Dał nam najlepszą trylogię ostatnich lat, teraz powrócił. Tak powstało kultowe dzieło kina
Gore Verbinski wraca. Może nie w świetle reflektorów, ale wraca. Dziewięć lat po ostatnim filmie, czternaście po ostatnim porządnym, blisko dwadzieścia po trylogii, która zdefiniowała współczesne kino nowej przygody. “Piraci z Karaibów” są tym, czemu właściwie nikt nie potrafi dorównać.
Seria o przygodach Jacka Sparrowa i spółki doczekała się pięciu odsłon, ale Gore Verbinski odpowiadał tylko za trzy - nieprzypadkowo najlepsze. Jego opowieść stanowi w zasadzie odrębną trylogię wewnątrz uniwersum. To historia zamknięta, spójna i stojąca na bardzo wysokim poziomie. Chociaż nastroje w 2007 roku były zupełnie inne.
“Piraci z Karaibów: Na krańcu świata” nie zostali przyjęci zbyt dobrze. Dostrzegano, że w tej zupie pływa zdecydowanie za dużo grzybów, a wiele wątków nie zdołało odpowiednio wybrzmieć. Przecież zupełnie nagle wprowadzono wielką radę piratów, której przynajmniej dwaj członkowie mieli wielkie znaczenie dla fabuły. Ponadto podkreślano bardzo intensywne aktorstwo - zwłaszcza w wykonaniu Johnny’ego Deppa. Nie chcę odbierać tym uwagom racji, ale… “Na krańcu świata” przeszło pomyślnie próbę czasu. Z perspektywy kilkunastu lat ten film wygląda po prostu lepiej, zwłaszcza wtedy, gdy spojrzymy na niego jak na element epickiej sagi Verbinskiego. Każda część stoi na poziomie, jakiego mogą pozazdrościć właściwie wszystkie współczesne produkcje kina nowej przygody.
Dwie inspiracje
Historia serii Verbinskiego sięga 1967 roku. W kalifornijskim Disneylandzie otworzono wówczas nową kolejkę tematyczną - Piratów z Karaibów. Oryginalna trasa zakładała minięcie wioski piratów z domkami na wodzie, pojawienie się czaszki ze skrzyżowanymi szablami, dotarcie do Zatoki Umarlaka i zobaczenie wraku statku strzeżonego przez potępioną załogę, spotkają Czarnobrodego, piratów osadzonych w lochu, a nawet psa, który trzyma klucze do więzienia, ale za nic nie chce ich puścić.
Wszystkie te elementy zostały wykorzystane przynajmniej w jednym filmie z serii. “Piraci z Karaibów” dosłownie stoją na barkach atrakcji turystycznej, co widać zwłaszcza po pierwszej części skupionej na walce z ożywionymi poplecznikami Hectora Barbossy (Geoffrey Rush). Do filmów trafiły nawet bardzo drobne inspiracje z Disneylandu, takie jak sen Joshamee’a Gibbsa (Kevin R. McNally) ze świniami. Identyczna scenka pojawia się w ostatniej kolejce osobiście nadzorowanej przez Walta Disneya.
Produkt z Kalifornii cieszył się taką popularnością, że szybko rozszerzono go na inne Disneylandy, gdzie poddano jedynie lekkim modyfikacjom. Nic więc dziwnego, że film czerpał garściami z bardzo jakościowych rozwiązań konstruktorów. Ale nie tylko z nich. Swoje trzeba też oddać pisarzowi Timowi Powersowi.
W 1987 roku ukazała się jego powieść “Na nieznanych wodach”. Stanowiła inspirację dla serii gier “Monkey Island” i czwartej części “Piratów…”. Tam znalazła swoje odbicie fabularne, lecz również na wcześniejszych epizodach odcisnęła piętno. Znów załoga kościotrupów, znów skradziony skarb, a nawet główna bohaterka o imieniu Elizabeth i pirat… Jack. Do tego magia voodoo, statek widmo, Fontanna Młodości, a nawet zdejmowanie klątwy za pomocą krwi. Powers był pod wrażeniem atrakcji z Disneylandu, a Disney był pod wrażeniem książki Powersa. Koło inspiracji zostało zamknięte. A Verbinski i spółka umiejętnie z tego skorzystali.
Ożywić gatunek
Verbinski nie miał dużego doświadczenia - przed “Piratami…” nakręcił jedynie trzy filmy długometrażowe, a najbardziej rozpoznawalnym pozostawał remake “The Ring”. Wybór Disneya był więc dość osobliwy, ale studio nie miało mocnych kart przetargowych, aby powalczyć o najgłośniejsze nazwiska. Dość powiedzieć, że długo rozważano, czy “Piratów…” nie stworzyć bezpośrednio na nośniki wideo. Pomysł ten udało się jednak wyperswadować, a producent Jerry Bruckheimer zadbał o odpowiedni budżet.
Sam Verbinski - jak najwidoczniej większość Amerykanów - miał bardzo dobre wspomnienia z trasy tematycznej w Disneylandzie, a ponadto pociągała go możliwość wskrzeszenia gatunku. Kino przygodowe trzymało się dobrze, ale kino o piratach było zagrzebane gdzieś na dnie. Wysokobudżetowa produkcja nie powstała od “Wyspy piratów” (1995), która - podobnie jak “Piraci” (1986) Romana Polanskiego - okazała się kompletną klapą finansową. Ostatnim hitowym filmem dedykowanym morskim zawadiakom, a jednocześnie skierowanym do doroślejszej grupy odbiorców, był “Karmazynowy pirat” (1952). Piraci czekali więc pół wieku!
A mogli czekać jeszcze dłużej, bo Michael Eisner (CEO Disneya) starał się wstrzymać produkcję wobec spektakularnej klęski jaką okazały się “County Miśki” (2002). Spodziewano się, że prace nad “Piratami…” zostaną przerwane, ale Verbinski nie odpuścił. Jego artyści koncepcyjni nadal działali, dzięki czemu przygotowano zachwycające storyboardy przedstawiające między innymi Czarną Perłę i nieumarłą załogę Barbossy. Eisner, który był o krok od zamknięcia planu, okazał się oczarowany. Starał się oczywiście zbijać koszty, ale poległ wobec kolejnych nacisków Verbinskiego i Bruckheimera. Duet doskonale wiedział, że ten film musi kosztować, jeśli Disney faktycznie planuje rozszerzenie uniwersum.
Taki plan w istocie kotłował się w głowie Eisnera i to do tego stopnia, że w przypadku tytułu to on postawił na swoim. Pierwotną nazwę - “Piraci z Karaibów” - przemianowano na “Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły”. Verbinski się sprzeciwiał, powtarzał, że taka nazwa nie ma żadnego uzasadnienia w fabule (to nie statek jest przeklęty), ale Eisner dopiął swego. Przynajmniej teoretycznie, bo dział PR-u wysłuchał próśb Verbinskiego, aby drugi człon tytułu był możliwie niewidoczny na plakatach promocyjnych.
Ciągłe przeciąganie liny nie miało destrukcyjnego wpływu. “Piraci…” weszli na ekrany kin z pełnym rozmachem. Pomogła świetnie dobrana obsada pierwszoplanowa. W rolach głównych pozostający na szczycie Depp i znajdujący tam miejsce Orlando Bloom. Dalej zjawiskowa Keira Knightley i Geoffrey Rush, charyzmatyczny tytan kina z Wielkiej Brytanii. Kolejne plany uzupełniono charakterystycznymi aktorami - mniejsze i większe role odegrali Jonathan Pryce, Zoe Saldana, Mackenzie Crook czy wspomniany już McNally.
W sukcesie niewątpliwie pomógł scenariusz. Eisner kazał wyciąć kilka scen, które jeszcze bardziej czerpały z atrakcji z Disneylandu. Z drugiej strony pozostawiono sporo mroku, trup ściele się gęsto, a gardła są podrzynane, co zaowocowało pierwszym w historii Disneya PG-13. Ryzyko opłaciło się z nawiązką. Budżet przeznaczono niezwykle umiejętnie - na gaże, ale też na efekty specjalne, które do dziś wytrzymują próbę czasu. Dopracowano scenografię, zadbano o autentyczność - w “Piratach…” niemal wszyscy wydają się śmierdzieć, a za paznokciami mają kilkutygodniowy brud. Efekt końcowy był oszałamiający - 650 milionów dolarów w box office. W 2003 roku lepiej wypadły tylko “Gdzie jest Nemo”, a także nowe odsłony “Matrixa” i “Władcy pierścieni”. Bez trudu udało się pokonać trzeciego “Matrixa”, drugich “X-Men”, a nawet trzeciego “Terminatora”. Sukces nie kończył się jednak na kasie biletowej.
Film otrzymał aż pięć nominacji do Oscara, w tym dla Deppa za męską rolę pierwszoplanową. Ostatecznie nie udało się zdobyć żadnej statuetki - Deppa pokonał Sean Penn za oszałamiającą “Rzekę tajemnic”, a w kategoriach technicznych pokaz siły dał “Władca pierścieni”. Ale “Piraci…” niewątpliwie zostali zauważeni, co pozwoliło rozwinąć żagle i ruszyć w stronę kontynuacji. Te ukazały się dość szybko: “Skrzynia umarlaka” w 2006, a “Na krańcu świata” w 2007. Oba były jeszcze większymi perełkami umiejętnego użycia CGI (cudowny, cudowny Davy Jones!), ale też przebojami kasowymi - “Skrzynia…” przekroczyła miliard w box office, co wtedy było trzecim wynikiem w historii (obecnie 45., ale trudno ówczesny miliard zestawić ze świeżym rezultatem “Barbie” czy “Deadpoola i Wolverine’a”). Udało się finansowo, udało się artystycznie.
Kryzys nadszedł dopiero przy czwartej części. Już bez Verbinskiego na pokładzie, bo chociaż reżyserowi anulowano upragnionego “BioShocka”, to był odpowiedzialny za “Rango”. Stery przejął więc Rob Marshall i film ponownie rozbił bank, ale stanowił dzieło o znacznie niższej jakości. Fabuła oparta na książce Powersa nie zdała egzaminu, była zbyt prostacka, a brak kilku ikonicznych postaci okazał się zbyt odczuwalny.
W 2017 roku pojawiła się równie kiepska i jeszcze gorzej zarabiająca “Zemsta Salazara”, za którą ponownie nie odpowiadał Verbinski. Po “Rango”, “Samotnym jeźdźcu” ” i “Lekarstwie na życie” wziął dłuższą przerwę. Dopiero po dziewięciu latach wypuścił swój nowy film - “Baw się dobrze i przeżyj”. Trudno o lepsze podsumowanie twórczości reżysera stojącego za serią, która rozkochała w kinie miliony dzieciaków na całym świecie.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych