Game Pass kończy czerwiec kolejną dostawą gier. Czy Xbox nadal ma najlepszą usługę w branży?
Game Pass ma w sobie coś z lodówki, do której człowiek zagląda niby tylko na chwilę, a potem i tak znajduje coś, czego wcześniej w ogóle nie planował ruszać. Xbox kończy czerwiec kolejną dostawą gier i znowu przypomina, że nawet w miesiącu pełnym większych dyskusji o kondycji marki, strategii Microsoftu i przyszłości konsol, ta jedna usługa nadal potrafi bardzo skutecznie przyciągać uwagę. Bo tu chodzi o ten prosty, trochę niebezpieczny mechanizm: skoro już płacę abonament, to może sprawdzę jeszcze jedną grę. A potem jeszcze jedną. I jeszcze jedną…
Pytanie tylko, czy sama regularność nadal wystarcza, żeby mówić o najlepszej usłudze w branży. Game Pass przez lata był argumentem za Xboksem, wygodnym sposobem nadrabiania zaległości i miejscem, w którym mniejsze gry mogły nagle trafić do znacznie większej publiczności. Dziś konkurencja też nie śpi, ceny usług rosną, gracze uważniej liczą pieniądze, a Microsoft coraz częściej musi udowadniać, że za wielkimi obietnicami nadal idzie realna wartość.
Game Pass
Cóż, Game Pass od początku miał w sobie coś bardzo kuszącego, bo uderzał dokładnie w to miejsce, w którym gracze są najbardziej podatni na rozsądek udający spontaniczność. Zamiast kupować jedną grę za kilkaset złotych, dostajemy katalog, do którego można wskakiwać, przeskakiwać, próbować, porzucać i wracać bez poczucia, że każda pomyłka boli portfel. Brzmi jak prosta sprawa? Może i tak. Ale w praktyce ta prostota naprawdę zmieniła sposób myślenia o graniu.
Największą siłą Game Passa nie była więc wyłącznie liczba gier. Jasne, katalog robił wrażenie, zwłaszcza gdy wpadały do niego duże premiery, produkcje niezależne, klasyki, dziwne eksperymenty i rzeczy, które człowiek od dawna miał gdzieś z tyłu głowy. Ale prawdziwa magia polegała na zmianie progu wejścia. Game Pass zabierał z decyzji ten nieprzyjemny moment kalkulowania, czy dana gra naprawdę jest warta pełnej ceny.
Dla Xboxa była to też znacznie większa sprawa niż kolejna usługa subskrypcyjna. Game Pass miał być argumentem, tożsamością i trochę nowym centrum całego ekosystemu Microsoftu. Nie tylko dodatkiem do konsoli, ale powodem, żeby wejść w ten świat i zostać w nim na dłużej. W czasach, gdy PlayStation miało mocniejsze skojarzenia z kinowymi hitami single-player, a Nintendo żyło własnym rytmem, Xbox mógł powiedzieć: my dajemy Wam dostęp. Dużo dostępu. Wygodnie, regularnie i bez ciągłego stania przy kasie.
Czy to dalej ta sama forma?
Dziś pytanie brzmi jednak, czy Game Pass nadal ma ten sam blask, co kilka lat temu. Bo jedna rzecz to wejść na rynek z usługą, która wydaje się niemal zbyt dobra, żeby była prawdziwa, a druga - utrzymać takie wrażenie przez długi czas. Gracze przyzwyczaili się do regularnych dostaw, mocnych premier, niespodzianek i tego, że abonament ma nieustannie udowadniać swoją wartość. A gdy człowiek raz przyzwyczai się do komfortu, bardzo szybko zaczyna traktować go jak normę.
Nie pomaga też fakt, że wokół Xboksa przez ostatnie lata narosło sporo zamieszania. Zmiany strategii, multiplatformowość, pytania o sens konsoli, rosnące ceny usług i oczekiwanie na większą regularność premier first-party sprawiają, że Game Pass nie istnieje już w próżni. Kiedyś łatwiej było mówić: oto najlepsza oferta w gamingu, koniec dyskusji. Dziś ta dyskusja jest trochę bardziej skomplikowana. Jeśli ktoś gra dużo, lubi testować różne gatunki i nie ma potrzeby posiadania wszystkiego na własność, oferta nadal może wydawać się świetna. Jeśli ktoś odpala dwie gry rocznie i woli mieć konkretne pudełko albo cyfrowy zakup na koncie, abonament niekoniecznie musi wyglądać jak zbawienie.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że Game Pass czasem miewa miesiące mocniejsze i słabsze. To naturalne, bo żadna usługa nie będzie co kilka tygodni dowozić zestawu, który wszystkich rzuci na kolana. Problem w tym, że przy abonamencie wrażenie wartości buduje się bardzo regularnie. Gdy do katalogu wpada coś mocnego, użytkownik czuje, że dobrze zrobił, płacąc. Gdy przez chwilę pojawiają się głównie gry, które kompletnie go nie interesują, zaczyna liczyć, czy przypadkiem nie opłacałoby się zrobić przerwy.
Mimo tego trudno mi udawać, że konkurencja naprawdę odebrała Microsoftowi koronę. PlayStation Plus potrafi mieć świetne miesiące, Nintendo ma swoje klasyki i własny ekosystem, inne platformy też walczą o uwagę, ale Game Pass nadal ma tę jedną przewagę: poczucie żywego katalogu, który zachęca do próbowania. Gdy spojrzeć szerzej, wciąż potrafi dawać coś, czego klasyczny model kupowania gier często nie daje - swobodę bez wielkiego ryzyka.
Werdykt
Game Pass nie jest już może tą samą świeżą sensacją, którą był w momencie, gdy wielu graczy pierwszy raz zaczęło traktować abonament jak realną alternatywę dla kupowania kolejnych premier. Dziś patrzymy na niego surowiej, bo znamy jego mocne strony, widzimy słabsze miesiące i wiemy, że za każdą usługą stoi też biznes, który prędzej czy później zaczyna mocniej liczyć. To nie jest bajka o nieskończonej bibliotece za grosze. To produkt, który zmienia się razem z rynkiem, oczekiwaniami i strategią Microsoftu.
A jednak, mimo tych wszystkich zastrzeżeń, potknięć i momentów, w których można kręcić nosem, chyba nadal śmiało uznałbym Game Passa za najlepszą usługę w branży. Oczywiście to opinia w pełni subiektywna, zależna od tego, jak często gramy, czego szukamy i czy lubimy sprawdzać rzeczy poza własną strefą komfortu. Ale dla mnie Game Pass wciąż najczęściej dowozi tę prostą obietnicę: płacisz, odpalasz, próbujesz, odkrywasz. A w świecie, w którym ceny gier potrafią coraz mocniej studzić spontaniczność, taka swoboda nadal ma ogromną wartość.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych