Minęła dekada wielkiej gry Bungie – to już koniec

Minęła dekada wielkiej gry Bungie – to już koniec

Krzysztof Grabarczyk | Dzisiaj, 11:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Bungie powróciło do jednej ze swoich najstarszych marek z mieszanym skutkiem. Na Marathon od początku czekało znacznie mniej osób niż na kolejny dodatek do gry Destiny 2. Wydana przed niemal dekadą strzelaniną cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Twórcy oznajmili niedawno koniec jej wsparcia i podziękowali społeczności za wszystkie lata poświęcone rozgrywce.

Są studia, dla których wydawcy gotowi byli poświęcić wiele. Bungie to jedno z nich. Ich ostatni tytuł, Marathon, nie radzi sobie najlepiej i nie zapewni firmie takiej ciągłości finansowej jak Halo czy opisywane Destiny. Fani obawiają się o dalsze losy zespołu, który przecież już został dotknięty zwolnieniami. Gdy Sony kupiło Bungie za kwotę ponad trzech miliardów dolarów, spekulowano, że korporacja chce dostarczyć najlepsze gry live-service. Bungie nieustannie skupiało się na rozwoju Destiny 2 jako potężnej gry z wielomilionową społecznością fanów regularnie zaglądających do systemu Sol. Decyzja o wyciągnięciu Marathon z szuflady nie była zaskakująca, raczej dziwna. Nie jestem prorokiem, lecz ze wszystkich mecenatów wydawniczych pod jakimi znajdowało się studio – Sony, paradoksalnie, jest najbardziej niepewnym mocodawcą.

Dalsza część tekstu pod wideo

Dziesięcioletnie porozumienie z Activision kosztowało wydawcę Call of Duty blisko pół miliarda dolarów. Wysiłek finansowy oczywiście się opłacił. Oryginalne Destiny znalazło miliony interesantów, a gra pojawiła się na konsolach PlayStation 3, 4 oraz Xbox 360/One, i rzecz jasna, na komputerach osobistych. Z czego wyniknął sukces gry? W trakcie rozgrywki strzelamy, biegamy, zbieramy wszystko co się da, powracamy do ostatniego bastiony strażników i robimy to samo przez dziesiątki godzin. W Destiny po prostu świetnie się strzela, wymiana ognia jest dynamiczna, i nie sposób się tutaj nudzić. To produkcja idealna na wieczorną sesję z ekipą znajomych lub z nowo poznanymi graczami. Może gra nie jest jakimś fenomenem, ale świetnie poradziła sobie w „przejęciu” społeczności lubującej się niegdyś w trylogii Halo.

Przeznaczenie sukcesu

undefined

Bungie uniezależniło się od Microsoftu w 2010 roku, gdy zrealizowano ostatnią grę w ramach umowy wydawniczej, Halo: Reach. Odsiew studia od amerykańskiego giganta nastąpił już trzy lata wcześniej. Ówczesna ekipa pracująca w Bungie poczuła się wypalona twórczością w jednym uniwersum od blisko dekady (Halo: Combat Evolved tworzono od 1997 roku). Pomysł na nową grę kiełkował w głowach twórców od kilku lat. Bungie, jak mało który deweloper, miało dobre wyczucie czasu co do przyszłych trendów. Spodziewano się, że gry-usługi wkrótce staną się popularne. Wzięto pod uwagę sukces takich molochów jak World of Warcfrat. Potrzebne było masywne uniwersum. Z historii produkcji można dowiedzieć się, że studio przez pewien czas rozważało powrót pod mecenat Microsoftu, trwały także rozmowy z przedstawicielami Sony. W obu przypadkach postawiono warunek: Destiny miało stać się własnością jednej z korporacji. Bungie nie chcieli się na to zgodzić. Najkorzystniejszą ofertę przygotowało Activision.

Znając na wskroś trylogię Master Chiefa bawiłem się przednio z Destiny. Nie przeszkadzała mi repetycja rozgrywki, bo była zamierzona. Destiny należy do grona gier grinderskich, które cenię za możliwość nieskrępowanej, czystej zabawy. Resztą zrobiły poziomy projektowane przez najtęższe umysły w Bungie. Gra nie uderzała skomplikowaniem, robiła takie wrażenie tylko z początku. Patrząc z dzisiejszej perspektywy na to, czym stało się Destiny, jak wielu graczy przyciągnęło przed ekrany i jak ciekawe światy oferowało uważam, że decyzja o przejściu pod Sony była błędna. Wprawdzie proces tworzenia Destiny 2 nie był usłany laurami (bo i produkcja gry rzadko taka bywa), lecz gra wygenerowała potężne zyski. Bungie jednak postanowiło iść dalej, choć ku zaskoczeniu wszystkim, stworzyło Marathon, reinkarnację serii, którą produkowało w latach 90. Gra miała stać się fenomenem na konsolach PlayStation, lecz fani Destiny i Destiny 2 nie pobiegli do sklepów i dalej pozostali przy poprzednich grach studia.

Ostatni triumf

undefined

Bungie potwierdziło koniec wsparcia dla Destiny 2. Przy grze także spędziłem wiele godzin, gdy pojawiła się w ulepszonej wersji na konsolach bieżącej generacji w 2020 roku. Był to również jej „prime time” z uwagi na trwającą pandemię. Ludzie częściej widzieli się w przestrzeni cyfrowej niż tej rzeczywistej (właściwie, niewiele się od tamtej pory zmieniło). Od 2019 roku gra funkcjonuje w modelu free-to-play i jest to jedna z bardzo nielicznych transformacji z tradycyjnego modelu dystrybucji. Do tego skutecznych. Studio przez niemal dekadę raczyło fanów dodatkami i aktualizacjami. Szkoda, że ta wielka historia się kończy, a sama marka Destiny nie będzie już kontynuowana. Podczas gdy Bungie robi wszystko, aby zdobyć zainteresowanie graczy wokół Marathon, dziesiątki tysięcy wciąż spędzają czas w świecie Destiny 2. Sama gra pozostanie z nami jeszcze długo, bo Bungie będzie interweniować jeśli tylko pojawią się rażące problemy z działaniem gry. Destiny 2 to potężna historia, historia wszystkich graczy, którzy poświęcili jej swój czas i zasoby. Gracie jeszcze?

Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Destiny 2.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Źródło: PPE
Krzysztof Grabarczyk Strona autora
Weteran ze starej szkoły grania, zapalony samouk, entuzjasta retro. Pasjonat sportów siłowych, grozy lat 80., kultury gier wideo. Pisać zaczął od małego, gdy tylko udało mu się dotrwać do napisów końcowych Resident Evil 2. Na PPE dostarcza weekendowej lektury, czasem strzeli recenzję, a ostatnio zasmakował w poradnikach. Lubi zaskakiwać.
cropper