmu, zarówno prasa, jak i widzowie nie byli nim zachwyceni. Niektórzy recenzenci pokusili się nawet o nazwanie najnowszego filmu reżysera “prawdziwym Pearl Harbor Stevena Spielberga”, jednocześnie chwaląc choreografię wielu pojedynczych sekwencji, jak i ganiąc wszechobecną w tym filmie przesadę. 

Trudno się po latach z tym nie zgodzić, choć z drugiej strony seans “1941”, pokazywanego na dużym ekranie na zeszłorocznym gdańskim festiwalu Octopus, przynosi dziś wiele radości. Próżno bowiem szukać w amerykańskim mainstreamie drugiej tak wielkiej produkcji, której twórca tak mocno puścił się poręczy. Realizując przedziwną, daleką od politycznej poprawności satyrę na amerykańską kulturę wojenną, nie tylko osadzając jej akcję kilka dni po najważniejszy - z punktu widzenia amerykańskiej recepcji II. wojny światowej -  zdarzeniu, ale również wykorzystując w niej fakty, takie jak choćby umieszczenie działa artyleryjskiego na podwórku właściciela domu w Maine (którego w filmie gra Ned Beatty). Przede wszystkim jednak odznaczającą się zarówno świetną choreografią pojedynczych scen, takich jak sekwencji tańca, ale również z przymrużeniem oka traktującą wcześniejszy dorobek Spielberga, co widać choćby w scenie początkowej, w jawny sposób nawiązującej do początku “Szczęk”.

Wbrew złej sławie “1941” okazało się względnym sukcesem w box office. Z całą pewnością nie zarabiając tyle, ile początkowo planowali producenci, ale mimo wszystko przynosząc studiu zysk. Fakt ten wcale jednak nie sprawił, że Spielberg mógł szybko zapomnieć o trudnościach w realizacji tej wojennej komedii. W owym czasie zaczął być bowiem postrzegany jako twórca mający ogromne problemy z realizacją produkcji w wyznaczonym wcześniej budżecie, przez co przedstawiciele Paramount Pictures początkowo nie wyobrażali go sobie jako reżysera przygotowywanego na początku lat 80’ filmu “Poszukiwacze zaginionej Arki”. Sam twórca pomysłu na film, George Lucas zastrzegł jednak, że nie zamierza współtworzyć widowiska z żadnym innym reżyserem niż właśnie ze Spielbergiem, który za punkt honoru postawił sobie nieprzekroczenie budżetu, co tym razem mu się udało. A reszta to już historia…

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper