Graliśmy w Halo: Campaign Evolved. Czy to marchewka na fanów PlayStation?

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved. Czy to marchewka na fanów PlayStation?

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 17:01

Dwie misje… a blisko pięć godzin grania? Na papierze brzmi to absurdalnie, ale naprawdę nie mogłem oderwać się od skromnego wycinka Halo: Campaign Evolved. Xbox zaprosił naszą redakcję na testowanie odświeżonej przygody Master Chiefa i po kilku godzinach z grą wiem jedno: obok tej produkcji nie powinni przechodzić obojętnie ani wierni fani serii, ani gracze, którzy dotychczas omijali to uniwersum szerokim łukiem.

Ostatni Xbox Games Showcase przyniósł wielką prezentację najnowszej opowieści Marcusa Fenixa, ale w międzyczasie Xbox pozwolił nam sprawdzić przedpremierowo Halo: Campaign Evolved. Twórcy udostępnili dwie misje, które teoretycznie powinienem ukończyć w maksymalnie godzinę, ale… szczerze mówiąc, nie dało się na tym poprzestać. Do The Silent Cartographer oraz Assault on the Control Room wracałem kilkukrotnie, testując różne podejścia, sprawdzając zmiany i po prostu chłonąc atmosferę klasyka przebudowanego z wyraźnym szacunkiem do oryginału.

Dalsza część tekstu pod wideo

I właśnie po tym pokazie coraz mocniej zastanawiam się, czy nowa szefowa Xboksa nie ma naprawdę dobrego planu. Halo: Campaign Evolved nie podążyło drogą Gears of War: E-Day i trafi także na PlayStation 5, więc może stać się najlepszą możliwą zachętą dla graczy z konsol Sony, by w końcu zainteresowali się światem Master Chiefa. A jeśli ten remake ma być pierwszym krokiem, pokazem siły i otwarciem drzwi do marki, to w przyszłości nowa, pełnoprawna przygoda Master Chiefa może już nie być tak łatwo dostępna poza ekosystemem Microsoftu. Jedno jest pewne: jeśli kolejne Halo pójdzie w tym kierunku, nikt nie powinien go przegapić… bo Halo: Campaign Evolved już teraz wygląda naprawdę fantastycznie.

Na dobry początek… znana plaża

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - strzelanie w 4 misji
resize icon

The Silent Cartographer to jedna z monumentalnych misji z całego uniwersum Halo. Master Chief trafia na wyspę, by odnaleźć tytułowego kartografa - mapę prowadzącą do centrum kontroli pierścienia Halo - a całość zaczyna się od kultowego lądowania Marines na plaży. To właśnie tutaj oryginalne Halo: Combat Evolved pokazywało swoją skalę: otwarta przestrzeń, Warthog, wsparcie żołnierzy, walka z Covenantem i to charakterystyczne poczucie, że przed nami znajduje się ogromny, tajemniczy świat. Nic dziwnego, że twórcy Halo: Campaign Evolved wybrali właśnie ten fragment jako jeden z pierwszych pokazów odświeżonej kampanii.

Już sam początek pokazuje, że deweloperzy nie ograniczyli się do prostego poprawienia grafiki. W oryginale sekwencja lotu była krótka i bardzo szybko wrzucała nas do akcji, a tutaj otrzymujemy znacznie bardziej filmowe otwarcie. Widzimy Master Chiefa w środku maszyny, obserwujemy oddział przygotowujący się do desantu, a po chwili samoloty zostają zaatakowane. Scena jest dłuższa, bardziej efektowna i lepiej buduje atmosferę przed wejściem na plażę. To nadal ta sama misja, ale opowiedziana z większym rozmachem.

Pierwsze minuty rozgrywki są bardzo znajome, ale różnica w oprawie wizualnej od razu robi ogromne wrażenie. Plaża wygląda pięknie, otoczenie jest znacznie bogatsze, a sama walka sprawia wrażenie większej i bardziej chaotycznej. Marines ruszają do przodu, Grunty wpadają w panikę, Elity prezentują się znacznie potężniej niż kiedyś, a wymiana ognia ma zdecydowanie większą siłę. Szczególnie dobrze wypadają efekty cząsteczkowe - eksplozje, odłamki, błyski plazmy i reakcje otoczenia sprawiają, że momentami miałem wrażenie, że właśnie tak Halo powinno wyglądać od zawsze. Oczywiście w 2001 roku było to technologicznie niemożliwe, ale dzisiaj takie detale kapitalnie odświeżają dobrze znane starcia.

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - most 5 misja
resize icon

Bardzo szybko można też zauważyć, jak dobrze twórcy wykorzystują światło. Kolorowe efekty energetyczne nie przeszkadzają, nie robią z gry przesadnie cukierkowego widowiska, tylko świetnie podkreślają charakter walki. Tarcze przeciwników efektownie reagują na ostrzał, karabin plazmowy wygląda znacznie lepiej, a błyski wystrzałów pięknie rozchodzą się po otoczeniu. Przed pokazem miałem pewne obawy, że deweloperzy przesadzą z kolorami i efektami, ale po tej misji mogę napisać jedno: nowa oprawa naprawdę służy wizji Halo.

Po chwili wskakujemy do Warthoga i tutaj twórcy bardzo wyraźnie pokazują, że nie chcieli zmieniać fundamentów na siłę. Pojazd prowadzi się niemal identycznie jak w oryginale - nadal jest lekki, szybki, bardzo zręcznościowy i momentami trochę zbyt „pływający”. Szczerze mówiąc, liczyłem na odrobinę większy ciężar, ale trudno uznać to za poważną wadę, bo dokładnie taki charakter miał Warthog w pierwszym Halo. To jeden z tych elementów, w których remake wybiera wierność pierwowzorowi zamiast całkowitego unowocześnienia.

Sama struktura misji również pozostaje znana. Przemieszczamy się po wyspie, trafiamy do kolejnych kompleksów Forerunnerów, czyścimy obszary z przeciwników i stopniowo zbliżamy się do celu. Różnica polega na tym, że wszystko wygląda znacznie bardziej imponująco. Kamienie wystające z wody, monumentalne konstrukcje, wnętrza kompleksów i rozbudowane przerywniki filmowe nadają tej misji nową skalę. W kilku momentach kamera poświęca więcej czasu na pokazanie lokacji, Master Chief zatrzymuje się, rozgląda, a gra buduje atmosferę znacznie skuteczniej niż oryginał.

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - efekty
resize icon

Podoba mi się również to, że Halo: Campaign Evolved nie próbuje przesadnie ułatwiać rozgrywki. Nawet na normalnym poziomie trudności niektóre starcia potrafią sprawić problem, a jeden źle oceniony ruch bardzo szybko kończy się śmiercią. Charakterystyczne starcie z dwoma większymi przeciwnikami nadal potrafi przypomnieć, że to nie jest współczesna strzelanka prowadząca gracza przez kolejne areny bez większego oporu. Kilka dobrze rzuconych granatów może rozwiązać problem, ale na wyższych poziomach trudności fani klasycznego Halo powinni poczuć naprawdę przyjemne wyzwanie.

Są jednak pewne skromne problemy. W odświeżonej wersji pojawiają się współczesne podpowiedzi i znaczniki wskazujące kierunek dalszej drogi. Rozumiem, dlaczego twórcy zdecydowali się na taki krok (dzisiejsi gracze są do tego przyzwyczajeni) ale w przypadku The Silent Cartographer trochę szkoda tej pierwotnej swobody odkrywania wyspy. Mam też mieszane odczucia wobec sztucznej inteligencji przeciwników. W wielu momentach zachowują się dokładnie tak, jak powinni: Grunty uciekają w panice, Elity potrafią wykorzystać osłony, a starcia mają przyjemną dynamikę. Zdarzają się jednak sytuacje, w których rywale sprawiają wrażenie, jakby po prostu czekali na mój ruch i celny strzał w głowę.

Mimo tych zastrzeżeń już po pierwszej misji byłem pod ogromnym wrażeniem. The Silent Cartographer w Halo: Campaign Evolved to bardzo dobry przykład tego, jak można odświeżyć klasykę bez odbierania jej tożsamości. Fundament rozgrywki pozostał znajomy, ale oprawa, światło, efekty broni, dłuższe scenki i bardziej filmowa prezentacja sprawiają, że całość nabiera nowej energii.

A później pojawiła się… skala

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - mieczyk
resize icon

Assault on the Control Room to jedna z najważniejszych misji w oryginalnym Halo: Combat Evolved, bo po odnalezieniu tytułowego kartografa Master Chief rusza do centrum kontroli pierścienia. To właśnie tutaj kampania bardzo mocno rozwija poczucie skali - nie jesteśmy już tylko na plaży, nie zwiedzamy pojedynczego kompleksu, ale przebijamy się przez ogromne struktury, śnieżne kaniony, mosty, tunele i wielkie pola bitew. W odświeżonej wersji ta misja była dla mnie szczególnie ważnym testem, bo Assault on the Control Room zawsze pokazywało, czym Halo wyróżniało się na tle innych strzelanek: różnorodnością rozgrywki, tempem i płynnym przechodzeniem między walką pieszą, pojazdami oraz większymi starciami.

Już pierwsze fragmenty potwierdzają, że pod wieloma względami to nadal ta sama gra. Układ lokacji jest znajomy, trudno tutaj o większe niespodzianki, więc jeśli graliście w oryginał, to doskonale wiecie, gdzie trzeba iść, czego się spodziewać i kiedy za chwilę pojawi się większa arena. Fundament rozgrywki pozostał praktycznie nienaruszony - wchodzimy do kolejnych pomieszczeń, prowadzimy intensywny ostrzał, korzystamy z granatów, szukamy lepszej pozycji, eliminujemy Covenant i stopniowo przesuwamy się naprzód. Ale właśnie w tym tkwi siła tego remake’u: nawet gdy dokładnie pamiętamy strukturę misji, skala zmian wizualnych potrafi zrobić ogromne wrażenie.

Strzelanie nadal daje mnóstwo satysfakcji. Świetnie działa klasyczny rytm walki, w którym ostrzeliwujemy przeciwników z karabinu, skracamy dystans, doskakujemy do nich i dobijamy ich z „łapy”. To bardzo proste, ale nadal piekielnie skuteczne połączenie, które przypomina, dlaczego Halo tak dobrze broni się po latach. Do tego dochodzi Energy Sword, który w odświeżonej wersji robi kapitalne wrażenie. Nie mogłem się powstrzymać, by przy pierwszej okazji (już w 4 misji!) sięgnać po tę zabawkę i… poczuć tę moc. Doskakiwanie do wrogów i błyskawiczne cięcie energetycznym ostrzem wygląda świetnie, brzmi znakomicie i po prostu daje ogromną frajdę.

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - może czołgiem
resize icon

Jak już wcześniej wspomniałem, bardzo dużo dobrego robią efekty cząsteczkowe oraz oświetlenie. Błyski wystrzałów, eksplozje granatów, rozchodzące się światło i reakcje tarcz przeciwników potrafią całkowicie zmienić odbiór dobrze znanych potyczek. W zamkniętych kompleksach ta oprawa działa najlepiej - światło odbija się od ścian, plazma rozświetla korytarze, a każde większe starcie wygląda znacznie bardziej widowiskowo niż w oryginale. To właśnie w budynkach i bardziej szczegółowych fragmentach kampanii najmocniej czuć, że twórcy wykonali ogromną pracę przy odświeżeniu świata.

Po serii walk w zamkniętych przestrzeniach wychodzimy na ogromny, zaśnieżony obszar i tutaj Assault on the Control Room ponownie pokazuje swoją wyjątkowość. Możemy korzystać z wieżyczek, atakować przeciwników z dużych odległości, wspierać Marines i obserwować znacznie większe pole bitwy. To kapitalna zmiana tempa, bo chwilę wcześniej walczyliśmy w korytarzach, a teraz nagle stoimy na otwartej przestrzeni i czujemy, że konflikt naprawdę rozlewa się po całym pierścieniu. Nie będę ukrywał: skala tej misji nadal robi ogromne wrażenie.

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - to mój pojazd
resize icon

W takich otwartych lokacjach grafika nie zawsze zachwyca tak mocno jak wcześniej na plaży czy w bardziej szczegółowych wnętrzach. Śnieżne przestrzenie nadal wyglądają bardzo dobrze, mają swój klimat i potrafią oczarować rozmachem, ale widać, że nie każdy fragment korzysta z nowych technologii w takim samym stopniu. To sprawia, że wizualnie gra bywa miejscami nieco nierówna. Nie jest to jednak problem, który psuje odbiór misji, bo nawet jeśli otwarte tereny nie zawsze robią takie samo wrażenie jak zamknięte kompleksy, to nadal mają ogromny urok i bardzo dobrze oddają charakter oryginału.

Później wskakujemy do czołgu i zaczyna się prawdziwy pokaz siły. Dosłownie przebijamy się przez pole bitwy, niszczymy kolejnych przeciwników i czujemy gigantyczną przewagę nad Covenantem. Gra płynnie przechodzi od walki pieszej, po ogromne przestrzenie, wieżyczki, wsparcie Marines, a następnie potężny czołg - ta różnorodność nadal działa i po latach potrafi dostarczyć mnóstwo satysfakcji.

Muszę jednak podkreślić, że Halo: Campaign Evolved nie jest jednak odtworzeniem oryginału 1:1, bo twórcy zdecydowali się na kilka zmian, które zbliżają tę wersję bardziej do późniejszych odsłon serii, pokroju Halo 3 czy Halo: Reach. Przeładowanie jest szybsze, klasyczne apteczki zniknęły, a w ich miejsce pojawiły się tarcze i regeneracja zdrowia. Master Chief musi nadal trzeba uważać na obrażenia od upadku, a nawet korzystać z elementów, których w pierwszym Halo po prostu nie było - przykładowo prowadzić Wraitha. Zdaję sobie sprawę, że puryści mogą kręcić nosem, ale szczerze mówiąc, mam wrażenie, że to naturalne rozwinięci tego, do czego seria przyzwyczaiła nas w kolejnych latach.

Będziemy wracać do Halo?

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - strzelanie
resize icon

Jednym z najważniejszych pytań dotyczących Halo: Campaign Evolved pozostaje regrywalność. W końcu mówimy o produkcji skupionej wyłącznie na kampanii fabularnej, którą w oryginalnym wydaniu można było ukończyć w około 10 godzin. Twórcy doskonale zdają sobie z tego sprawę i dlatego zachęcają do systemu „remiksów kampanii”, który ma zachęcić graczy do wielokrotnego wracania do tych samych misji. Założenie jest proste: poznajemy tę samą historię, ale za każdym razem możemy doświadczyć jej w nieco inny sposób.

Największą rolę odgrywają tutaj czaszki oraz rozbudowany zestaw modyfikatorów rozgrywki. Już same poziomy trudności wyraźnie wpływają na przebieg zabawy. Nie chodzi wyłącznie o większe obrażenia otrzymywane przez Master Chiefa. Twórcy zmieniają także zachowanie przeciwników, ich agresję, liczbę wrogów pojawiających się na mapach czy wytrzymałość poszczególnych jednostek. Nawet normalny poziom trudności potrafi momentami zaskoczyć, dlatego przejście gry na Heroicznym lub Legendarnym poziomie ponownie będzie przeznaczone tylko dla największych fanów gatunku… lub przynajmniej osób, które mają sporo czasu.

Dodatkowe możliwości regrywalności zapewniają specjalne modyfikatory. Gracze mogą między innymi zmieniać frakcje przeciwników obecne w misjach, modyfikować rozmieszczenie broni, aktywować nieskończoną amunicję i granaty czy sprawić, że uzbrojenie będzie automatycznie przeładowywało się po schowaniu. Twórcy pozwalają nawet przełączyć rozgrywkę do widoku z trzeciej osoby. Nie zabrakło również bardziej zwariowanych opcji - przeciwnicy mogą wybuchać w efektowny sposób, elementy otoczenia reagują inaczej na fizykę, a celne strzały w głowę uruchamiają dodatkowe efekty wizualne.

Graliśmy w Halo: Campaign Evolved - walka w pojeździe
resize icon

To właśnie połączenie wszystkich tych ustawień sprawia, że każda kolejna rozgrywka może zapewnić pewne, lekkie odświeżenie. Oczywiście nie zastąpi to pełnoprawnego trybu PvP, który przez lata był jednym z filarów marki Halo, jednak daje graczom konkretny powód, by wrócić do kampanii także po zobaczeniu napisów końcowych.

W pewien sposób sam przekonałem się, że dobrze jest wrócić do Halo. Otrzymałem dostęp jedynie do dwóch misji, które można ukończyć w około godzinę. Ostatecznie spędziłem z nimi blisko pięć godzin. Wynikało to nie tylko z eksploracji czy ponownego przechodzenia etapów, ale przede wszystkim z eksperymentowania z kolejnymi ustawieniami, czaszkami i modyfikatorami. Nie są to może rozwiązania, które zrewolucjonizują branżę, ale w przypadku kampanii Halo okazują się bardzo przyjemnym dodatkiem.

Czy warto czekać na Halo: Campaign Evolved?

W trakcie tych dwóch misji coraz częściej pojawiała się u mnie jeszcze jedna myśl: patrząc na to, jak dobrze prezentuje się odświeżony świat Halo, trudno nie tęsknić za pełnoprawną, nowoczesną odsłoną nastawioną na PvP. Wielu fanów z pewnością chciałoby zobaczyć zupełnie nowy multiplayer wykorzystujący podobną oprawę, efekty i skalę. Halo: Campaign Evolved pokazuje, że ta marka nadal ma ogromny potencjał wizualny i nadal potrafi budzić emocje, nawet jeśli w tym przypadku oglądamy odświeżenie historii sprzed lat.

Po kilku godzinach spędzonych z Halo: Campaign Evolved mam coraz większe przekonanie, że wielu graczy będzie się przy tej odświeżonej kampanii naprawdę dobrze bawić. Historia ma już swoje lata, a struktura misji jest bardzo dobrze znana, ale tempo akcji, poziom trudności, strzelanie, różnorodność sytuacji i skala starć nadal bronią się zaskakująco dobrze. Do tego dochodzi nowoczesna oprawa, która potrafi nadać klasycznym lokacjom zupełnie nową energię. To może być naprawdę spora przyjemność dla szerokiego grona odbiorców… i świetna zachęta dla fanów PlayStation, by społeczność sprawdziła pozostałe części Halo, które (przynajmniej aktualnie) są dostępne wyłącznie na Xboksach.

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper