Morfeusz - wywiad z Mateuszem Kmiecikiem.

Morfeusz - wywiad z Mateuszem Kmiecikiem. "Łatwiej jest grać złych"

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Mając wciąż w głowie postać małomównego, rozchwianego emocjonalnie tajniaka, który sam już nie wie, gdzie znajduje się granica, której miał nie przekraczać, czekam na swój wywiad z Mateuszem Kmiecikiem, wypatrując na korytarzu jakiegoś zakapiora z wiecznie nieszczęśliwym, w pełni skupionym grymasem lekkiego znużenia na twarzy. Mijają minuty, aż nagle pojawia się jakiś roześmiany od ucha do ucha, ubrany w odważną, wściekle czerwoną koszulę facet i zagląda do sali, w której mamy rozmawiać. Myślę sobie, że to pewnie jakiś asystent sprawdza, czy wszyscy są już na miejscu... Chwilę później zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie mój rozmówca, w wersji kompletnie nie przypominającej postaci, którą przyszło mu zagrać. Lekko zdziwiony, ale i zadowolony, że nie zdążyłem palnąć żadnej gafy, podążam za nim do pokoju. To będzie ciekawa rozmowa.

Piotrek Kamiński: Twoja postać w serialu nazywa się Moro. I tylko Moro. Kim on jest, ten cały Moro? 

Dalsza część tekstu pod wideo

Mateusz Kmiecik: To człowiek o dwóch obliczach. Ma w sobie nie tylko dualizm wewnętrzny, ale również i zewnętrzny. Bo jest to człowiek, który z jednej strony jest w formacji policyjnej, a z drugiej strony jest w formacji gangsterskiej, ponieważ ich inwigiluje. Więc ma dwie role do odegrania. W pewnym momencie zaczyna mu się z tego robić lekki ambaras, te dwie role zaczynają mu się powoli przenikać i dochodzi do momentu, którym będzie musiał wybrać, po której stronie rzeki ma stanąć. 

Piotrek: Czy to jest duże wyzwanie aktorskie, grać taką postać, która sama zaczyna w pewnym momencie się gubić, kim właściwie jest? 

Mateusz: Tak, bo bardzo istotne jest, aby to zniuansować, aby nie przekroczyć pewnej granicy. Wiadomo, że nie kręcimy chronologicznie, więc bardzo ważne jest żeby, głównie we współpracy z reżyserem, ale też z własnymi notatkami, żeby to jednak było dość konsekwentne działanie, żeby ten proces przechodzenia przez tę rzekę na drugi brzeg był dość płynny i klarowny. Największa trudność, jak mi się wydaje, wynikała z tego, że on – Moro - w tych dwóch środowiskach przez większość czasu zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji. Tak to sobie wymyśliliśmy z reżyserem, Maćkiem Migasem. Czyli będąc wśród policjantów nie jest takim typowym, wyimaginowanym bohaterem w mundurze i tak samo jest w środowisku gangsterskim. Staraliśmy się mieszać ze sobą te dwa światy i te dwa byty Moro, żeby później ten ambaras wyszedł jeszcze płynniej i jeszcze z większym wydźwiękiem. 

Moro na cargo
resize icon

Piotrek: To już kolejna twoja postać, którą można nazwać stróżem prawa. Grałeś policjantów, milicjantów, ex-policjantów... Nie boisz się zaszufladkowania? 

Mateusz: Nie. Mam to szczęście, że za każdym razem, nawet jeśli przychodzi mi grać pozornie podobną postać, to jest ona osadzona w kompletnie innym świecie. Na przykład teraz gram przez dużą część serialu jednak gangstera - policjanta, który musi być pod przykrywką gangsterską, więc tak naprawdę gram gangstera, ale jednocześnie nijak się on ma do mojego Czachy z „Prostej sprawy”. Absolutnie! Nie ma tam nawet centymetra podobieństwa. Więc za każdym razem może przychodzić, że tak powiem, „hasłowo” to samo - policjant, gangster, film sensacyjny i tak dalej - ale za każdym razem staram się znaleźć na tyle dużo różnych odcieni, żeby to było dla mnie ciekawe do grania. Możemy się nie powtarzać w tym, co gramy. 

Piotrek: A czy na etapie czytania scenariusza widziałeś jakąś inną postać, która Cię interesowała, którą uważałeś za potencjalnie ciekawą do zagrania? 

Mateusz: Nie, i to bez kokieterii. Na sto procent nie. Po przeczytaniu scenariusza interesował mnie tylko Moro. Żeby nie być gołosłowny, podzielę się z tobą pewną anegdotą. Byłem właściwie już wybrany do roli Moro, ale poszukiwaliśmy jeszcze reszty obsady - Sylwii Goli, Józefiny Siwko i tak dalej. Szukaliśmy tej obsady, castingowaliśmy się i w pewnym momencie producent wpadł na pomysł. Mówi do mnie: słuchaj, a może ty byś zagrał Piotra Leyera? Odpowiedziałem mu, że mogę mu to zagrać, jestem na miejscu, ale uprzedzam, że zrobię to źle. W sensie celowo zagram źle, żeby nie dawać mu materiału na podkładkę, bo ja nie chciałem grać Leyera. Moro jest dużo bardziej intensywny i barwny.

Piotrek: „Morfeusz” to kryminał, kolejna produkcja gangsterska. Odnoszę wrażenie, że ostatnio kręcimy wyłącznie kryminały, komedie – stopniowo wychodzimy z dołka w tym temacie – oraz produkcje historyczne, kostiumowe. Nie sądzisz, że czegoś tu brakuje? Gdybyś mógł sobie wybrać jakiś gatunek, który u nas rzadko powstaje, żeby w nim zagrać, to co by to było?

Mateusz: Ja bym chciał zagrać w horrorze. Ale takim dobrym, a to jest trudna forma - napisanie scenariusza, który przez sześćdziesiąt procent czasu polega na strachu jest gigantycznym wyzwaniem, ponieważ jak duży diapazon strachu musisz wywołać u widza w półtorej godziny, jak zaczynasz straszyć go już w pierwszych 30 minutach. Co więc musisz przez godzinę filmu zrobić, żeby cały czas go w tym utrzymać?! Pamiętam taki film z młodości, pod tytułem „Boogieman”, z 2005 roku. To jest jeden z najstraszniejszych filmów, jakie widziałem. Wszystkim jego bohaterom wydaje się, że nie dzieje się nic złego, że wszystko jest normalnie, a tymczasem reżyser cały czas tę grozę buduje, nieprzerwanie. Masz wrażenie, że wszyscy oni w tym filmie się mylą i to napawa cię strachem. 

Piotrek: Mam nadzieję, że zaraz posypią się propozycję i zrobimy wreszcie coś dobrego w tym gatunku. Ale wracając do serialu, tam twoim szefem, a trochę przeciwnikiem, jest pan Andrzej Grabowski. Czy to było stresujące dla ciebie, żeby stanąć naprzeciwko niego? 

Mateusz: Z nim się gra bardzo dobrze, to wynika z jego doświadczenia, więc to jest akurat bardzo płynna praca. Jeżeli chodzi o moje podejście, to powiem szczerze, że nie mam stresu w spotykaniu takich ludzi. Wynika to zapewne z tego, że ja mam do czynienia w teatrze z ludźmi, którzy są właśnie tymi legendami tego świata. Jan Frycz, Danuta Stenka, Jan Englert, Dominika Kluźniak, Jerzy Radziwiłowicz. Oni mnie nauczyli pewnego języka komunikacji ze sobą, czyli z ludźmi, z którymi różni mnie czasem 40 czy 50 lat doświadczenia na świecie. Tak więc tu poszło dość gładko. Oczywiście przyszedłem na plan z dużą ekscytacją, że poznam pana Andrzeja, ale nie z jakimś strachem czy obawą. 

Moro i Marika
resize icon

Piotrek: To jeśli nie przez pana Andrzeja, to może jakieś sceny albo rodzaje scen były dla Ciebie trudne do zagrania albo trudne do zrobienia z punktu widzenia czysto technicznego?

Mateusz: Wiesz co, nie było chyba jakiejś takiej gigantycznie trudnej sceny. Oczywiście, w pierwszym odcinku był cały ten pościg na łódce, który, oprócz wyskoku z łódki, w całości ja zrobiłem, no i to był dość intensywny moment, ponieważ była to dla mnie nowa materia. Musiałem zrobić patent sternika i tak dalej, mieliśmy lekcje dynamicznej jazdy i tak dalej. Wszystko z myślą o tym, żebym to ja prowadził tę łódkę w stu procentach. Więc zrobiłem to i to było dość trudne, ponieważ było to nowe, z czymś takim się akurat jeszcze nie spotkałem. Ale to była świetna zabawa! Płyniesz łodzią sześćdziesiąt, siedemdziesiąt kilometrów na godzinę i wyskakujesz na fali poprzedzającej cię łodzi półtora metra w górę. Uwielbiam adrenalinę, więc bawiłem się niesamowicie. Trudniejsze, wydaje mi się, było to, że to jest moja pierwsza główna rola. No, technicznie rzecz biorąc są dwie główne, bo ja i Kamil Szeptycki jesteśmy głównymi rolami, mając osobne swoje wątki. Na szczęście, we wcześniejszych produkcjach, w których brałem udział poznałem świetnych ludzi, którzy nauczyli mnie, jak dźwigać tak dużą rolę. Ponieważ w dużej roli nie chodzi o to, żeby „zagrać wszystko”, a o to, żeby wszystkich przyjąć miło na planie. Jeżeli ekipa ufa Ci, a partnerów przychodzących na jeden dzień, na dwa dni zdjęciowe wprowadzisz w projekt i dobrze przyjmiesz i oni poczują się swobodnie, to paradoksalnie dużo lepiej zagrają

Piotrek: Z wdzięczności?

Mateusz: Z partnerstwa. Tak samo wygląda to w teatrze. W sensie, w teatrze sam na scenie nie zagrasz nic. Nie jesteś w stanie zaciekawić widza przez 30 minut sobą jedynym. Wszystko, całą scenę, robi Ci dwór. Dwór gra całego króla. I tu jest podobnie, tylko że tu przychodzą na jeden dzień zdjęciowy koledzy i bardzo często się ich nie zna. Są zawstydzeni, często rozproszeni wszystkim dookoła, bo może są młodzi, może są w szkole albo tuż po szkole, więc nie mieli dużo do czynienia z kamerą. Tak więc, moim zdaniem, najtrudniejszym zadaniem w graniu głównej roli w serialu jest to, żeby zrobić na tyle dobrą atmosferę, żeby wszyscy wsiąknęli w projekt, zaufali mu. Tacy ludzie dadzą z siebie sto pięćdziesiąt procent. I to się później przekłada na efekt na ekranie.

Piotrek: Jesteś na co dzień związany z Teatrem Narodowym w Warszawie. Czy przygotowanie do roli takiego Moro, a do roli, nie wiem, Klaudiusza w „Hamlecie”, bardzo się od siebie różni?

Mateusz: Jest taka anegdota, której używa Jan Englert, a którą ja też zaczynam powoli przyswajać jako, powiedzmy, swoją: w teatrze musisz zagrać, a w filmie pomyśleć. To jest największy skrót, który charakteryzuje różnicę między tymi dwoma rzeczami. W filmie wystarczy, że ruszysz gałkami ocznymi, w teatrze musisz ruszyć głową. Chodzi o środki wyrazu. Tu i tam są trochę inne, ale sposób tworzenia jest prawie, że identyczny. W teatrze masz na wszystko więcej czasu, masz więcej czasu na błędy. W filmie już nie. Dlatego ja za każdym razem jak mam znaczącą rolę, to bardzo cisnę na całą produkcję żebyśmy robili dużo prób przed pierwszym dniem zdjęciowym. Żebyśmy dużo czytali, żebyśmy się poznawali, żebyśmy już przepisywali ewentualnie niektóre kwestie, które ustalamy inaczej. To jest bardzo ważne, bo później na planie tak naprawdę wymieniasz się jedynie spojrzeniami z reżyserem i już wiesz, czy on chce trochę więcej czy trochę mniej - ale już nie musicie mówić, o co tutaj chodzi i do czego dążymy w tej scenie. 

Piotrek: Moro jest postacią nieoczywistą – trochę dobrą, trochę złą. A tak rozgraniczając czarne od białego, to jaki typ postaci, twoim zdaniem, gra się ciekawiej?

Mateusz: Czarne charaktery są prostsze do grania, bo one już z założenia są niekorzystnie odbierane przez widownię, więc wystarczy tylko żebyś zagrał tak żeby cię polubili. Przekonaj widownię - czy teatralną czy filmową - że jesteś dobrą postacią i potrafisz się zmienić w złą. To jest dopiero trudna sprawa. Tylko, rozumiesz, taką naprawdę dobrą! Nie, że jesteś fałszywie dobry, z jakiejś durnej komedyjki, jesteście parą i on cię nagle zdradza. Chodzi o taką krystalicznie czystą, dobrą postać. Spróbuj zbudować ją tak, żeby ona była zła, a zawsze będziesz gorszy w oczach widza. I w drugą stronę, jeżeli zrobisz fatalną, najgorszą do wyimaginowania postać, a przerobisz ją na choć odrobinę szlachetną, to pokochają cię wszyscy. Tak więc łatwiej jest grać złych... Ale ja też po prostu dostaję w większości te złe (śmiech), więc może się bardziej na nich znam? Nie wiem.

Piotrek: Wrócimy do tego tematu! Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Mateusz: Dzięki bardzo.

Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper