Jeden z horrorów wszech czasów kończy pięćdziesiąt lat. Jak go dziś wspominamy?

Jeden z horrorów wszech czasów kończy pięćdziesiąt lat. Jak go dziś wspominamy?

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

Dokładnie pół wieku minęło od czasu premiery filmu “Omen”. Jednego z najciekawszych i najpopularniejszych horrorów lat 70., opowiadającego o przyjściu na świat Antychrysta. Film Richarda Donnera spotkał się z gorącym przyjęciem, zapoczątkowując czteroczęściową serię, a ostatnio powrócił za sprawą świetnego prequela, wyreżyserowanego przez Arkashę Stevenson.  

Utarło się przekonanie, że w dzisiejszym, mocno zlaicyzowanym świecie religia nie odgrywa już tak wielkiej roli, stąd bierze się również mniejsze zapotrzebowanie na - niegdyś niezwykle popularne - horrory religijne. W ostatnim czasie coś zaczyna się jednak w tym względzie zmieniać, bowiem postać diabła, traktowanego bardzo poważnie, pojawiła się w wielu filmach ostatnich kilkunastu miesięcy. Czy to w postaci jego wysłannika, Longlegsa w “Kodzie Zła” Osgooda Perkinsa czy też za sprawą sugestywnego wykreowania atmosfery satanic panic lat 70’ w “Późnej nocy z diabłem” australijskiego rodzeństwa Cairnes, czy też - wspomnianego już we wstępie -  świetnego prequela do “Omena”. Na motywie wizyty członkiń pewnego chrześcijańskiego kościoła oparto również scenariusz “Heretic” duetu Beck-Woods. W tym kontekście wcale nie dziwi potrzeba powrotu do najsłynniejszego obrazu tego nurtu, czyli “Egzorcysty” Williama Friedkina. Niestety w kompletnie rozczarowującej wersji Davida Gordona Greena, która nie tylko nie podjęła najmniejszego dialogu z poważnym przesłaniem pierwowzoru, ale również zawiodła jako horror.

Dalsza część tekstu pod wideo

Źródeł ogromnej popularności religijnych horrorów w latach 60. i 70., takich jak choćby wspomniane arcydzieło Friedkina czy też wcześniejsze “Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego, poszukuje się z jednej strony w silnym napięciu pomiędzy tradycyjną amerykańską religijnością a postępującą laicyzacją świata zachodniego, wynikającą przede wszystkim z głębokiej erozji autorytetu kościoła. Drugim ważnym kontekstem były naturalnie ogromne niepokoje społeczne, związane z trwającą w tym czasie zimną wojną. Lęk przed niewidzialnym zagrożeniem (komunizm, broń nuklearna, destabilizacja społeczna) łatwo przekładał się na język demonologii i opętań. Horror religijny stawał się metaforą „wewnętrznego wroga” i utraty kontroli. Ogromny wpływ miała również  kontrkultura lat 60., która kwestionowała normy moralne, seksualne i instytucjonalne. W tym klimacie pojawiło się zainteresowanie okultyzmem, satanizmem i „zakazaną wiedzą”, co chętnie wykorzystywali filmowi reżyserzy. 

Pomysł na horror, opowiadający o narodzinach i stopniowym zyskiwaniu wpływów przez Antychrysta miał się jednak wziąć z prywatnej rozmowy pomiędzy producentem Harveyem Bernhardem a jego przyjacielem Bobem Mungerem. Pierwszy z nich szybko skontaktował się ze scenarzystą Davidem Seltzerem, który potrzebował aż roku, by ukończyć właściwy skrypt. Wielu dostrzegło w nim później echa pojedynczego odcinka pewnego serialu, wyemitowanego po raz pierwszy w końcówce 1974 roku. Mowa o serii “Kolchak: The Night Stalker”, obecnie często nazywanej przodkiem słynnego “Archiwum X”, bo ponoć mocno inspirował się nią Chris Carter. Epizod zatytułowany “The Devil’s Platform” opowiadał o pewnym polityku, granym przez Toma Skerritta, Robercie W. Palmerze, który zawarł pakt z diabłem, by ten po kolei eliminował jego wszystkich kontrkandydatów w wyborach. Oparta na podobnym szkielecie fabularnym historia początków kariery Damiena Thorna wkrótce stała się przedmiotem małego sporu pomiędzy scenarzystą a reżyserem horroru.

Interes życia

Omen
resize icon

Powszechnie dziś znany m.in. za sprawą reżyserii pierwszego “Supermana”, Richard Donner na początku lat 70. był kojarzony głównie jako twórca telewizyjny. Wprawdzie miał już wtedy na swoim koncie oficjalnie aż dwa pełnometrażowe filmy, ale ani opowiadające o fikcyjnym programie NASA  “X-15”, ani komedia sensacyjna “Pieprz i sól” nie są dziś dobrze pamiętane. O jego angażu na planie "Omena" miała zadecydować realizacja telewizyjnego filmu “Sarah T. – Portrait of a Teenage Alcoholic”, w którym zagrała znana już doskonale za sprawą “Egzorcysty” Linda Blair. Bernhardowi miało przypaść do gustu zwłaszcza to w jak doskonały sposób Donner budował napięcie, jak również sprawna praca z młodymi aktorami.

Po zapoznaniu się ze scenariuszem Donner miał obiekcje co do ogólnej wymowy dzieła. Był zwolennikiem bardziej dwuznacznej perspektywy, która nie sugerowałaby jednoznacznie, że Damien Thorn jest Antychrystem. Seltzer z kolei od początku optował za tym, by tożsamość młodego bohatera była jasna od początku do końca, a główni bohaterowie – na czele z ojcem Damiena, ambasadorem Robertem Thornem – mieli ogromne problemy z uwierzeniem w to, lecz stopniowo do tego dochodzili. W międzyczasie zmieniła się firma produkcyjna realizująca „Omen": z Warner Bros. na 20th Century Fox.

Gregory Peck dowiedział się o tym filmie bardzo szybko, dzięki długiej znajomości z Bernhardem, i od początku był typowany do zagrania głównego bohatera. Producenci mieli jednak wątpliwości, czy obsadzenie aktora kojarzonego z moralnym autorytetem w roli człowieka, który ostatecznie rozważa zabicie własnego dziecka, będzie dobrym pomysłem. Dużo lepiej pasował tu Oliver Reed, którego kandydaturę jednak szybko odrzucono. Występem w filmie nie był zainteresowany William Holden, który później zagra w sequelu z 1978 roku. Z kolei kojarzony jednoznacznie z występami w biblijnych adaptacjach Charlton Heston obawiał się, że obraz może się szybko osunąć w stronę kina eksploatacji, co z pewnością nadszarpnęłoby jego wizerunek. Dla samego Pecka rola wewnętrznie rozdartego ojca, zmagającego się z poczuciem winy i narastającym przerażeniem, miała także wymiar osobisty. Aktor traktował ją jako formę terapii po tragedii, której doświadczył w 1975 roku, gdy jego 31-letni syn, Jonathan popełnił samobójstwo.

W jednej z biografii Pecka pojawiła się informacja jakoby aktor miał otrzymać za swą rolę, niższą niż standardowa, gażę blisko 250 tysięcy dolarów, przy czym wynegocjował również aż 10% zysków z kinowej sprzedaży biletów, co ostatecznie przyczyniło się do tego, że był to najbardziej kasowy występ w jego karierze. Całkiem nieźle jak na odtwórcę, który przyznawał później w wywiadach, iż w tamtym okresie był przekonany, że najlepsze lata ma już za sobą i poważnie rozważał zakończenie kariery aktorskiej.  Będąc na planie filmu wsparł swego kolegę, odtwarzającego fotografa Keitha Jenningsa, Davida Warnera, który podczas prac nad filmem nabawił się straszliwej łuszczycy. Peck osobiście zadbał okurację, płacąc za jego pobyt w szpitalu w Szwajcarii. 

Dużo bardziej czasochłonny niż ostateczny angaż Gregory’ego Pecka okazał się rzecz jasna wybór aktora, który miał zagrać młodego Damiena Thorna. W przesłuchaniach brały udział setki chłopców z całych Stanów Zjednoczonych, a kandydaci często stawiani byli w nietypowych, dziś budzących kontrowersje sytuacjach inscenizacyjnych. Ostatecznie rolę otrzymał Harvey Stephens, wybrany po tym, jak — według relacji z planu — jego spontaniczna reakcja w jednej z prób scenicznych zwróciła uwagę twórców. Już po obsadzeniu roli jego blond włosy przefarbowano na ciemne, aby nadać postaci bardziej złowieszczy charakter. W trakcie zdjęć ekipa konsekwentnie dążyła do wywoływania u dziecka naturalnych reakcji, które następnie rejestrowano kamerą, co dodatkowo wzmacniało surowy, niepokojący ton filmu.

Jednym z największych atutów horroru Richarda Donnera okazała się muzyka skomponowana przez Jerry’ego Goldsmitha. W tamtym czasie uchodził on za prawdziwego specjalistę od znakomitych ścieżek dźwiękowych i miał już na koncie cztery wcześniejsze kompozycje do filmów z Gregorym Peckiem. Był też artystą, który mimo aż siedmiu nominacji wciąż nie zdobył Oscara za muzykę. Praca nad udźwiękowieniem horroru była wówczas niezwykle ryzykowna, a przed galą w 1977 roku Goldsmith był bardzo zdenerwowany, wyobrażając sobie, że kolejna statuetka znów trafia w inne ręce. Ostatecznie jednak znakomity twórca, jak powiedział mu przed galą sam Donner, został w tym roku nagrodzony, a zarazem był to jedyny Oscar w jego karierze.

Głupkowaty, ale wciągający!

Omen
resize icon

Film zrealizowano przez kilka tygodni między 1975 a 1976 rokiem. Najtrudniejsza okazała się praca ze zwierzętami. Z jednej strony w scenie ataku pawianów na samochód prowadzony przez Katherine Thorn specjaliści robili wszystko, by wywołać ich agresję, co udało się dopiero po pewnym czasie. Z drugiej strony z twórcami nie chciał współpracować również pies, kluczowy dla jednej z wczesnych scen. Zamiast złośliwie szczerzyć kły, wolał bowiem zabawiać się z aktorami – co chwila skakał na nich i lizał, co spowodowało opóźnienia w kręceniu niektórych ujęć. Mimo tych kłopotów wytresowano zwierzęta stosunkowo szybko, a w połowie roku film był już gotowy do oficjalnych pokazów.

Premierę poprzedziła wielka kampania reklamowa, na którą zresztą wydano podobną kwotę jak na realizację filmu, czyli 2.8 miliona dolarów. Producenci zdecydowali o powtórzeniu podobnej kampanii, jaka miała miejsce przed pierwszym pokazem “Szczęk” Stevena Spielberga, dwutygodniowe pokazywanie zapowiedzi do filmu, wydanie scenariusza Davida Seltzera jako powieści, a także serię plakatów, w których najważniejszą rolę pełniła liczba 666. Data oficjalnej premiery, czyli szósty dzień, szóstego miesiąca, 1976 roku była wręcz wymarzona i dopełniła wysiłki marketingowców 20th Century Fox. Tworząc wokół filmu Richarda Donnera atmosferę wydarzenia wykraczającego daleko poza świat filmu, prowokującą do licznych w tym czasie dyskusji teologicznych.

Nie to jednak, a raczej fakt, iż szlaki “Omenowi” przetarły poprzednie religijne horrory, wspominane już kilkukrotnie dzieła Romana Polańskiego i Williama Friedkina, sprawił, że widzowie tłumnie odwiedzili kina, co przełożyć się miało wkrótce na ponad 60 milionów wpływów z biletów kinowych. Krytycy byli w ocenie tego obrazu podzieleni, z jednej strony ganiąc śmieszny, czy też cytując jednego z nich wręcz “głupkowaty” scenariusz, nawiązujący do nurtu dyspensacjonalizmu, akcentującego dosłowną interpretację Pisma Świętego. Z drugiej doceniając świetne tempo, udane role wszystkich aktorów grających główne role, jak również znakomitą muzykę. Z czasem kontrowersje wokół kwestii oceny obrazu Donnera wcale nie ucichły, bo z jednej strony dostał się on do książki “50 najgorszych filmów wszech czasów”, redagowanej przez Harry’ego Medveda, a z drugiej szybko zaczęto o nim mówić jako o klasyku kina grozy, który zapoczątkował popularną serię. 

Rzeczywiście oglądany dziś “Omen” zupełnie nie wytrzymuje porównań do “Egzorcysty”, tak jeśli chodzi o ciężar gatunkowy samej historii, jak i techniczną precyzję, bo dzieło Williama Friedkina robi do dziś ogromne wrażenie na dużym ekranie. Jednocześnie jednak filmowi Donnera trudno odmówić specyficznego uroku, zasadzającego się na umiejętnie budowanym napięciu i niezwykłej sprawności w prowadzeniu głównego wątku, dzięki którym nadal ogląda się go bardzo dobrze. Sprawdza się on obecnie przede wszystkim jako rodzaj mistycznej opowieści detektywistycznej, w której dwaj bohaterowie, grani przez Pecka i Warnera, zostają zmuszeni do zawieszenia racjonalności i uwierzenia w to co nieprawdopodobne. 

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper