PS5 i PlayStation 5 - 2 DualSense i TV

Ta gra miała być tylko na chwilę. 30 godzin później dalej siedziałem przed ekranem

Kajetan Węsierski | Wczoraj, 21:30

Miałem tylko zajrzeć przez uchylone drzwi, a skończyłem tak, jak kończy się w grach najczęściej: po drugiej stronie, bez butów, bez planu i z trzydziestoma godzinami wyjętymi z życia. To miała być krótka wizyta. Szybkie sprawdzenie, jeden wieczór, może dwie godzinki na poznanie zasad i uczciwe stwierdzenie, czy warto kiedyś wrócić. 

Najgorsze, a może właśnie najlepsze, jest to, że takie tytuły zwykle atakują z ukrycia. One po prostu siadają obok, udają niewinne i podsuwają nam pierwsze zadanie. Potem drugie. Potem małą nagrodę. Potem obietnicę, że za rogiem czeka coś jeszcze. Wiecie - człowiek bardzo długo wierzy, że to on kontroluje tempo, aż w końcu spogląda na licznik czasu i widzi, że gra od kilku wieczorów prowadziła go za rękę jak dziecko w sklepie z zabawkami.

Dalsza część tekstu pod wideo

Ku przygodzie! 

Stardew Valley wygląda jak gra, którą bardzo łatwo zlekceważyć. Mała farma, pikselowa grafika, podlewanie roślinek, kilka grządek, trochę drzewek, kopalnia, sąsiedzi i dziadek, który zostawia nam w spadku kawałek ziemi. Brzmi spokojnie, może nawet niepozornie. Ot, produkcja do odpalenia na jeden wieczór, żeby sprawdzić, dlaczego ludzie od lat tak bardzo zachwycają się sianiem pietruszki, łowieniem ryb i rozmowami z mieszkańcami małego miasteczka. Tyle że Stardew Valley ma w sobie ten wyjątkowo zdradliwy rodzaj prostoty.

Bo to nie jest tylko gra o farmie. To gra o rytmie. O porankach, w których człowiek wstaje, sprawdza pogodę, podlewa uprawy, karmi zwierzęta, planuje dzień i niby robi rzeczy bardzo zwyczajne, ale każda z nich zaczyna mieć sens w większej układance. Dziś trzeba zejść do kopalni, jutro oddać prezent komuś z miasta, pojutrze złapać rybę dostępną tylko w deszczu, a za kilka dni przychodzi festiwal, więc wypadałoby się jakoś przygotować. Wiecie - Stardew Valley udaje spokojną grę o życiu na wsi, ale w praktyce bardzo szybko zamienia się w maszynę do produkowania małych celów.

I właśnie o to chodzi. O tę jedną grę, którą można było odpalić „tylko na chwilę”, a potem nagle zacząć sprawdzać, co opłaca się sadzić w danym sezonie, gdzie złapać konkretną rybę, kto lubi jaki prezent i dlaczego doba w tej produkcji kończy się zawsze o kilka minut za wcześnie. To jest ten typ tytułu, który nie musi krzyczeć, żeby wciągnąć. On po prostu daje nam kawałek ziemi, kilka narzędzi i poczucie, że jeśli jeszcze trochę się postaramy, to jutro wszystko będzie działać odrobinę lepiej niż dziś. A potem okazuje się, że takich „jutr” przeżyliśmy już kilkaset.

30? Chyba 300!

Najzabawniejsze jest to, że przy Stardew Valley licznik czasu bardzo szybko zaczyna wyglądać jak żart, którego nie chcemy nikomu tłumaczyć. Trzydzieści godzin? To brzmi prawie jak rozgrzewka. Po trzydziestu godzinach człowiek dopiero zaczyna rozumieć, które uprawy mają sens, jak nie zmarnować całego dnia na bieganie bez celu i dlaczego plecak zawsze jest za mały dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebujemy. A potem mijają kolejne sezony, farma się rozrasta, relacje w miasteczku zaczynają mieć znaczenie, a my nagle patrzymy na kilkaset godzin i zastanawiamy się, kiedy właściwie ta niewinna zabawa zamieniła się w drugi etat.

Fenomen Stardew Valley bierze się chyba z tego, że gra idealnie rozumie przyjemność małego postępu. Tu rzadko dzieje się coś wielkiego w hollywoodzkim sensie. Nie ma wybuchów co pięć minut, świata do uratowania przed apokalipsą ani dramatycznych zwrotów akcji na każdym kroku. Jest za to marchewka, która wreszcie wyrosła. Jest nowa stodoła. Jest lepsza wędka. Jest udana wyprawa do kopalni. Jest prezent, który ktoś przyjął z uśmiechem. 

Do tego dochodzi wolność, która nie przytłacza, tylko zachęca. Można grać efektywnie, planować każdy sezon, optymalizować zarobki i prowadzić farmę jak małe przedsiębiorstwo rolne. Można też po prostu chodzić po miasteczku, łowić ryby, dekorować dom, zaprzyjaźniać się z mieszkańcami i udawać, że ta jedna zarośnięta część farmy wcale nie wymaga pilnej interwencji. Stardew Valley nie patrzy na nas z wyrzutem, jeśli gramy „źle”. Ono raczej cierpliwie czeka, aż sami znajdziemy własny rytm. I właśnie dlatego tak trudno się od niego oderwać - bo to nie gra narzuca nam tempo, tylko my zaczynamy wierzyć, że sami je wybraliśmy.

I gram dalej! 

Stardew Valley jest jedną z tych produkcji, które udowadniają, że wielka przygoda nie zawsze musi zaczynać się od smoka, wojny albo katastrofy na skalę całego świata. Czasem wystarczy stara farma, kilka nasion, sąsiedzi z własnymi problemami i kalendarz, który bezlitośnie przypomina, że truskawki same się nie posadzą. To gra cicha i pozornie prosta, ale pod tą spokojną powierzchnią kryje się pętla rozgrywki tak skuteczna, że człowiek naprawdę potrafi zniknąć w niej na setki godzin.

Te godziny nie wydają się wyrwane z życia, tylko dziwnie dobrze spędzone. Na budowaniu czegoś po swojemu, na małych planach, na kolejnych porankach w Pelican Town i na tym przyjemnym poczuciu, że jutro znowu będzie co robić. Stardew Valley miało być tylko na chwilę. A potem okazało się, że ta chwila ma cztery pory roku, kilkaset godzin i nadal potrafi szeptać z ekranu: jeszcze jeden dzień.

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper