Assassin's Creed gubi tożsamość? Przyszłość serii wcale nie wygląda pewnie…
Mało która seria tak długo potrafiła być jednocześnie wszędzie i wciąż budzić tak duże emocje. Assassin’s Creed przez lata wyrósł przecież na markę, która dla jednych była symbolem skradania, parkouru i skoków wiary, a dla innych coraz bardziej rozciągniętym molochem próbującym zmieścić w sobie wszystko naraz. I właśnie tu zaczyna się problem. Kiedy cykl trwa tak długo, zmienia epoki, bohaterów, strukturę rozgrywki i własne ambicje, bardzo łatwo dojść do momentu, w którym nazwa nadal znaczy wiele, ale coraz trudniej jednoznacznie odpowiedzieć, czym ta seria właściwie jeszcze jest.
Nie chodzi o prosty podział na „stare było lepsze” i „nowe też ma sens”, bo to byłoby zbyt wygodne. Kłopot z Assassin’s Creed wygląda dziś znacznie ciekawiej, a przy okazji bardziej niepokojąco. To marka, która wciąż potrafi sprzedawać ogromne światy, widowiskowe przygody i obietnicę wielkiej historycznej podróży, ale coraz częściej sprawia też wrażenie serii szukającej samej siebie między dawnym stylem a nowymi oczekiwaniami rynku. A kiedy tak duża marka zaczyna wysyłać sprzeczne sygnały, trudno patrzeć na jej przyszłość z pełnym spokojem.
Rozmycie?
Trudno dziś patrzeć na Assassin’s Creed jak na serię, która stoi w miejscu. Jeszcze niedawno Mirage było przez samego Ubisofta przedstawiane jako wyraźny powrót do korzeni - krótszy format, większy nacisk na skradanie, biura Asasynów i klimat bliższy dawnym odsłonom. Potem przyszło Shadows, które z jednej strony znów wrzuciło markę w wielką historyczną przygodę, a z drugiej rozdzieliło ją między dwa różne style grania - shinobi Naoe nastawioną na skradanie i Yasuke, który dużo mocniej ciąży ku walce.
Na tym jednak wcale się nie kończy, bo Ubisoft wyraźnie przestał myśleć o tej marce wyłącznie jak o kolejnych pojedynczych częściach. Animus Hub zadebiutował razem z Shadows jako miejsce spinające gry z serii, a oficjalne materiały o planach na 2026 potwierdzają też dalszy rozwój Invictus, czyli PvP osadzonego w świecie Assassin’s Creed. Innymi słowy, to już nie jest tylko cykl fabularnych gier akcji.
Jakby tego było mało, obok nowych kierunków Ubisoft równolegle sięga też po bardzo bezpieczny język nostalgii. Mamy przecież Assassin’s Creed Black Flag Resynced, czyli odświeżony powrót do jednej z najbardziej lubianych odsłon serii, zaplanowany na 9 lipca 2026 roku. I właśnie to najlepiej oddaje obecny stan marki - z jednej strony nowe otwarcia, huby i eksperymenty, z drugiej bardzo świadome przypominanie fanom, co kiedyś działało najlepiej. Niby wszystko się zgadza, ale…
Gdzie ta tożsamość?
Tu zaczyna się prawdziwy problem. Bo marka może mieć rozmach, może mieć historię, może nawet mieć kilka dróg rozwoju jednocześnie, ale w pewnym momencie musi jeszcze wiedzieć, czym właściwie chce być. Jeśli raz sprzedaje się jako powrót do źródeł, chwilę później jako wielkie RPG-owe widowisko z dwoma skrajnie różnymi stylami rozgrywki, a zaraz potem jako hub dla kolejnych projektów i PvP, to bardzo łatwo zgubić ten jeden, czytelny rdzeń.
To może grozić przede wszystkim rozmyciem oczekiwań. Dawniej sam tytuł Assassin’s Creed uruchamiał w głowie dość konkretny obraz - skradanie, parkour, cel, ostrze, historyczne tło i ta charakterystyczna mieszanka tajemnicy z politycznym spiskiem. Dziś obraz jest znacznie mniej oczywisty. Dla jednych seria powinna iść w stronę Mirage, dla innych rozwijać model pokroju Shadows, a dla jeszcze innych spokojnie może zamienić się w szeroki parasol nad kilkoma różnymi formatami.
Jest też druga rzecz - kiedy seria zbyt mocno rozciąga się między nowością a nostalgią, zaczyna wyglądać tak, jakby sama nie była pewna, co w niej dziś najmocniejsze. Black Flag Resynced może być świetnym ruchem dla fanów, ale w szerszym obrazie jest też sygnałem, że Ubisoft dobrze wie, jak silnie działa sentyment do dawnych odsłon. A jeśli obok nowych projektów trzeba stale przypominać o starych hitach, to pytanie o teraźniejszą tożsamość samo wraca na stół. Nawet nie w sensie złośliwości, a po prostu zwykłych wątpliwości.
Najgorszy scenariusz nie wygląda zresztą jak spektakularny upadek, tylko jak powolne zmęczenie materiału… W którym kolejne ruchy przestają budzić ekscytację, bo coraz trudniej wyczuć, co jest tu jeszcze sercem marki, a co tylko kolejną próbą budowania jej w bok. I dlatego przyszłość Assassin’s Creed może dziś budzić niepokój.
Podsumowanie
Czym więc ta seria ma być? Czy opowieścią o cichym zabójcy przecinającym dachy historycznych miast, czy wielką przygodą rozlaną na dziesiątki godzin, czy może szeroką marką, pod którą zmieści się już niemal wszystko? Im dłużej ta odpowiedź pozostaje nieostra, tym łatwiej o wrażenie, że kolejne odsłony nie budują jednego kierunku, tylko chwilowo rozwiązują różne potrzeby naraz.
A przecież Assassin’s Creed nie potrzebuje dziś większej mapy, głośniejszej kampanii reklamowej ani jeszcze jednego efektownego hasła o nowym otwarciu. Dużo bardziej potrzebuje pewności siebie. Takiej, która sprawi, że po kilku minutach z nową częścią znów będzie wiadomo, dlaczego to właśnie ta marka przez lata rozpalała wyobraźnię milionów graczy. Bo jeśli Ubisoft tego nie odzyska, seria może dalej istnieć, sprzedawać się i wracać z kolejnymi odsłonami - tylko coraz trudniej będzie powiedzieć, co tak naprawdę czyni ją jeszcze Assassin’s Creedem.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych