Crimson Desert to nowy Wiedźmin? 5 powodów, dla których gra od Pearl Abyss miażdży konkurencję

Crimson Desert to nowy Wiedźmin? 5 powodów, dla których gra od Pearl Abyss miażdży konkurencję

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 15:00

Pytanie o to, czy w branży gier wideo doczekamy się kiedykolwiek „nowego Wiedźmina”, powraca w debacie publicznej niczym bumerang przy okazji każdej większej premiery RPG. Przez lata wiele tytułów próbowało założyć koronę należącą do Geralta z Rivii, jednak większość z nich potykała się o własne ambicje. Aż nadszedł marzec 2026 roku i premiera Crimson Desert - gigantycznej, wręcz absurdalnie rozbudowanej produkcji od koreańskiego studia Pearl Abyss.

Gra, która w pierwszych dniach od premiery podzieliła recenzentów na zafascynowanych entuzjastów i przytłoczonych malkontentów, ostatecznie udowodniła, że w kwestii czystej rozgrywki wyznacza zupełnie nowe standardy (nawet jeśli deweloperów czeka wciąż dużo pracy nad poprawą jeszcze wielu elementów, co jest zrozumiałe jeśli weźmiemy pod uwagę ogrom przedstawionego świata). Wcielając się w najemnika Kliffa, wkraczamy do świata Pywel, który jest tak ogromny i nieprzewidywalny, że momentami brakuje tchu. Czy to już detronizacja naszego rodzimego hitu? Oto powody, dla których nowe dzieło z Korei miażdży swoją konkurencję.

Dalsza część tekstu pod wideo

Gigantyczny świat i rewolucyjny system walki, czyli rozmach, jakiego jeszcze nie było

Pierwszym powodem, dla którego Crimson Desert zostawia konkurencję w tyle, jest absolutnie bezkompromisowa skala otwartego świata. Kontynent Pywel nie jest po prostu dużą mapą wypełnioną znacznikami - to tętniący życiem ekosystem, który pod względem rozmiarów potrafi zawstydzić nawet kultowego Skyrima czy wybitne Red Dead Redemption 2. Ośnieżone szczyty, rozległe równiny, gęste lasy i pełne brudu miasta funkcjonują tu w organiczny sposób. I choć zapewne Pearl Abyss zapewne poszło na jakieś niewielkie skróty, wykorzystując przy tym AI (jak każda większa w obecnych czasach firma), to jednak każde drzewo, każda skała i każdy strumyk wydają się jakby ręcznie wyrzeźbione, co sprawia, że samo podróżowanie staje się celem samym w sobie. Gra nie stawia przed nami sztucznych barier, a świat otwiera się przed graczem w całości już od pierwszych godzin, zachęcając do zbaczania z głównych szlaków i gubienia się w tej wirtualnej rzeczywistości.

Drugim aspektem, który dosłownie wgniata w fotel, jest system walki. Jeśli Wiedźmin 3 słynął z baletu mieczy, to Crimson Desert serwuje nam krwawą, zapaśniczą choreografię na sterydach. Walka to „bohaterska piaskownica”, w której fizyczność starć czuć na własnych palcach. Zapomnijcie o nudnym wciskaniu jednego przycisku ataku. Nasz protagonista, Kliff, może chwycić wroga w pasie, wykonać na nim profesjonalny rzut rodem z wrestlingu, kopnąć z półobrotu w przepaść, a następnie użyć liny z hakiem, aby przyciągnąć kolejnego oponenta z dachu płonącego budynku. Kombinacje ataków, możliwości wykorzystania elementów otoczenia oraz brutalna dynamika sprawiają, że pod względem starć gra wręcz deklasuje to, co CD Projekt RED zaoferował niemal dekadę temu. Każdy pojedynek, zwłaszcza z bossami, to małe kinowe arcydzieło, choć do gier FromSoftware zapewne wciąż im jeszcze daleko. Niemniej mamy tutaj przecież doczynienia z całkiem inna grą, tudzież gatunkiem a właściwie ich zgrabnym połączeniem a to robi zdecydowanie robotę.

Crimson Desert - WŁASNE
resize icon

Absolutna swoboda, mnogość mechanik i 10 filmowych epików na horyzoncie

Trzeci powód to niespotykana wręcz wolność eksploracji. Twórcy Crimson Desert garściami czerpali z najlepszych wzorców, implementując mechanikę wspinaczki i przemieszczania się rodem z The Legend of Zelda. Kliff może wspiąć się na dosłownie każdą powierzchnię - od zrujnowanych wież po grzbiety potężnych, wędrujących po świecie bestii. Ogranicza nas jedynie wskaźnik wytrzymałości, co wprowadza do eksploracji element ryzyka i planowania. Nie ma tu irytujących, niewidzialnych ścian czy półek skalnych, na które „nie wolno” wejść, bo twórcy tak zaprogramowali skrypt. Ta wertykalność nadaje przemierzaniu świata głębi, której próżno szukać u rynkowych rywali, pozwalając na planowanie zasadzek i odkrywanie sekretów w sposób, jaki w wielu konkurencyjnych grach było to w znacznym stopniu ograniczone lub wręcz niemożliwe.

Czwartym powodem jest nagromadzenie aktywności i detali, które nadają produkcji iście filmowy, hollywoodzki charakter. Skoro już mowa o kinowym rozmachu - produkcja ta śmiało staje w szranki z największymi cyfrowymi i filmowymi dziełami ostatnich lat. Oto 10 tytułów (gier z prawdziwie „filmowym” zacięciem i rozbudowanych, cyfrowych uniwersów), które stanowią punkt odniesienia dla dzieła Pearl Abyss:

  • Wiedźmin 3: Dziki Gon - za mroczny klimat i słowiański, surowy sznyt.
  • ​Dragon's Dogma 2 - za potyczki z ogromnymi bestiami i wspinanie się na potwory.
  • ​The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom - za fizykę i nieskrępowaną wolność.
  • ​Red Dead Redemption 2 - za interakcje ze światem i realizm dzikich ostępów.
  • Elden Ring - za skalę i monumentalnych bezlitosnych bossów.
  • Ghost of Tsushima - za malownicze krajobrazy i parowanie ciosów.
  • ​Assassin's Creed Valhalla - za brutalność starć i system najazdów.
  • ​Cyberpunk 2077 - za graficzny przepych i nowatorskie wykorzystanie technologii.
  • ​Skyrim - za otwartość świata, w którym po prostu chce się żyć.
  • ​Władca Pierścieni (uniwersum) - za czyste, epickie bitwy fantasy z tabunami orków, z którymi starcia w grze jednoznacznie się kojarzą.

Gra czerpie z nich wszystko, co najlepsze, oferując dziesiątki minigier, naukę umiejętności od spotkanych NPC-ów, zaawansowane wędkowanie, a nawet dynamiczne zagadki środowiskowe. To piaskownica, z której po prostu nie chce się wychodzić.

wlasne
resize icon

Graficzny przepych nowej generacji i piękny, wciągający chaos

​Piątym, być może najbardziej uderzającym argumentem, jest warstwa wizualna i fizyka, które napędza autorski silnik Black Space Engine. Crimson Desert wygląda absolutnie obłędnie. To gra nowej generacji, która wyciska siódme poty z najpotężniejszych kart graficznych i konsol. Efekty cząsteczkowe podczas rzucania zaklęć, dynamicznie zmieniająca się pogoda, która autentycznie wpływa na to, jak porusza się nasza postać, a wreszcie mimika postaci i detale uzbrojenia - to wszystko składa się na fotorealistyczny spektakl. Kiedy w trakcie burzy piorun uderza w pobliskie drzewo, a deszcz zmywa krew z twarzy Kliffa, trudno nie poczuć szczerego podziwu dla pracy, jaką włożyli w ten tytuł koreańscy deweloperzy. To świat równie piękny, co bezlitosny.

Nie byłby to jednak felieton, gdybym nie wbił małej szpili. Bo trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że ten gigantyczny rozmach ma swoją cenę. Crimson Desert bywa chaotyczne i momentami przypomina potwora Frankensteina, pozszywanego z mechanik zapożyczonych od innych gier. Fabuła główna - choć mroczna i w intrygujący sposób opowiadająca o losach najemników - potrafi zgubić się w gąszczu pobocznych aktywności, a interfejs użytkownika przyprawia czasem o ból głowy. Narracja rozwija się niespiesznie i brakuje jej tej subtelnej, literackiej głębi, jaką oferowały zadania pokroju „Krwawego Barona” z Wiedźmina 3. Ale wiecie co? W zderzeniu z dobrym choć wciąż dopieszczanym przez twórców systemem walki i tak absorbującą eksploracją, te potknięcia przestają mieć większe znaczenie. Ta gra wciąga na dziesiątki godzin nie opowieścią, a czystą radością z wirtualnego bycia w jej świecie.

Crimson Desert / Wiedźmin 3
resize icon

Czy Geralt z Rivii musi oddać koronę?

Odpowiadając na zadane w tytule pytanie - i tak, i nie. Jeśli szukacie w grach wideo przede wszystkim genialnie napisanej, chwytającej za serce historii oraz głębokich dylematów moralnych, Wiedźmin 3 wciąż pozostaje niedoścignionym królem, który spogląda na konkurencję z góry. Jednak pod względem mechaniki, swobody, oprawy graficznej i przede wszystkim - czystej, niczym nieskrępowanej, soczystej rozgrywki - Crimson Desert wdeptało konkurencję w ziemię Pywel. Pearl Abyss stworzyło molocha, arcydzieło chaosu i wolności, w którym każdy gracz napisze własną, brutalną historię na ostrzu miecza. Kliff nie ma może ciętego języka Geralta, ale gdy wchodzi na pole bitwy, reszta branży może tylko notować i uczyć się, jak robić gry akcji z prawdziwego zdarzenia.

Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper