Diuna to nie jedyna trylogia science fiction, która mogłaby rozbić bank...
Science fiction ma tę piękną właściwość, że kiedy działa naprawdę dobrze, bardzo szybko przestaje być „tylko” gatunkiem. Zaczyna wyglądać jak przestrzeń do wielkich widowisk, ogromnych emocji i historii, które bez problemu mogą unieść nie jeden film, ale całe rozpisane z rozmachem cykle. Właśnie dlatego sukces takich marek jak Diuna tak mocno działa na wyobraźnię.
A skoro jedna trylogia science fiction znów potrafi rozpalić masową wyobraźnię, to naturalnie pojawia się kolejne pytanie: co jeszcze mogłoby zadziałać na podobną skalę? Bo materiału wcale nie brakuje. Są światy ogromne, są serie już gotowe pod filmową adaptację i są historie, które aż proszą się o to, by ktoś rozpisał je na trzy wielkie odsłony zamiast upychać wszystko w jednym filmie.
Mam tu na myśli…
Hyperiona! Dan Simmons stworzył świat ogromny, wielowarstwowy i bardzo świadomie napisany - taki, w którym obok międzygwiezdnej polityki, religii, technologii i wojny jest też miejsce na rzeczy znacznie bardziej intymne. Sama pierwsza część opiera się przecież na wyjątkowo wdzięcznej konstrukcji: grupa pielgrzymów wyrusza na tajemniczy Hyperion, a po drodze poznajemy ich historie, lęki i motywacje. Już to daje opowieści rytm, który bardzo mocno odróżnia ją od bardziej klasycznych space oper.
Najbardziej imponujące jest jednak to, jak bardzo ta seria potrafi być jednocześnie wielka i osobista. Z jednej strony mamy upadające porządki, potężne siły polityczne i sztuczne inteligencje działające na skalę niemal niewyobrażalną. Z drugiej - dostajemy historię bólu, straty, miłości, wiary i obsesji, które siedzą dużo bliżej człowieka niż większość gatunkowych widowisk. Właśnie dlatego Hyperion tak często wraca w rozmowach o najwybitniejszym science fiction - bo nie zachwyca wyłącznie rozmachem, ale też emocjonalnym ciężarem.
Nie sama skala świata, nie tylko wizualny potencjał Hyperiona i tajemniczego Chyżwara, ale to, że pod spodem siedzi materiał dużo bardziej złożony niż zwykłe "polecimy w kosmos i uratujemy wszystko". To historia, która ma własny ton, własny rytm i bardzo wyraźną tożsamość. Nie brzmi jak coś, co trzeba byłoby na siłę pompować, żeby wydawało się ważne. Ona już taka jest.
Niczym Diuna?
Podobnie jak u Herberta, mamy tu świat zbyt gęsty i zbyt bogaty, by wciskać go do jednego filmu na szybko. To materiał, który potrzebuje przestrzeni - czasu na zbudowanie napięcia, pokazanie frakcji, oswojenie widza z regułami tego uniwersum i spokojne rozwijanie tajemnicy. Właśnie przy takim podejściu najlepiej widać siłę takich historii: nie wtedy, gdy się je streszcza, ale wtedy, gdy pozwala im się oddychać.
Druga sprawa to sam typ widowiska, jaki mógłby z tego powstać. Hyperion nie jest ani czystą space operą nastawioną wyłącznie na akcję, ani chłodnym, zdystansowanym science fiction dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. To opowieść, która ma wielkie idee, ale potrafi ubrać je w bardzo ludzki ciężar. I właśnie dlatego mogłaby zadziałać szerzej.
Do tego dochodzi jeszcze potencjał wizualny, a ten jest po prostu ogromny. Hyperion, Grobowce Czasu, Chyżwar, futurystyczne miasta, kontrasty między technologią a religijnym niepokojem - to wszystko aż prosi się o kino z rozmachem. Nie chodzi wyłącznie o efekt „wow”, choć ten też byłby ważny. Chodzi bardziej o to, że ten świat naprawdę dałoby się pokazać w sposób, który zostaje w głowie. Tak jak Diuna działała nie tylko fabułą, ale też obrazem i atmosferą.
No i najważniejsze - Hyperion ma w sobie to cudowne poczucie, że za każdym kolejnym krokiem kryje się jeszcze większa tajemnica. To historia, która od początku obiecuje, że prowadzi do czegoś ogromnego, i właśnie takie obietnice najlepiej niosą całe trylogie. Jeśli więc po Diunie mielibyśmy dostać kolejne wielkie science fiction rozpisane na kilka filmów, to naprawdę trudno o mocniejszego kandydata.
Podsumowując…
Nie każdy świat science fiction aż tak wyraźnie domaga się dużego ekranu. Są serie, które świetnie działają na papierze, ale w filmie szybko mogłyby rozsypać się pod ciężarem własnych pomysłów. Hyperion sprawia zupełnie inne wrażenie - jakby od początku czekał na moment, w którym ktoś wpuści w niego odpowiedni budżet, odpowiednią wrażliwość i odwagę, by nie spłaszczyć tego wszystkiego do kolejnej kosmicznej strzelaniny z ładnym plakatem.
To brzmi tu najbardziej kusząco. Wizja „następnej wielkiej franczyzy”, a jednocześnie możliwość zobaczenia w kinie czegoś naprawdę osobnego - science fiction z rozmachem, ale też z tajemnicą, ciężarem i obrazami, które mogłyby zostać w głowie na długo. Po Diunie łatwo uwierzyć, że widzowie są gotowi na takie historie. A jeśli tak, to Hyperion wydaje się jednym z tych tytułów, które naprawdę mogłyby wejść na ekran i od razu poczuć się tam jak u siebie.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych