Euforia zaczęła dobrze, ale szybko zboczyła w dziwnym kierunku… 

Euforia zaczęła dobrze, ale szybko zboczyła w dziwnym kierunku… 

Kajetan Węsierski | Wczoraj, 21:30

Nie wszystko, co błyszczy na ekranie, od razu okazuje się wydmuszką. Czasem najpierw naprawdę działa - wciąga, hipnotyzuje, robi wrażenie i sprawia, że człowiek przez chwilę wierzy, iż właśnie trafił na serial, który nie tylko świetnie wygląda, ale też faktycznie ma coś do powiedzenia. Euforia tak weszła do popkultury. Z rozmachem, z pewnością siebie i z tym bardzo konkretnym rodzajem intensywności, który potrafi przykryć pół konkurencji już samym pierwszym wrażeniem. 

Tyle że z takimi serialami bywa pewien problem. Im mocniej na początku przekonują, że kontrolują własny chaos, tym boleśniej widać moment, kiedy ten chaos zaczyna wymykać się spod kontroli. I tutaj Euforia zaczęła mnie gubić. Bo o ile na starcie ten styl, przesada i emocjonalna skrajność miały jeszcze sens, o tyle później coraz częściej wyglądało to tak, jakby serial bardziej fascynował się własnym obrazem niż tym, dokąd właściwie prowadzi swoich bohaterów. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Ale czym to jest? 

Euforia to amerykański serial HBO stworzony przez Sama Levinsona, oparty na produkcji o tym samym tytule. Historia od początku kręci się wokół Rue Bennett, granej przez Zendayę, czyli nastolatki wracającej z odwyku i próbującej utrzymać się na powierzchni w świecie, który regularnie ciągnie ją z powrotem w dół. Wokół niej serial buduje szerszy portret grupy młodych ludzi zmagających się z uzależnieniem, seksem, przemocą, samotnością, wstydem i bardzo chaotycznym dojrzewaniem.

Z czasem Euforia urosła do formatu, który trudno było zamknąć wyłącznie w haśle „serial młodzieżowy”. To produkcja zbudowana na narracji Rue, ale rozlewająca się na cały zespół bohaterów, ich relacje i ich prywatne katastrofy. Trzeci sezon wystartował 12 kwietnia 2026 roku, dostał osiem odcinków i przeniósł bohaterów kilka lat do przodu, już poza szkolne realia znane z wcześniejszych odsłon. 

Bardzo ważna była tu też forma. Euforia od początku wyróżniała się stylizowaną oprawą, mocną muzyką, bardzo świadomie budowanym obrazem i sposobem opowiadania, który często stawiał bardziej na emocjonalny trans niż klasyczną prostotę narracji. To właśnie dlatego serial tak szybko stał się czymś więcej niż jedną z wielu głośnych premier HBO - był rozpoznawalny natychmiast, nawet wtedy, gdy sam temat nie należał do najłatwiejszych.

Koniec to ogromny zjazd

Mój problem z trzecim sezonem zaczyna się tam, gdzie serial coraz wyraźniej zaczyna wyglądać tak, jakby bardziej interesowało go wywoływanie reakcji niż budowanie sensu. Kiedyś Euforia potrafiła jeszcze pchać granice po coś, a dziś coraz częściej wygląda tak, jakby sam viral był celem. I właśnie to czuć najmocniej - nie kolejną odważną opowieść, tylko bardzo świadome ustawianie scen pod moment, który ma eksplodować w social mediach i żyć dalej jako urywek, gif albo nagłówek.

Druga sprawa to przesada, która już wcześniej była wpisana w DNA serialu, ale tym razem momentami zwyczajnie zjada wszystko inne. Nawet The Guardian w swojej recenzji zarzucał mu m.in. ciężar, który przestaje służyć opowieści, a zaczyna ją dusić. Tu dla mnie sezon trzeci się wykoleja - przestaje być intensywny w sposób celny, a zaczyna być intensywny dla samej intensywności.

Najgorsze jest jednak to, że przy całym tym hałasie serial coraz częściej gubi sensowny środek ciężkości. Zresztą, odbiór widzów też nie zostawił złudzeń - sezon 3 ma dziś zaledwie 38% na Rotten Tomatoes. I to wygląda jak bardzo wyraźny sygnał, że dla sporej części odbiorców serial zgubił to, co wcześniej mimo wszystko trzymało go w ryzach.

Konkluzja

Najbardziej szkoda mi chyba tego, że bardzo długo miało się wrażenie, iż to serial, który naprawdę może pójść w coś więcej niż tylko efektowny chaos. Na początku było tam miejsce na ból, na zagubienie, na brutalność, ale też na jakąś prawdę o bohaterach. W trzecim sezonie coraz trudniej mi to zobaczyć. Zostało mnóstwo obrazu, mnóstwo ciężaru i mnóstwo scen, które chcą być niezapomniane. Tyle że niezapomniane nie zawsze znaczy znaczące.

Euforia nie kończy się jako serial kompletnie nijaki. Kończy się raczej jako produkcja, która bardzo długo była przekonana, że jej największą siłą jest przesada, choć tak naprawdę najmocniej działała wtedy, gdy pod tą przesadą jeszcze było coś żywego. Gdyby tego było więcej, można byłoby wybaczyć naprawdę sporo. Bez tego zostaje już głównie poczucie, że serial z czasem sam zaczął gubić własny sens.

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper