Czy doszliśmy do smartfonowej ściany? Telefony są za mocne wobec oczekiwań użytkowników

Czy doszliśmy do smartfonowej ściany? Telefony są za mocne wobec oczekiwań użytkowników

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 22:00

Kiedyś wyciągnięcie z pudełka flagowego smartfona wywoływało autentyczne emocje, a każda kolejna generacja przynosiła zauważalny przeskok technologiczny. Dzisiaj to po prostu kolejny kawałek szkła i metalu, który wygląda i działa niemal identycznie jak sprzęt wypuszczony na rynek kilkanaście miesięcy wcześniej. Niestety zmagamy się z pewnym, trudnym do rozwiązania problemem. 

Rynek mobilny uderzył w bardzo wyraźną, grubą ścianę, a producenci robią wszystko, by utrzymać iluzję niekończącego się postępu. Smartfony stały się niezwykle nudnymi (bo i pozbawionymi możliwych do implementacji innowacji) narzędziami, a pompowanie ich specyfikacji straciło racjonalny sens z perspektywy klienta. Skoro tylko z tego smartfona dzwonimy, przeglądamy fejsa czy robimy fotki, to po co nam lepszy procesor czy wydajniejsza karta graficzna? 

Dalsza część tekstu pod wideo

Wyścig na kolejne generacje układów scalonych przypomina obecnie sztukę dla sztuki. Podczas konferencji prasowych oglądamy wykresy pokazujące wzrost wydajności procesorów o kilkanaście procent, a słupki w syntetycznych benchmarkach z łatwością przebijają kolejne granice. Inżynierowie chwalą się coraz niższym procesem litograficznym, miliardami tranzystorów i nowoczesnymi architekturami rdzeni. Problem polega na tym, że te imponujące liczby nie mają żadnego przełożenia na codzienne użytkowanie sprzętu. Klienci otrzymują ogromną moc obliczeniową, której sprzęt nie ma jak fizycznie wykorzystać.

Czy kupujecie nowy telefon, bo jest wydajniejszy? 

Google Pixel 10
resize icon

Nosimy w kieszeniach maszyny, których wydajność przewyższa klasyczne komputery biurowe sprzed kilku lat. Dysponujemy urządzeniami zdolnymi przetwarzać niezwykle skomplikowane algorytmy w ułamku sekundy, ale w rzeczywistości delegujemy im najbardziej trywialne zadania. Odpalamy platformy wideo, przewijamy nieskończone pionowe rolki, odpisujemy w komunikatorach i zerkamy na nawigację. Rozstrzał między technologicznym potencjałem, a naszymi faktycznymi potrzebami osiągnął absurdalne rozmiary. Kupujemy niezwykle potężny sprzęt tylko po to, by wykorzystywać zaledwie promil jego faktycznych możliwości.

Co na ten temat mówią statystyki? Przeciętny użytkownik spędza przed ekranem smartfona kilka godzin dziennie, z czego lwią część tego czasu zajmują aplikacje społecznościowe. Platformy takie jak YouTube czy Instagram odpowiadają za zdecydowaną większość naszego cyfrowego życia w ujęciu mobilnym. Do płynnego renderowania tekstu, kompresji wideo czy ładowania zdjęć absolutnie nie potrzeba flagowych procesorów. Układy ze średniej półki sprzed kilku lat radzą sobie z takimi zadaniami identycznie, nie wykazując żadnych spadków płynności animacji.

Czy mobilny gaming jest aż tak popularny?

Mobile gaming
resize icon

Zwolennicy pakowania flagowych podzespołów w tym momencie płynnie przechodzą do argumentu mobilnego gamingu, a działy PR wręcz dwoją się i troją, promując sprzętowe wsparcie dla ray-tracingu i zapowiadając oprawę graficzną rodem z konsol stacjonarnych. Na papierze to wszystko wygląda imponująco. Dane z rynkowych raportów, takich jak te publikowane przez Newzoo czy Sensor Tower, faktycznie potwierdzają, że około 60% posiadaczy smartfonów regularnie uruchamia na nich gry. Cały ten sektor generuje w okolicach 90 miliardów dolarów rocznie, odpowiadając za niemal połowę globalnych przychodów całej branży gier wideo, zostawiając w tyle konsole i komputery osobiste. Z perspektywy biznesowej to gigantyczny, niezwykle lukratywny rynek, który w teorii powinien bezlitośnie wymuszać produkcję coraz wydajniejszej elektroniki.

Rzeczywistość weryfikuje te dane, gdy tylko przeanalizujemy, w co dokładnie inwestują swój czas i pieniądze mobilni gracze. Zdecydowana większość konsumentów absolutnie nie wydaje kilku tysięcy złotych na topowy telefon po to, by grać w wymagające porty z komputerów osobistych. Doskonale pokazał to rynkowy eksperyment z wprowadzaniem pełnoprawnych tytułów AAA, takich jak Resident Evil Village, Death Stranding czy Assassin's Creed Mirage na flagowe smartfony. Analizy sprzedaży ujawniły, że po te produkcje sięgnęła zaledwie garstka entuzjastów (kilka do kilkunastu tysięcy osób), a wyniki finansowe okazały się wręcz kompromitująco niskie w stosunku do kosztów portowania.

W statystykach pobrań i generowanych przychodów od lat niezmiennie królują produkcje casualowe, banalne układanki logiczne typu dopasuj trzy, gry zręcznościowe i wirtualne kasyna. Tytuły takie jak Monopoly GO!, Candy Crush Saga, Roblox czy Coin Master zarabiają miliardy dolarów, a do płynnego działania nie potrzebują żadnych nowoczesnych procesorów graficznych z obsługą śledzenia promieni. Te gry funkcjonują perfekcyjnie na kilkuletnich układach ze średniej półki, udowadniając dobitnie, że sprzętowa nadwyżka mocy we flagowcach to w przypadku mobilnego gamingu zwykła, bardzo kosztowna ułuda.

Roblox_mobile
resize icon

Kolejnym pieczołowicie utrwalonym mitem jest kwestia produktywności. Nowoczesne układy potrafią wprawdzie błyskawicznie wyeksportować zmontowany materiał wideo w rozdzielczości 4K, a syntetyczne benchmarki pokazują wydajność jednego rdzenia na poziomie ultrabooków sprzed dwóch generacji. W profesjonalnym środowisku nikt jednak nie wykonuje zaawansowanej, obciążającej sprzęt pracy na sześciocalowym, dotykowym ekranie z wirtualną klawiaturą. Poważne zadania wymagające dużej mocy obliczeniowej niezmiennie przenosimy na laptopy, a sam telefon pozostaje w codziennej pracy jedynie podręcznym narzędziem wspierającym. Wykorzystujemy go głównie do obsługi komunikatorów firmowych, odpisywania na maile w biegu, przeglądania sieci i kontrolowania kalendarza. Czy jest tutaj ktoś, kto regularnie montuje albo programuje na flagowym smartfonie?

Nawet jeśli użytkownik spróbuje na siłę obciążyć urządzenie wymagającą aplikacją do obróbki grafiki lub pętlą w zaawansowanym teście obciążeniowym pokroju 3DMark Wild Life Extreme, fizyka błyskawicznie weryfikuje możliwości telefonów. Zamknięcie potężnych układów w smukłej obudowie pozbawionej aktywnego chłodzenia to zawsze bolesny kompromis, którego nie oszukają nawet największe komory parowe z grafenu. Przy maksymalnym, ciągłym obciążeniu, główne rdzenie procesora taktowane zegarami grubo powyżej czterech gigaherców natychmiast generują ogromne ilości ciepła, po czym do akcji musi wkroczyć niezwykle agresywny throttling termiczny. Częstotliwość taktowania układu drastycznie spada, system obcina nawet 40% pierwotnej wydajności, byle tylko zapobiec fizycznemu przegrzaniu i uszkodzeniu konstrukcji. Imponująca moc obliczeniowa, za którą klient zapłacił pełną stawkę w sklepie, ulatnia się bezpowrotnie po zaledwie kilku minutach intensywnej pracy, pozostawiając w dłoniach nieprzyjemnie gorący kawałek elektroniki i puste cyfry w tabelach ze specyfikacją.

Świadomość braku optymalnego zastosowania dla suchej mocy sprawiła, że branża musiała poszukać nowych argumentów sprzedażowych. Obecnie głównym filarem marketingu są rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, zaszyte głęboko w oprogramowaniu. Nowe funkcje edycji fotografii czy inteligentnego podsumowywania notatek często opierają się jednak na przetwarzaniu danych na zewnętrznych serwerach w chmurze. Lokalny sprzęt pełni wtedy jedynie funkcję terminala wysyłającego zapytania, co jeszcze bardziej podważa sens posiadania w kieszeni najpotężniejszego dostępnego układu.

Czy składaki to powiew świeżości?

Galaxy Z Fold7
resize icon

Pewnym ożywieniem w tym technologicznym marazmie są urządzenia ze składanymi ekranami, które z racji swoich konstrukcji oferują coś innego i przede wszystkim, bardziej zróżnicowanego. Te modele faktycznie zmieniają sposób interakcji ze sprzętem. Zauważcie jednak, że w ich przypadku dyskusja skupia się na wytrzymałości zawiasów, jakości matryc OLED i proporcjach obudowy. Kwestia zastosowanego procesora schodzi na absolutny margines, bo dawno przestaliśmy się martwić o to, czy interfejs będzie działał płynnie.

Znajdujemy się w punkcie, w którym surowa moc obliczeniowa jest najmniej istotnym elementem specyfikacji technicznej. Zdecydowanie bardziej potrzebujemy dzisiaj rewolucji w technologii ogniw, by urządzenia mogły pracować pod obciążeniem kilka dni bez ładowarki. Oczekujemy lepszej optymalizacji systemów i sprawniejszego zarządzania energią w tle. Ciągłe podbijanie wyników w syntetycznych testach służy już wyłącznie celom wizerunkowym na spotkaniach z akcjonariuszami. Wiele osób kupuje też lepszy smartfon nie z myślą o wydajniejszym procesorze, ale lepszym aparacie i jaśniejszych obiektywach. Dla wielu moich znajomych to właśnie aparat lub ekosystem determinuje wybór. Jeżeli cała rodzina ma iPhone'a, to potencjalnie brak czy siostra też go wybiorą, bo łatwiej wtedy przesłać zdjęcia, wysłać iMessage, zadzwonić na FaceTime czy zrobić cokolwiek wspólnego. Można też podpiąć takiego członka rodziny pod funkcję "znajdź" jeśli komuś jest to potrzebne. 

Kiedy będziecie oglądać kolejną premierę urządzenia za kilka tysięcy złotych, warto zadać sobie bardzo proste pytanie. Czy kolejny wzrost wydajności procesora o dwadzieścia procent zmieni cokolwiek w waszym cyfrowym życiu? Szybko dojdziecie do wniosku, że sprzęt mobilny osiągnął pełną dojrzałość, stając się przewidywalnym i do bólu zwykłym narzędziem codziennego użytku. To sprzęt, który ma po prostu działać, a do sprawdzania wiadomości i komunikacji z bliskimi układ rodem ze statków kosmicznych jest całkowicie zbędny. Dajcie znać w komentarzach, jakie widzicie zastosowanie dla flagowców i czy sami korzystacie z takich urządzeń. Do usłyszenia!

Źródło: Opracowanie własne
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper