Co dalej z Watch Dogs? Potknięć nie brakowało, ale seria ma "to coś"
Niby od lat nie było nowej głównej odsłony, niby Ubisoft coraz wyraźniej przesuwa dziś ciężar na inne marki, a jednak przy tej serii wciąż pozostaje poczucie, że to nie był projekt bez charakteru. Oficjalna strona Ubisoftu nadal przedstawia Watch Dogs jako jedną z ważniejszych marek firmy, przypominając o ponad 40 milionach graczy od premiery pierwszej części, ale jednocześnie najnowsze publiczne zapowiedzi wydawcy dotyczą głównie Assassin’s Creed, Far Cry i Ghost Recon, co samo w sobie mówi sporo o obecnym miejscu tej serii w kolejce.
Ten miks hakowania, miejskiej paranoi, technologicznego niepokoju i bardzo konkretnego klimatu współczesnego thrillera wciąż odróżnia Watch Dogs od wielu innych otwartych światów. A skoro nawet po latach Ubisoft wciąż rozwija uniwersum choćby poza grami - jak przy filmie Watch Dogs, którego produkcję oficjalnie ogłoszono już w 2024 roku - to trudno całkiem skreślać myśl, że ta marka może jeszcze wrócić w jakiejś formie.
Watch Dogs dotychczas
Pierwsze Watch Dogs wchodziło na rynek z bardzo konkretną obietnicą - thriller osadzony we współczesnym mieście, gdzie broń i samochody są ważne, ale prawdziwą przewagę daje informacja. Chicago, Aiden Pearce, system i cały ten klimat cyfrowej paranoi sprawiały, że seria od początku próbowała odróżnić się od innych otwartych światów nie samą skalą, a tonem. To opowieść o tym, jak technologia może stać się narzędziem kontroli, zemsty i bardzo współczesnego rodzaju władzy.
Potem przyszło Watch Dogs 2 i zrobiło coś, na co nie każda marka ma odwagę. Zamiast kurczowo trzymać się mroku pierwszej części, seria skręciła w stronę bardziej kolorowego, żywszego i dużo luźniejszego tonu. Marcus Holloway, DedSec i San Francisco Bay Area zbudowały grę, która była mniej ponura, ale wciąż kręciła się wokół tych samych lęków - nadzoru, korporacji i życia w świecie, gdzie człowiek pozostawia po sobie cyfrowy ślad praktycznie wszędzie. Czy to był dobry kierunek? Zostawiam Wam do interpretacji.
Największy eksperyment przyniósł jednak dopiero Watch Dogs: Legion. Ubisoft Toronto zabrało markę do niedalekiej przyszłości Londynu i oparło całość na haśle „Play as Anyone”, czyli możliwości rekrutowania niemal każdego mieszkańca miasta do ruchu oporu. To był pomysł odważny, bo z jednej strony idealnie pasował do świata totalnego nadzoru i kontroli, a z drugiej od razu niósł pytanie, czy seria bez jednego mocnego protagonisty nie straci części swojej tożsamości.
I tutaj najlepiej widać największy paradoks tej marki. Watch Dogs nigdy nie było serią stojącą w miejscu. Każda odsłona próbowała być czymś trochę innym - raz bardziej thrillerem zemsty, raz cyberaktywistyczną zabawą w haktywistów, raz futurystyczną opowieścią o mieście przejętym przez system i ludzi składających z oporu nową tożsamość. Problem polegał na tym, że seria co chwilę definiowała samą siebie i przez to nigdy nie dostała szansy, by jeden kierunek naprawdę w pełni okrzepł.
Co przyniesie przyszłość?
Gdybym patrzył na to chłodno, powiedziałbym tak - kolejna odsłona powinna wrócić do bardziej osobistej historii, ale nie rezygnować z tego, co Legion próbowało zrobić z większą skalą systemu. Serii przydałby się znów jeden naprawdę wyraźny bohater albo mała grupa bohaterów, wokół których dałoby się zbudować emocjonalny ciężar. Samo hakowanie i cała zabawa miejską infrastrukturą nadal mają potencjał, tylko dużo lepiej działają wtedy, gdy stoją za nimi konkretni ludzie.
Druga rzecz to miasto. Watch Dogs zawsze potrzebowało miejsca, które jest “żywym organizmem”. Gdyby seria miała wrócić, widziałbym ją raczej w czymś jeszcze bardziej współczesnym, może wręcz niepokojąco bliskim naszemu światu. Nie kolejny futurystyczny gadżet dla samego efektu, tylko opowieść o rzeczywistości, która już dziś zaczyna przypominać coś, czego Watch Dogs ostrzegało od dawna. Takie Black Mirror w Ubisoftowym sznycie.
No i zostaje pytanie, czy Ubisoft w ogóle chce jeszcze tę markę reaktywować w formie gry. Na dziś więcej słychać o filmie Watch Dogs, niż o nowej odsłonie serii, a sama marka w komunikacji firmy istnieje bardziej jako rozpoznawalne uniwersum niż zapowiadany projekt z konkretną datą. To nie zamyka drogi do powrotu, ale dobrze pokazuje, w jakim miejscu dziś jesteśmy - bardziej przy potencjale niż przy realnej zapowiedzi.
Podsumujmy to…
Najciekawsze w Watch Dogs jest to, że mimo wszystkich potknięć ta seria nadal nie brzmi jak projekt kompletnie wypalony. Wręcz przeciwnie. Wciąż ma w sobie ten rodzaj charakteru, którego nie da się tak łatwo pomylić z czymkolwiek innym - współczesne miasta, cyfrowy niepokój, hakowanie jako broń i bardzo konkretne pytanie o to, kto tak naprawdę kontroluje świat, w którym wszystko jest połączone.
Watch Dogs nadal ma "to coś" - w sensie pomysłu, który spokojnie dałoby się jeszcze raz uruchomić i zrobić z niego coś naprawdę świeżego. Trzeba by tylko wreszcie zdecydować, czym ta seria chce być, zamiast kolejny raz próbować być wszystkim naraz. Jeśli Ubisoft kiedykolwiek do niej wróci, to właśnie od tej jednej decyzji będzie zależeć, czy dostaniemy pełnoprawne odrodzenie, czy tylko jeszcze jeden ciekawy, ale nie do końca wykorzystany eksperyment.
Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Watch Dogs Legion.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych