Największym problemem współczesnych gier nie są bugi. Więc co?

Największym problemem współczesnych gier nie są bugi. Więc co?

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 15:00

Przez lata nauczyliśmy się narzekać na błędy techniczne. Gdy nowa gra działa źle, ma spadki płynności albo wywala do pulpitu, internet natychmiast eksploduje. Powstają memy, filmiki na YouTube i tysiące wpisów w mediach społecznościowych. Problem w tym, że skupiając się na bugach, często nie zauważamy znacznie poważniejszej choroby współczesnego gamingu.

Coraz więcej gier działa poprawnie, wygląda świetnie i oferuje dziesiątki godzin zawartości, a mimo to nie pozostawia po sobie żadnych emocji. Nie zapada w pamięć. Nie wywołuje dyskusji. Nie inspiruje. Największym problemem współczesnych gier nie są dziś błędy techniczne. Są po prostu nijakie.

Dalsza część tekstu pod wideo

Dragon Age / Mass Effect
resize icon

Bezpieczne projektowanie zabiło charakter wielu gier

Jeszcze kilkanaście lat temu branża gier przypominała trochę Dziki Zachód. Twórcy eksperymentowali, ryzykowali i często podejmowali decyzje, które z biznesowego punktu widzenia wydawały się szalone. Dzięki temu powstawały produkcje nieidealne, ale charakterystyczne. Wystarczy przypomnieć sobie pierwsze części serii Mass Effect, Dragon Age, BioShock czy Assassin’s Creed. Każda z tych gier miała własną tożsamość. Nawet jeśli nie wszystko działało perfekcyjnie, gracze potrafili godzinami rozmawiać o fabule, bohaterach i pomysłach twórców.

Dziś sytuacja wygląda inaczej. Budżety największych produkcji liczone są często w setkach milionów dolarów. W takich warunkach ryzyko stało się wrogiem numer jeden. Wydawcy oczekują przewidywalnych wyników finansowych, dlatego coraz częściej wybierają sprawdzone schematy. Efekt? Kolejne gry zaczynają przypominać siebie nawzajem.

Otwarte światy są ogromne, ale często wypełnione identycznymi aktywnościami. Systemy rozwoju postaci wyglądają podobnie. Konstrukcja misji jest niemal kopiowana między kolejnymi produkcjami. Nawet sposób prowadzenia narracji coraz częściej sprawia wrażenie stworzonego według jednego szablonu. Gracz dostaje produkt dopracowany, bezpieczny i poprawny. Problem polega na tym, że poprawność rzadko budzi zachwyt.

Nie jest przypadkiem, że wiele niezależnych produkcji zdobywa dziś większe uznanie niż wysokobudżetowe superprodukcje. Mniejsze zespoły mają mniej pieniędzy, ale częściej mogą pozwolić sobie na odważne decyzje. To właśnie tam rodzą się nowe pomysły i świeże mechaniki. Paradoksalnie więc w czasach największego technologicznego rozwoju branży najbardziej pamiętne doświadczenia coraz częściej pochodzą od twórców dysponujących najmniejszymi budżetami.

GTA 6
resize icon

Technologia nigdy nie była lepsza, ale emocji jest coraz mniej

Współczesne gry wyglądają fenomenalnie. Modele postaci są bardziej szczegółowe niż kiedykolwiek wcześniej. Animacje przypominają prawdziwych aktorów. Ray tracing, zaawansowane efekty świetlne i ogromne światy robią ogromne wrażenie podczas pierwszych minut zabawy. Problem zaczyna się wtedy, gdy opadnie zachwyt nad oprawą wizualną.

Wielu graczy coraz częściej doświadcza dziwnego zjawiska. Kupują nową grę, spędzają z nią kilka lub kilkanaście godzin, a po kilku tygodniach ledwo pamiętają, o czym właściwie była. Nie dlatego, że była zła. Była po prostu wystarczająco dobra, by nie wywołać większych emocji.

To właśnie tutaj ujawnia się największa słabość współczesnego rynku. Branża przez lata nauczyła się produkować gry wysokiej jakości pod względem technicznym, ale coraz częściej ma problem z tworzeniem doświadczeń, które zostają z graczem na dłużej. Można odnieść wrażenie, że twórcy skupili się na tym, jak gra ma wyglądać, a znacznie rzadziej zastanawiają się nad tym, co gracz ma poczuć.

Najlepsze gry w historii nie były wyjątkowe dlatego, że miały najlepszą grafikę. Były wyjątkowe dlatego, że wywoływały emocje. Pozwalały odkrywać nieznane światy, podejmować trudne decyzje albo przeżywać historie, które zostawały w głowie przez lata. Kiedy dziś wspominamy swoje ulubione produkcje sprzed dekady czy dwóch, rzadko pamiętamy rozdzielczość tekstur. Pamiętamy konkretne sceny, bohaterów i uczucia, które nam towarzyszyły.

Tymczasem wiele współczesnych produkcji sprawia wrażenie projektowanych przede wszystkim pod analitykę, wskaźniki zaangażowania i średni czas spędzony w grze. Otrzymujemy coraz więcej zawartości, ale coraz mniej momentów, które naprawdę mają znaczenie.

Shut up and take my money
resize icon

Gracze sami stworzyli problem, na który dziś narzekają

Nie można jednak całej winy zrzucać wyłącznie na wydawców i deweloperów. Część odpowiedzialności ponoszą również sami gracze. W ostatnich latach branża nauczyła się bardzo dokładnie analizować zachowania odbiorców. Firmy wiedzą, czego ludzie oczekują, czego się boją i za co najchętniej płacą.

Gdy pojawia się nowa marka lub nietypowy projekt, reakcje często są pełne sceptycyzmu. Internet natychmiast porównuje grę do znanych serii, a każde odstępstwo od utartych schematów wywołuje falę krytyki. Jednocześnie te same osoby regularnie kupują kolejne odsłony sprawdzonych marek, nawet jeśli oferują one niewiele nowości.

Rynek szybko wyciągnął z tego wnioski. Skoro bezpieczne rozwiązania przynoszą stabilne zyski, po co ryzykować? Skoro gracze narzekają na brak innowacji, ale jednocześnie nagradzają sprzedażą najbardziej przewidywalne produkcje, biznes wybiera drogę najmniejszego oporu.

W efekcie powstało błędne koło. Gracze chcą świeżości, ale kupują to, co znają. Wydawcy chcą zarabiać, więc dostarczają kolejne wariacje tych samych pomysłów. A kiedy premiera okazuje się poprawna, lecz pozbawiona charakteru, wszyscy zastanawiają się, dlaczego coraz trudniej znaleźć gry, które naprawdę zapadają w pamięć.

Być może właśnie dlatego największym sukcesem ostatnich lat często okazują się produkcje, które odważyły się zrobić coś inaczej. Nie zawsze były największe, najdroższe czy najładniejsze. Miały jednak coś, czego coraz częściej brakuje wielkim hitom - własną osobowość.

Gracz
resize icon

Podsumowanie

Branża gier przez lata nauczyła się walczyć z błędami technicznymi. Premiera pełna bugów nadal może być katastrofą, ale większość problemów da się naprawić aktualizacjami. Znacznie trudniej naprawić coś, czego od początku nie było. Charakteru, odwagi i własnej tożsamości nie da się dodać w patchu.

Dlatego największym problemem współczesnych gier nie jest dziś liczba klatek na sekundę, rozdzielczość czy okazjonalne błędy. Problemem jest rosnąca nijakość. Coraz więcej produkcji jest dobrych, ale coraz mniej jest wyjątkowych. A w medium opartym na emocjach i przeżyciach właśnie wyjątkowość zawsze była najcenniejszą walutą.

Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper