The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Znów wróciłem do Breath of the Wild i... Dostrzegam jeszcze więcej!

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 14:00

Wystarczy kilka minut w Hyrule, żeby przypomnieć sobie, dlaczego ta gra tak mocno namieszała w branży. Ale powrót po czasie działa tu inaczej niż przy wielu innych wielkich tytułach. To już nie jest efekt pierwszego olśnienia samą skalą świata czy poczuciem wolności. Bardziej chodzi o to ciche, narastające wrażenie, że pod znaną powierzchnią wciąż kryje się coś, czego wcześniej zwyczajnie się nie dostrzegało.

Z Breath of the Wild mam dziś właśnie taką relację. Wracam do gry, którą teoretycznie dobrze znam, a mimo to co chwilę łapię się na tym, że patrzę na nią z nowym uznaniem. Raz przez sposób, w jaki prowadzi eksplorację bez nachalnych znaczników, innym razem przez detale rozsiane po świecie albo przez to, jak naturalnie wszystko łączy się w jedną, niezwykle przemyślaną przygodę.

Dalsza część tekstu pod wideo

W ogóle… 

Breath of the Wild to gra, która w momencie premiery zrobiła coś, co udaje się bardzo rzadko - nie tylko zachwyciła jako kolejna odsłona wielkiej serii, ale realnie zmieniła (i nie bójmy się użyć tego słowa) sposób myślenia o otwartych światach. Nintendo postawiło tu na swobodę w najczystszej formie. Zamiast prowadzić gracza za rękę, oddało mu przestrzeń i pozwoliło samemu decydować, gdzie iść, co odkrywać i w jakim tempie budować własną przygodę.

Hyrule w tej wersji nie jest po prostu dużą mapą wypełnioną aktywnościami. To bardziej świat, który zachęca do ciekawości. Wspinaczka na odległe szczyty, szybowanie nad dolinami, eksperymentowanie z pogodą, żywiołami i fizyką - wszystko to sprawia, że eksploracja sama w sobie staje się nagrodą. Gra lubi subtelnie sugerować, że za następnym wzgórzem może czekać coś wartego uwagi.

Ogromną siłą pozostaje też ton opowieści. To Zelda bardziej melancholijna, wyciszona, momentami wręcz samotna. Historia upadłego królestwa i bohatera budzącego się po latach w świecie, który już dawno nauczył się żyć bez niego, nadaje całej przygodzie wyjątkowy charakter. Breath of the Wild działa więc nie tylko jako gra o eksploracji, ale też jako bardzo konsekwentnie zbudowany nastrój.

I w szczególe! 

A przy kolejnym powrocie do Hyrule najmocniej uderzają mnie właśnie detale. Nie te wielkie, łatwo zauważalne elementy, ale drobiazgi - układ ruin, sposób, w jaki ścieżki prowadzą wzrok ku ciekawym punktom, małe scenki rozgrywające się gdzieś na uboczu. Dopiero po czasie widać, jak świadomie ten świat został zaprojektowany i jak wiele rzeczy działa tu bez słów.

Zaczynam też inaczej patrzeć na miejsca i misje, które kiedyś traktowałem bardziej „po drodze”. Niektóre lokacje, do których wcześniej wpadałem na chwilę, dziś wydają się znacznie bogatsze w kontekście klimatu czy “feelingu”. Podobnie jest z zadaniami - wcześniej były częścią większego marszu przez świat, a teraz częściej zatrzymuję się przy nich na dłużej, bo widzę, ile charakteru potrafią dodać konkretnym regionom i mieszkańcom.

Dużo większą frajdę daje mi też samo eksperymentowanie. Przy pierwszym przejściu człowiek często skupia się na tym, by „iść dalej”, odhaczać kolejne cele i pchać fabułę naprzód. Teraz częściej sprawdzam nowe sposoby walki, kombinuję z fizyką, bawię się otoczeniem, próbuję rozwiązywać sytuacje inaczej niż wcześniej. I właśnie wtedy najlepiej widać, jak bardzo ta gra została zbudowana wokół pomysłu, że systemy mają się ze sobą zderzać i tworzyć własne historie. Tu nigdy nie ma tylko jednego sposobu na progres. 

Najciekawsze jest chyba to, że ten powrót nie działa wyłącznie na zasadzie nostalgii. To nie jest „ach, pamiętam, było fajnie”. Bardziej chodzi o rosnące uznanie dla rzeczy, których wcześniej zwyczajnie się nie doceniało. Breath of the Wild przy kolejnym podejściu nie traci ani krzty swojej magii - ono odsłania kolejne warstwy. I może właśnie dlatego tak łatwo znów zniknąć w Hyrule na długie godziny.

Ah ta Zelda

Powrót do Breath of the Wild po latach tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie był to jednorazowy zachwyt wywołany premierową. To gra, która naprawdę wytrzymuje próbę czasu, bo jej siła nie opiera się wyłącznie na skali czy efekcie pierwszego kontaktu. Największe wrażenie robi dziś to, jak spójnie wszystko zostało tu zaprojektowane - od eksploracji, przez fizykę, aż po sam rytm odkrywania świata.

I może właśnie dlatego tak łatwo znowu wpaść w ten świat po uszy. Nie po to, by tylko „zaliczyć powrót”, ale by jeszcze raz sprawdzić, ile ta przygoda ma do zaoferowania. A okazuje się, że naprawdę dużo - czasem nawet więcej niż za pierwszym razem, gdy część rzeczy zwyczajnie umykała w zachwycie nad samym rozmachem.

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper