Xbox znów chce grać o wszystko. Tym razem nie ma miejsca na potknięcia
O Xboksie od lat mówi się trochę tak, jak o drużynie z wielkim stadionem, bogatym właścicielem i składem, który na papierze powinien bić się o wszystko, ale regularnie potyka się w najmniej wygodnych momentach. Czy to przesada? Być może. Trudno jednak udawać, że marka Microsoftu przez ostatnie generacje nie nazbierała sporo obietnic, skrętów w strategii, komunikacyjnych zgrzytów i decyzji, po których nawet najbardziej cierpliwi fani mogli tylko westchnąć pod nosem.
Ostatnio jednak Xbox znów sprawia wrażenie firmy, która wychodzi na środek ringu, poprawia rękawice i mówi: dobra, jeszcze raz. Tyle że tym razem nie wystarczy kilka efektownych zwiastunów, nostalgiczne spojrzenie w stronę Halo czy Gearsów i zapewnienia, że najlepsze dopiero przed nami. Wiecie - gracze słyszeli to już nie raz. Teraz Microsoft potrzebuje nie tylko mocnych zapowiedzi, ale też konsekwencji, rytmu i zwykłego dowiezienia tego, co przez lata brzmiało pięknie na konferencjach.
Nowe u steru
Xbox od kilku miesięcy znajduje się w miejscu, które trudno nazwać wygodnym. Z jednej strony mówimy o marce z gigantycznym zapleczem finansowym, potężnym katalogiem studiów i usługą, która wciąż dla wielu graczy pozostaje jedną z najlepszych ofert w branży. Z drugiej - trudno uciec od wrażenia, że przez ostatnie lata Microsoft częściej tłumaczył swoją strategię, niż pozwalał jej po prostu działać. Czy to już kryzys tożsamości? Może to za mocne słowa. Ale coś w tym jest.
Przejęcie władzy przez nową szefową nie wydarzyło się więc w spokojnym momencie, w którym wystarczyło usiąść za biurkiem, przejąć prezentację po poprzedniku i kontynuować elegancko rozpisany plan. Wręcz przeciwnie - Asha Sharma weszła do gry wtedy, gdy marka potrzebowała nie tylko zarządzania, ale też odzyskania kontroli nad własną opowieścią. Bo Xbox przez lata chciał być konsolą, usługą, platformą, aplikacją, chmurą, obecnością na PC i jeszcze mostem do innych ekosystemów. A jak coś jest do wszystkiego, to… No, sami wiecie. ;)
Największym ciężarem tej nowej ery jest dziedzictwo decyzji, które miały Xboxa wzmocnić, a czasem tylko dokładały kolejne pytania. Przejęcia Bethesdy i Activision Blizzard wyglądały jak moment, w którym Microsoft pokazuje: dobra, teraz gramy naprawdę poważnie. Tyle że sama liczba studiów nie rozwiązuje problemu, jeśli za tym nie idzie stabilny rytm premier, jasna komunikacja i poczucie, że gracze wiedzą, czego mogą się spodziewać.
Do tego dochodzi jeszcze temat ekskluzywności, który Xbox sam zamienił w wyjątkowo śliski grunt. Najpierw przez lata słyszeliśmy, że gry mają trafiać do jak największej liczby osób, później coraz więcej tytułów zaczęło pojawiać się poza ekosystemem Microsoftu, a następnie wróciły zapewnienia, że własny sprzęt i własne premiery nadal mają znaczenie. Trudno się dziwić, że część graczy patrzy na to z dystansem. Nie dlatego, że multiplatformowość sama w sobie jest zła. Problem polega raczej na tym, że Xbox przez długi czas nie potrafił powiedzieć tego jednym, prostym zdaniem: po co właściwie mamy kupić Xboksa?
Wizja przyszłości...
Jeśli nowa szefowa naprawdę chce odwrócić nastroje, musi zacząć od rzeczy pozornie banalnej, ale w tej sytuacji absolutnie kluczowej - uporządkowania przekazu. Gracze nie potrzebują kolejnego korporacyjnego hasła o przyszłości rozrywki. Potrzebują prostego komunikatu: to jest nasz sprzęt, to są nasze gry, to jest nasza usługa i właśnie dlatego warto z nami zostać. Tylko tyle i aż tyle.
Druga rzecz to regularność. Xbox ma marki, które mogłyby nieść cały ekosystem na plecach - Halo, Gears of War, Forza, Fable, DOOM, The Elder Scrolls, Call of Duty i wiele innych. Problem w tym, że przez lata potencjał tej biblioteki zbyt często istniał głównie w teorii, na listach życzeń i w zapowiedziach, które kazały patrzeć w przyszłość zamiast cieszyć się teraźniejszością. Jeśli Microsoft chce odzyskać pewność graczy, musi zacząć dowozić duże premiery w rytmie, który naprawdę będzie czuć.
Trzecim elementem może być sprzęt, choć tu sprawa jest szczególnie delikatna. Xbox nie wygra przyszłości samym pudełkiem pod telewizorem, bo Microsoft już dawno poszedł szerzej niż klasyczna wojna konsol. Ale to nie znaczy, że konsola może stać się dodatkiem bez znaczenia. Wręcz przeciwnie - jeśli firma dalej chce sprzedawać własny hardware, musi sprawić, żeby był on najlepszym, najwygodniejszym i najbardziej naturalnym miejscem do korzystania z całego ekosystemu.
Najciekawszy scenariusz zakłada więc, że Xbox nie będzie próbował udawać PlayStation ani Nintendo. Microsoft ma inne karty na ręce i może grać inaczej - szerzej, usługowo, mocniej przez PC, chmurę, abonament i gigantyczną bibliotekę. Tyle że „inaczej” nie może oznaczać „niewyraźnie”. Nowa szefowa ma przed sobą bardzo trudne zadanie, bo musi połączyć elastyczność z tożsamością, multiplatformowość z powodem do posiadania Xboksa, a wielkie korporacyjne ambicje z prostą frajdą.
Podsumujmy to!
Obecna sytuacja Xboksa jest więc - zostając przy bokserskich metaforach - trochę jak moment przed kolejną rundą w walce, w której zawodnik ma świetne warunki fizyczne, mocny narożnik i sporo doświadczenia, ale publiczność pamięta też wszystkie poprzednie potknięcia. Microsoft nadal ma wszystko, żeby wrócić do mocniejszej gry: studia, pieniądze, marki, technologię i usługę, której konkurencja wciąż nie skopiowała jeden do jednego.
Dlatego najbliższe miesiące i lata mogą być dla marki ważniejsze niż niejeden efektowny pokaz. Chodzi o to, czy Xbox wreszcie zacznie brzmieć jak platforma, która wie, dokąd idzie. Jeśli nowa szefowa potrafi nadać temu wszystkiemu jasny kierunek, Microsoft może jeszcze bardzo mocno namieszać. Jeśli nie - kolejne „dajcie nam jeszcze trochę czasu” może już nie wystarczyć.
Przeczytaj również
Komentarze (22)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych