Graliśmy w Forza Horizon 6. Japonia wzywa!
Już w przyszłym miesiącu rozpocznie się konkretna ofensywa Microsoftu na 2026 rok. Korporacja chce w kilka miesięcy wrzucić na rynek kontynuacje swoich największych IP i na dobry początek nadjedzie Forza Horizon 6. Nasza redakcja miała już okazję pojechać do Japonii i… poznajcie nasze pierwsze wrażenia.
Microsoft ponownie zdecydował się na przyjemny ruch. Na miesiąc przed premierą nowej odsłony serii Forza, redakcje na całym świecie otrzymały dostęp do gry. To dobry czas, by sprawdzić początek wyścigów i… narobić sobie smaka. To klasyczne „lizanie cukierka przez szybę w sklepie”, bo na dobry początek Playground Games udostępniło nam wstęp do japońskich atrakcji.
Efektowny początek, kilka wyścigów i napis... koniec. Co jednak udało mi się wycisnąć z tych pierwszych chwil w Forza Horizon 6? Nie oczekujcie rewolucji, nie oczekujcie ewolucji, nie oczekujcie zupełnie nowego doświadczenia. Oczekujcie kawał dobrze Forzy.
Znany wstęp w japońskich szatach
Twórcy Forza Horizon 6 po raz kolejny stawiają na bardzo widowiskowy wstęp i od pierwszych minut robią dokładnie to, z czego ta seria słynie od lat - wrzucają nas za kierownicę kilku zupełnie różnych maszyn, żeby w szybkim tempie pokazać przekrój całego doświadczenia. Zaczynamy od efektownej jazdy po szerokiej drodze, gdy gdzieś w tle dumnie stoi góra Fudżi, później tempo natychmiast się zmienia i lądujemy na śnieżnych bezdrożach, gdzie samochód podskakuje na nierównościach, przecina kałuże, ociera się o elementy otoczenia i dosłownie gracz czuje za sprawą mocnych wibracji każdy fragment terenu. Ostatecznie kończymy ten pokaz kolejnym szybkim przelotem po autostradzie - już w prawdziwym supercarze.
Nie będę jednak udawał, że to otwarcie wywołało u mnie jakiś wielki zachwyt. Problem nie leży w jakości rozgrywki czy też oprawy, bo całość jest zrealizowana bardzo sprawnie, dynamicznie i dokładnie tak, jak powinna wyglądać wizytówka serii. Po prostu Playground Games znowu sięga po bardzo znajomy patent, który widzieliśmy już wcześniej w różnych odsłonach Forzy Horizon. To nadal działa, ale nie ma już tego efektu świeżości i niedowierzania, który kilka lat temu potrafił naprawdę zrobić wrażenie. Dzisiaj bardziej przyjmuję ten początek jako obowiązkowy element programu niż coś, co autentycznie mnie zaskakuje.
Nie zmienia to jednak faktu, że jako pokaz możliwości gry ten wstęp sprawdza się naprawdę dobrze. W ciągu kilku minut dostajemy bardzo czytelny komunikat: będzie szybko, będzie różnorodnie, będzie efektownie i ponownie będziemy skakać pomiędzy różnymi stylami jazdy oraz odmiennymi fragmentami świata. To z jednej strony nie zaskakuje, ale z drugiej mam wrażenie, że Playground Games sięgnęło po prostu po swoją wizytówkę. W tym wypadku już na samym starcie otrzymujemy wyraźny sygnał czego tak naprawdę możemy się spodziewać… a później? Ponownie klasyka: szybko tworzymy postać i rozpoczyna się konkretna zabawa.
Turysta w wielkiej Japonii
Po efektownym wstępie produkcja Microsoftu pozwala wreszcie złapać trochę oddechu i sprawdzić, jak Forza Horizon 6 wypada już nie jako pokazówka, ale jako pełnoprawna produkcja. Po kilku minutach dostajemy dostęp do jednego z trzech samochodów i właśnie tutaj bardzo szybko widać, że Playground Games znowu świetnie odrobiło pracę domową. Sam wróciłem do dema kilka razy, żeby sprawdzić każdą z maszyn, bo chciałem zobaczyć, jak mocno twórcy różnicują styl prowadzenia. I nie zawiodłem się. Nissan Silvia K’s z 1989 roku od razu daje poczucie lekkiego, zadziornego tylnonapędowca - świetnie czuje się na asfalcie, lubi płynne wejścia w zakręty i aż prosi się o bardziej widowiskową jazdę bokiem. Toyota Celica GT-Four ST205 jest dużo bardziej stabilna, pewniejsza i uniwersalna; napęd na cztery koła sprawia, że auto dobrze trzyma się nawierzchni nawet wtedy, gdy warunki robią się gorsze i asfalt przestaje być idealny. Z kolei GMC Jimmy to już zupełnie inna bajka - cięższy, bardziej surowy samochód do jazdy po bezdrożach, stworzony do brutalniejszego traktowania terenu, skoków i rozjeżdżania wszystkiego, co stanie na drodze.
I nie będę ukrywał, że właśnie to lubię w tej serii... od początku czujesz, że każdy samochód ma własny charakter. To nie są trzy bryki różniące się wyłącznie statystykami w menu, ale trzy zupełnie inne podejścia do zabawy. Silvia nagradza bardziej precyzyjną jazdę i wyczucie balansu, Celica daje poczucie kontroli i bezpieczeństwa, a Jimmy zachęca, żeby po prostu odpuścić subtelność i z impetem pruć przez bardziej wymagający teren.
W trakcie pokazu miałem też okazję sprawdzić fragment trybu fabularnego i tutaj sytuacja wygląda bardzo znajomo. Twórcy kolejny raz traktują historię jako przyjemny dodatek, a nie fundament doświadczenia. Nasza podróż po Japonii zaczyna się jako wyprawa turysty, który powoli próbuje dostać się do Horizon Festival jako początkujący kierowca, odkrywa kraj, zbiera samochody i krok po kroku wspina się po szczeblach kolejnych wydarzeń. W przerywnikach oglądamy rozmowy postaci, przygotowania do wyścigów i krótkie scenki, które mają nadać wszystkiemu odrobinę kontekstu. To nadal nie jest fabuła, dla której ktoś kupi będzie grał w najnowszą pozycję Microsoftu, ale szczerze mówiąc - jako lekka zachęta do ruszenia po kolejne eventy sprawdza się dobrze. Jest jakiś cel, jest pewna droga od „początkującego drivera” do coraz większych wyzwań, ale nikt nie udaje, że to właśnie te rozmowy mają być najważniejsze.
Najważniejsze pozostaje oczywiście samo jeżdżenie i pod tym względem Forza Horizon 6 już w demie wypada bardzo obiecująco. Cała struktura gry - odkrywanie Japonii, kwalifikowanie się do kolejnych zawodów, rozwijanie kolekcji i personalizowanie aut - wciąż po prostu nie zawodzi. Nie widzę tutaj jeszcze przełomu, który wywraca serię do góry nogami, ale po tym krótkim kontakcie mam wrażenie, że Playground Games po prostu bardzo dobrze wie, czego ludzie oczekują od Horizon.
Czy ktoś potrzebuje rewolucji od Forzy Horizon?
Nie mogę powiedzieć, że Forza Horizon 6 jest wielką rewolucją względem poprzednich odsłon... zdecydowanie nie. Playground Games nie próbuje tutaj na siłę przebudować fundamentów serii, tylko ponownie korzysta z tego, co przez lata działało znakomicie. To nadal ten sam, dopracowany do granic komfortu system jazdy, który pokochaliśmy w poprzednich częściach. I szczerze? Wcale mi to nie przeszkadza brak „rewolucji”, bo przy takiej jakości prowadzenia trudno byłoby oczekiwać, że twórcy nagle zaczną majstrować przy czymś, co od dawna jest najmocniejszym punktem marki.
To, co naprawdę robi wrażenie już od pierwszych godzin, to jednak sama skala świata. Playground Games nie żartowało, zapowiadając ogromną Japonię. Tokio jest wielkie, gęste, bardzo „żywe” i faktycznie sprawia wrażenie pełnoprawnej metropolii, a nie tylko efektownej dekoracji do kilku wyścigów. Ścigamy się między wysokimi budynkami, walczymy o każdy zakręt w ciasnej miejskiej zabudowie, przeciskamy się przez szerokie arterie i od razu czuć, że nawet jedno miasto ma tutaj wiele twarzy. Raz pędzisz przez bardziej otwarte odcinki i czujesz przestrzeń, a za chwilę wpadasz w gęsto ustawione fragmenty trasy, gdzie wszystko robi się bardziej... „techniczne” i trzeba dużo uważniej czytać drogę.
Sama Japonia też wygląda świetnie... choć muszę przyznać, że jedna rzecz trochę mnie zaskoczyła - spodziewałem się jeszcze większej liczby momentów, w których po prostu zjeżdżamy z drogi i całkowicie improwizujemy trasę przez pola, wzgórza i lasy. Tymczasem w prezentowanym fragmencie bardzo często ścigałem się w miejscach dość „zamkniętych”. Nadal są oczywiście klasyczne dla serii chwile, gdy wskakujesz do terenówki, ścinasz przez pola, rozbijasz się przez strumyki, wbijasz w większą kałużę czy jezioro tylko po to, żeby urwać sekundę na zakręcie, ale sporo czasu spędzałem również obok ścian budynków, w tunelach, przy górzystych zboczach albo na odcinkach, gdzie sama trasa mocniej narzuca kierunek jazdy. I to trochę zmienia charakter ścigania. Nie odbieram tego jako minus, raczej jako inny akcent w projektowaniu tras. Kiedy Forza Horizon 6 zamyka cię między ścianą miasta, tunelem albo górskim zboczem, nagle znacznie ważniejsze staje się perfekcyjne ustawienie auta, precyzyjne wyjście z zakrętu i utrzymanie idealnej linii. To nadal ten sam gameplay, ale w takim wydaniu jest odrobinę mniej „szaleństwa”, a trochę więcej czystej walki o centymetry i sekundy. Dzięki temu pierwsze godziny w Japonii mają swoją własną tożsamość - mniej chodzi o efekt „mogę pojechać absolutnie wszędzie”, a bardziej o to, że nawet pozornie zamknięte odcinki są bardzo dobrze zaprojektowane i potrafią naprawdę wciągnąć.
Bardzo spodobało mi się też to, jak różnorodne potrafią być same tereny. Nawet jeśli mówimy tylko o Tokio i jego najbliższych okolicach, to cały czas coś się zmienia: nawierzchnia, charakter dróg, liczba przeszkód, szerokość trasy, ilość miejsca na wyprzedzanie. A kiedy wyjeżdżamy poza miasto, Japonia naprawdę zaczyna zachwycać... i nie tylko widokami, ale też tym, jak mocno czuć zmianę stylu jazdy w zależności od miejsca. To nie jest po prostu „ładna mapa”, tylko świat, który już po krótkim kontakcie sprawia wrażenie bardzo przemyślanego pod kątem różnorodności zabawy.
Muszę jednak podkreślić jedno: nie oczekujcie od Japonii czegoś więcej niż „Forzy w nowym świecie”. To nie jest nagle nowa odsłona, która po zmianie lokacji zamienia się w „Need for Speeda w Tokio” albo zaczyna udawać zupełnie inne wyścigi. Playground Games nadal oferuje dokładnie te znane, bardzo komfortowe wrażenia z jazdy, ten sam festiwalowy klimat i ten sam model zabawy, który od lat definiuje markę. Zmienia się sceneria, zmienia się charakter tras, zmieniają się widoki i lokalny koloryt, ale fundament pozostaje nietknięty.
Na koniec mogę jeszcze uspokoić wszystkich, którzy boją się „wymarłej Japonii”. W trakcie testów cały czas jeździłem obok twórców, driveavatarów, innych dziennikarzy i sporej liczby samochodów sterowanych przez SI. Ulice nie świeciły pustkami, ruch był naprawdę wyraźny i dzięki temu świat od razu wydawał się bardziej żywy. To ważne, bo przy tak dużej mapie bardzo łatwo byłoby wpaść w poczucie pustki, a tutaj Playground Games najwyraźniej mocno dopilnowało, żeby tego uniknąć. I właśnie dlatego, mimo braku rewolucji w samym modelu jazdy, pierwsze chwile z Forza Horizon 6 zostawiają po sobie bardzo mocne, bardzo pozytywne wrażenie.
Jest Festiwal. Jest impreza
To nie jest żaden sekret: w Forza Horizon 6 wszystko znowu opiera się na Festiwalu. Prezentowany fragment zabawy koncentruje się na Horizon Invitational, czyli przepustce do właściwego Horizon Festival, a żeby na nią zasłużyć, musimy udowodnić swoją wartość w kilku różnych wyścigach. Pierwszy z tych wyścigów, Shirakawa Circuit, to klasyczny road race na technicznym, specjalnie zaprojektowanym torze, gdzie ścigamy się retro sportowymi samochodami. Później gra bardzo sprytnie zmienia klimat i wrzuca nas do Windfarm Cross Country, gdzie w pickupach i terenówkach walczymy z pagórkami, skokami i bardziej brutalnym kontaktem z trasą. Na koniec jest jeszcze Airfield Trail, prowadzący przez okolice pola golfowego Naruo i lotniska Ito, czyli wyścig, który dobrze łączy szybsze fragmenty z bardziej technicznymi sekcjami i pokazuje, że Japonia w „Szóstce” nie zamierza ograniczać się do jednego stylu ścigania.
Po tej pierwszej kwalifikacji bardzo wyraźnie widać też, że Playground Games buduje świat z myślą o eksploracji na znacznie większą skalę niż tylko dojazd od wyścigu do wyścigu. Gra oferuje 662 dróg i 74 unikalne, ikoniczne obszary, a sama Japonia nagradza tych, którzy lubią odkrywać, ścigać się i po prostu jeździć - doświadczać, szukać, bawić się. Można zasmakować w spokojniejszych przejazdach nadmorskimi trasami, można polować na dramatyczne drifty na górskich drogach, można wreszcie wpaść w jasne światła Tokio i potraktować miasto jak wielki plac zabaw dla fanów szybkiej jazdy. Już po krótkim kontakcie czuć, że to nie ma być tylko ładna mapa do odhaczania, ale świat, który ma zachęcać do własnego układania aktywności i tempa zabawy.
Do tego dochodzą jeszcze klasyczne dla serii wydarzenia, rozsiane po całej Japonii i znowu pełniące rolę krótszych, bardziej konkretnych testów umiejętności. Mamy więc Speed Trap do bicia maksymalnej prędkości, Speed Zones nastawione na średnią szybkość na danym odcinku, Drift Zones dla tych, którzy chcą składać długie poślizgi w jeden płynny przejazd, Danger Signs z wielkimi skokami oraz Trailblazery, gdzie liczy się jak najszybsze dotarcie z punktu A do B dowolną trasą. I Forza Horizon 6 w tym elemencie wygląda bardzo klasycznie, jednak mam wrażenie, że twórcy bardzo dobrze wiedzą czego ludzie oczekują od tej marki. Festiwal znowu ma być wielką, różnorodną maszyną do jazdy, odkrywania i ciągłego znajdowania sobie kolejnych zajęć i... to naprawdę działa.
Wizytówka czy ograniczenie?
Pod względem grafiki Forza Horizon 6 wygląda znakomicie. To z jednej strony wciąż bardzo rozpoznawalna, „stara dobra Forza”, ale podczas pokazów Playground Games wyraźnie chciało podkręcić oprawę i zwrócić uwagę na jakość obrazu - szczególnie w scenach nocnych oraz przy zmiennej pogodzie.
Kapitalnie wypadają odbicia na karoseriach, bardzo dobrze prezentują się kałuże, a gdy przecinamy przez miasto po zmroku, światło naprawdę robi robotę i buduje odpowiedni klimat. Nie liczcie jednak na pokaz neonowego szaleństwa rodem z futurystycznych wyścigów - przynajmniej na obecnym etapie twórcy nie eksponowali takiego oblicza Japonii. Zamiast tego dostaliśmy bardzo dopracowaną, bardziej „realistyczną” wizję, w której trudno mi narzekać na samą jakość oprawy.
Muszę jednak podkreślić jeden szczegół: twórcy podczas testów zapewnili nam wyłącznie możliwość sprawdzenia gry w 30 klatkach. Tryb jakości podkręca oprawę, zapewnia kapitalne wrażenia, ale szkoda, że nie otrzymałem wyboru i nie mogłem wypróbować wyścigu w 60 FPS. Twórcy oczywiście obiecują, że takie atrakcje będą dostępne już w przyszłym miesiącu.
Japonia wzywa!
Po tym pierwszym kontakcie z Forzą Horizon 6 mam bardzo proste wrażenia: to nie będzie rewolucja, ale zdecydowanie wygląda jak kolejna bardzo mocna odsłona serii. Model jazdy wciąż daje dokładnie te wrażenia, za które fani pokochali poprzednie części - samochody prowadzą się świetnie, różnice między maszynami są wyraźne, a sam rytm ścigania i eksploracji nadal działa znakomicie. Playground Games nie próbuje na siłę wymyślać wszystkiego od nowa, tylko bierze sprawdzoną formułę i przenosi ją do miejsca, o które fani prosili od lat.
Największym bohaterem tej odsłony może być jednak sama Japonia. Już w prezentowanym fragmencie świat sprawiał wrażenie ogromnego, zróżnicowanego i pełnego miejsc, w których po prostu będzie się chciało jeździć bez konkretnego celu. Tokio, nadmorskie trasy, górskie odcinki, bardziej zamknięte techniczne sekcje i terenowe wypady - to wszystko wygląda jak przestrzeń, w której można się zatracić na wiele godzin.
I właśnie dlatego po tym pokazie nie mam większych wątpliwości: fani serii dostaną dokładnie to, na co liczą, a ja sam już nie mogę się doczekać pełnej wersji i prawdziwego zanurzenia się w tej mapie.
Przeczytaj również
Komentarze (23)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych