Graliśmy w Monster Hunter Stories 3. To będzie najpiękniejsza historia w uniwersum

Graliśmy w Monster Hunter Stories 3. To będzie najpiękniejsza historia w uniwersum

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 20:03

Miliony graczy czekają na nową część serii Resident Evil, szeroka publika ekscytuje się świeżym IP w postaci Pragmaty, a ja… wsiąkłem na dobre w Monster Hunter Stories 3. I mogę napisać jedno: Capcom trzyma w rękach kolejny potencjalny hit.

W zeszłym tygodniu wydawca zaprosił graczy do sprawdzenia Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection w ramach krótkiej wersji demonstracyjnej. Wiedziałem, że w pierwszej wolnej chwili sprawdzę przygodę, bo uwielbiam to uniwersum i jego bardziej fabularne, „opowieściowe” oblicze. Nie spodziewałem się jednak, że sytuacja rozwinie się w taką stronę. Ostatecznie otrzymaliśmy dostęp do pełnej wersji produkcji, dzięki czemu mogłem spędzić z nią znacznie więcej czasu i wyłapać sporo detali, które w demie po prostu mogłyby umknąć.

Dalsza część tekstu pod wideo

Od tamtej pory w zasadzie codziennie wracałem do Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection, żeby wyrobić sobie możliwie pełny obraz tego projektu. To wciąż nie jest finalna recenzja, ale już teraz mogę powiedzieć jedno: skala świata, ambicja narracyjna i jakość oprawy wizualnej robią ogromne wrażenie. Jeśli Capcom utrzyma ten poziom do końca historii, 2026 rok może być dla firmy wyjątkowo mocny.

Bardziej ambitna historia

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - Leo i Ratha
resize icon

Pierwsze, co rzuca się w oczy po włączeniu Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection, to nie tylko piękna grafika. Twórcy w trzeciej odsłonie wyraźnie celują w ciekawszą i bardziej ambitną historię... taką, która nie kręci się wyłącznie wokół łowców i jeźdźców, ale próbuje opowiedzieć coś większego o samym świecie i jego ranach. Już na starcie na pierwszy plan wychodzi królestwo Azurii, spustoszone przez krystalizację - tajemnicze zjawisko, które mineralizuje grunt i zamienia dosłownie wszystko w kryształ. Drzewa, jaskinie, zwierzęta, a nawet bestie kamienieją w oczach mieszkańców, więc kolejne grupy próbują zrozumieć naturę tej „zarazy” i znaleźć sposób, by ją powstrzymać.

Jedną z kluczowych postaci jest Leo - książę Azurii, który na początku swojej drogi dostaje pod opiekę wyjątkowe stworzenie. Z jednego jaja wykluwają się dwa Rathalosy - bestie uznawane dotąd za wymarłe. Jeden z nich tworzy więź z protagonistą i to właśnie Ratha staje się przyjacielem-bestią gracza. Szybko jednak okazuje się, że narodziny dwóch tak potężnych istot w tym samym momencie traktowane są jak zwiastun wojny. Dwieście lat temu dwa sąsiadujące królestwa starły się w krwawej bitwie, a teraz legendy wracają jak bumerang: Rathalosy znów mają być omenem zniszczenia... i wystarczy kilka spojrzeń wrogów, by poczuć, że ta historia naprawdę może pójść w bardzo niebezpiecznym kierunku.

Leo nie ma jednak czasu, by zbyt długo roztrząsać znaczenie tego „znaku”. I choć nie chcę wchodzić w szczegóły tego, co dzieje się z drugą latającą wiwerną, wystarczy powiedzieć, że ostatecznie w Azurii zostaje tylko jeden Rathalos. To właśnie on nawiązuje więź z Leo i w tym momencie historia nabiera tempa - bo zamiast klasycznej przygodówki „od wioski do wioski” dostajemy opowieść, która już w pierwszych godzinach zaskakująco mocno skręca w stronę politycznego dramatu.

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - Księżniczka
resize icon

Sytuacja szybko się komplikuje, bo na horyzoncie pojawia się sąsiadujące królestwo Vermeil. Vermeil nie tylko szykuje się do wojny, ale - co brzmi jeszcze groźniej - ma ku temu bardzo „przyziemny” powód. Leo jako książę Azurii zostaje poproszony przez ojca o udział w audiencji i... właśnie tam robi się naprawdę gęsto. Okazuje się, że ziemie na południe od Azurii są dosłownie niszczone przez Wtargnięcie Kryształu - krystalizacja pożera kolejne obszary, warunki życia stają się coraz bardziej ekstremalne, a Vermeil zaczyna patrzeć na Azurię nie jak na sąsiada, tylko jak na ostatnią deskę ratunku. W praktyce: jeśli nie zdobędą nowych terenów, mogą po prostu nie przetrwać.

I wtedy padają propozycje, które zmieniają ton całej opowieści. Zebrani próbują negocjować, szukać wyjścia, ugrać coś dla siebie, ale nagle na scenę wchodzi Eleanora (księżniczka Vermeil) i wpada na pomysł, który... powiedzmy, że brzmi jak coś, co może jednocześnie uratować tysiące istnień i rozpętać piekło. Nie chcę wchodzić w spoilery, ale muszę podkreślić jedno: fabuła Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection od pierwszych minut jest zaskakująco rozbudowana, dynamiczna i po prostu wciągająca. Poprzednie części potrafiły opowiadać ciekawe historie, jasne, ale tutaj Capcom wyraźnie podbija stawkę... i robi to nie tanim twistem, tylko konfliktem, który ma ciężar, konsekwencje i realnie napędza tę podróż.

Intryga, wojna i stróżowie

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - jajeczka
resize icon

Już w pierwszych godzinach fabuła Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection wypada wyraźnie ciekawiej niż w poprzednich odsłonach tego „opowieściowego” odłamu... i to głównie dlatego, że tutaj naprawdę trudno wskazać palcem, kto jest tym jednoznacznie złym. Dwieście lat temu ten świat przeorała ogromna bitwa, po której niedobitki zawarły przymierze, a z chaosu narodziły się dwa osobne królestwa. Teraz wszystko może runąć, bo tajemnicza krystalizacja dosłownie miażdży ekosystem i wypycha ludzi w stronę decyzji, których normalnie nikt nie chciałby nawet rozważać. W tym całym napięciu kluczową rolę odgrywa król oraz matka głównego bohatera... i szczerze? Na starcie trudno mi powiedzieć, kto z nich bardziej potrafi zaskoczyć. Intryga jest tu szyta grubymi nićmi, ale jednocześnie działa, bo każda kolejna scena dokłada nowy kontekst i odsłania fakty, które ustawiają wydarzenia w zupełnie innym świetle.

Capcom bardzo sprytnie rozegrał też strukturę rozdziałów. W kluczowych momentach dostajemy komunikat, czy na pewno chcemy kontynuować opowieść - niby drobiazg, a w praktyce działa jak wyraźny „oddech” przed czymś większym. To sygnał, że zaraz wjedzie mocniejszy filmik, ważna sekwencja albo fragment, który może mieć konsekwencje, więc warto się mentalnie przestawić, ale też... zwyczajnie przygotować. W takich chwilach aż prosi się, żeby uzupełnić zapasy: dokupić leczenie, dopiąć mikstury, dopracować ekwipunek, a czasami nawet przekuć pancerz, bo gra potrafi zaskoczyć nie tylko fabularnie, ale też tempem tego, co zaraz wrzuci na ekran.

W Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection od samego początku czuć też przyjemną swobodę w „codzienności” - nie jesteśmy skazani wyłącznie na pędzenie za głównym wątkiem. Korzystamy z wierzchowca, ale równie często po prostu biegamy po zamku i okolicach, zaglądamy do kolejnych miejsc, ulepszamy wyposażenie, kupujemy nowe bronie i pancerze, a przy okazji ogarniamy drobne przygotowania przed kolejnym krokiem w historii. Z doświadczenia wiem, że części potworów nigdy za wiele, więc serio zachęcam do regularnego wychodzenia poza mury Azurii i „obijania” okolicznych bestii - nawet jeśli to wygląda jak mała rzecz, później procentuje szybciej, niż się wydaje, zwłaszcza gdy gra zacznie podkręcać tempo i wymagać od nas konkretniejszego przygotowania.

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - latanie
resize icon

Capcom przez lata bardzo konsekwentnie budował relację łowców w świecie Monster Huntera. Później dowiedzieliśmy się więcej o roli jeźdźców, a Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection dorzuca do tej układanki kolejną perspektywę: stróżów. I to jest fajne odświeżenie, bo przy skali zagrożenia, jaką niesie krystalizacja, nagle liczy się już nie tylko „kto ubije większą bestię”, ale też kto zdoła ocalić to, co jeszcze da się uratować. Jednym z takich ludzi jest Leo - świat gry jest tak bardzo niszczony przez mineralizację, że azuryjski legion jeźdźców został wyszkolony właśnie po to, by chronić zagrożone gatunki, zanim znikną na zawsze.

W praktyce przekłada się to na bardzo czytelny zwrot w podejściu do rozgrywki i samej motywacji bohatera. Gracz wciąż szuka kolejnych jaj, żeby wykluć nowych wojowników-pomocników, ale nie jest to już wyłącznie „polowanie na najlepszy skład” i kolejna lista do odhaczenia. Teraz ten element ma konkretny kontekst: opiekę nad zagrożonymi istotami, dbanie o ich bezpieczeństwo i budowanie czegoś w rodzaju ostatniej linii obrony przed krystalizacją. Dzięki temu mechanika zbierania i rozwijania potworów dostaje fabularny ciężar, a całość mniej przypomina klasyczne „łap i rośnij”, a bardziej misję ratunkową w świecie, który dosłownie kruszy się w rękach.

Leo jest w tym wszystkim kluczowy, bo pełni rolę przywódcy stróżów - i to nie jest tylko tytuł wrzucony do dialogów. Jego zadaniem jest szkolenie młodego pokolenia, więc fabuła naturalnie prowadzi nas przez badanie zjawiska, poszukiwanie nowych okazów i konfrontowanie się z konsekwencjami krystalizacji na kolejnych obszarach. Ten wątek wypada zaskakująco „konkretnie”: nie jest jedynie tłem do kolejnych wypraw, tylko faktycznie spina to, co robimy, z tym, po co to robimy. I właśnie dlatego ta perspektywa stróżów działa tak dobrze - bo nawet proste czynności zyskują sens, a historia ma wrażenie bardziej dojrzałej i przemyślanej niż w poprzednich częściach.

Walka, zespół i eksploracja

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - walka
resize icon

Leo od samego początku Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection może korzystać z wierzchowca - Ratha nie tylko skacze i szybuje, ale dzięki prądom powietrznym potrafi też pokonywać większe odległości i szybko „przerzucać” nas między punktami na mapie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że przy eksploracji krainy niezbędne jest również wybieranie i dosiadanie innych bestii, bo każda z nich wnosi coś praktycznego: jedne wspinają się po skałach, inne pływają, a jeszcze inne po prostu je kruszą. To z kolei bezpośrednio przekłada się na odkrywanie świata - łatwiej docierać do ukrytych przejść, wyciągać skarby z niedostępnych miejsc i „czyścić” teren z przeszkód, które normalnie zatrzymałyby nas na dobre. W grze ponownie nie zabrakło też legowisk, gdzie możemy szukać kolejnych jaj, ale warto zwracać uwagę na porę dnia, bo nocą bestie są wyraźnie agresywniejsze. Sytuacja robi się szczególnie kłopotliwa w momencie, gdy uświadomimy sobie, że jaja zagrożonych gatunków są praktycznie zawsze pilnowane przez inwazyjne (czyli po prostu potężniejsze) potwory. Chcesz zgarnąć nagrodę? No to przygotuj się na naprawdę mocny test.

W Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection znalazło się oczywiście miejsce na gotowanie, żeby lepiej przygotowywać się do kolejnych misji, na zadania poboczne, a także na szybką podróż realizowaną za sprawą kotowózków. To wszystko działa jak sprawdzony zestaw narzędzi, który fajnie domyka pętlę gry: wypadasz w teren, zbierasz surowce, wracasz, dopinasz ekwipunek i ruszasz dalej. Mimo tego trzonem doświadczenia są (jak zawsze) walki. I tu dochodzimy do najciekawszego: z jednej strony to system bardzo znajomy, a z drugiej... zaskakująco odświeżony, bo czuć, że twórcy próbują przesunąć akcenty i dołożyć kilka ważnych „warstw” do tego, co już znamy.

Pojedynki w Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection ponownie korzystają z założeń papier-kamień-nożyce: moc wygrywa z techniką, technika radzi sobie z szybkością, a szybkość z mocą... teoretycznie proste. Tyle że tym razem kluczowa okazuje się współpraca na linii człowiek-bestia i to ona robi największą różnicę w praktyce. Znacznie ważniejsze staje się celowanie w konkretne miejsca przeciwnika: czasami opłaca się skupić na ogonie, żeby go odciąć, wyraźnie osłabić potwora i „przełamać” tempo jego ataków. Innym razem naturalnym celem jest głowa - zwłaszcza gdy właśnie tam widać tajemniczą krystalizację, która wpływa na zachowanie bestii i potrafi dorzucić jej dodatkowe, nieprzyjemne ruchy. Dzięki temu starcia są mniej „odklepywaniem schematu”, a bardziej świadomym rozbijaniem potwora na elementy: obserwujesz, reagujesz, wybierasz priorytety i dopiero z tego budujesz przewagę, zamiast liczyć wyłącznie na samą przewagę typu ataku.

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - Koleżkot
resize icon

Różne miejsca na ciele stworów inaczej reagują na „zabawki” głównego bohatera, więc w trakcie walki stale trzeba żonglować bronią - a do tego dochodzi jeszcze świadoma wymiana naszego partnera. Obok Leo zawsze znajduje się jego jeden zwierzak, ale gracz może decydować, w którego przeciwnika uderzy nie tylko człowiek, lecz także bestia. Kluczowe staje się przewidywanie ruchów wrogów i zgrywanie akcji w czasie: przywołujesz partnera z odpowiednim typem ataku, ustawiasz tempo i właśnie wtedy otwierasz drogę do ataków podwójnych. Człowiek i bestia wspólnie wchodzą w akcję, zadają mocniejsze obrażenia, a przy okazji potrafią wytrącić przeciwnika z równowagi... i to jest ten moment, kiedy czuć, że system nie opiera się wyłącznie na „papier–kamień–nożyce”, tylko na planowaniu kilku ruchów do przodu.

Gracz musi cały czas zerkać na status pojedynku - linie ataku, statystyki, podatności na żywioły, skuteczność różnych uderzeń... i jest tego naprawdę sporo. Sytuacja robi się o tyle kłopotliwa, że duet korzysta z jednego zestawu trzech serc: gdy zdrowie spadnie do zera, dostajemy dwie dodatkowe szanse, zanim gra każe nam powtarzać starcie od początku. Na szczęście HP regeneruje się po walce. I piszę „na szczęście” nie bez powodu, bo dość dotkliwie przekonałem się, że Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection potrafi momentami zaskakująco wymęczyć. W niektórych pojedynkach odpowiednie czytanie przeciwnika jest absolutnie niezbędne, a to nie zawsze jest proste - stwory potrafią wielokrotnie transformować się w trakcie jednego starcia, co zmienia ich zachowanie, rytm i kolejne sekwencje ataków.

Na szczęście nie jesteśmy bezbronni. Każda bestia ma „wskaźnik wiwerducha”, a jego zniszczenie - przy wykorzystaniu odpowiednich ataków i celowania w konkretne miejsca - potrafi dać nam ogromną przewagę. Przeciwnik może dosłownie runąć na ziemię, co otwiera okno na mocną serię i pozwala bezkarnie wylać na niego kombinację. W takiej sytuacji można też odpalić efektowny i skuteczny szturm synchroniczny: to widowiskowy atak duetu człowiek + bestia, dzięki któremu nie tylko konkretnie osłabiamy wroga, ale jednocześnie podbijamy wskaźnik więzi. A ten z kolei prowadzi do kolejnego, bardzo ważnego ruchu - jazdy w trakcie walki. Leo bez problemu wskakuje na przykład na Rathę i z tej pozycji wyprowadza następne potężne ataki, co w praktyce daje przyjemne poczucie „drugiego biegu” w starciu, kiedy wszystko zaczyna się układać po twojej myśli.

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - dobrze wysmażony stek
resize icon

Podczas pojedynków warto skupiać się na konkretnych punktach na ciele przeciwników - niszcząc na przykład ogon, możesz zyskać realną przewagę i „odkroić” bestii część arsenału. Jednocześnie cały czas trzeba czytać zachowanie oponentów, bo niektóre nasze zagrania potrafią odpalić u zdziczałych, inwazyjnych stworów bardzo groźne kontry - a te często karzą mocniej, niż się spodziewasz.

I właśnie dlatego walka w Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection jest dla mnie sporym, bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Z jednej strony nadal dostajemy turowe starcia oparte na znanym szkielecie, z drugiej - Capcom wyraźnie podkręcił system, żeby nie dało się go „przeklikać” na autopilocie. Już w pierwszych godzinach zostałem przyjemnie zaskoczony poziomem trudności: w wielu pojedynkach trzeba naprawdę patrzeć na działania wrogów, reagować na ich zmiany i planować ruchy z wyprzedzeniem, bo tutaj nie ma miejsca na bezmyślne wciskanie jednego przycisku.

Prawdziwa nowa generacja?

Monster Hunter Stories 3 - graliśmy - playtest - zbieramy jajka
resize icon

Bardzo dobrze pamiętam moment, w którym odpaliłem Monster Hunter Stories 2 z „Jedynką” w głowie... i jak mocno uderzyła mnie wtedy różnica w oprawie. Przeskok między pierwszą a drugą odsłoną był wręcz szokujący: nagle ten „spin-offowy” Monster Hunter zaczął wyglądać jak pełnoprawne, wysokobudżetowe anime, z własnym charakterem i rozmachem. Szczerze nie spodziewałem się, że Monster Hunter Stories 3 jeszcze podbije poprzeczkę, a jednak już pierwsze minuty pokazują, że Capcom znowu zrobił bardzo duży krok do przodu.

Na pierwszy plan wybija się przede wszystkim styl - wciąż mocno anime, ale wyraźnie dojrzalszy. Postacie nie są już tak „chibi” jak kiedyś: sylwetki są bardziej proporcjonalne, animacje naturalniejsze, a twarze w zbliżeniach dużo lepiej „pracują” emocjami. Kapitalnie wypada oświetlenie: miękkie światło poranka na stepach, mgliste doliny, jaskinie rozświetlone kryształami - to wszystko wygląda jak ręcznie malowane kadry, które aż proszą się o zatrzymanie ekranu. Do tego potwory: łuski, futro, pancerze i efekty żywiołów mają świetną czytelność, a jednocześnie czuć w nich „wagę” i detal, który robi różnicę w ruchu.

Pod względem płynności Monster Hunter Stories 3 na PS5 Pro to dla mnie naprawdę bardzo przyjemna niespodzianka. W trybie wydajności gra śmiga w widełkach około 100-120 klatek na sekundę i robi to ogromne wrażenie. Animacje są ultra-płynne, kamera nadąża bez wysiłku, a każdy obrót, skok i atak potwora wygląda po prostu satysfakcjonująco. 

Jest dobrze?

I mógłbym tak pisać jeszcze długo - o kolejnych systemach, potworach, zwrotach akcji - ale prawda jest taka, że w tym momencie znacznie bardziej kusi mnie odłożenie klawiatury i ponowne chwycenie za kontroler. Przede mną wciąż kilkanaście godzin przygody w Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection, a to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę dziś wystawić. Już teraz jest po prostu dobrze... i to dobrze w sposób, który wynika z fundamentów, a nie jednorazowego efektu „wow”.

Capcom zaskoczył mnie przede wszystkim historią - dojrzalszą, bardziej polityczną i pełną niejednoznacznych motywów. Do tego dorzucił wyraźnie bardziej złożone pojedynki, które wymagają myślenia i reagowania na zmieniające się sytuacje, a nie tylko bezrefleksyjnego klikania. Całość napędza piękna, kolorowa oprawa i świetna płynność, które sprawiają, że chce się w tym świecie po prostu przebywać.

Jeśli scenariusz utrzyma tempo, a poziom trudności dalej będzie tak konsekwentnie podkręcany, Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection ma wszystko, by stać się jedną z dużych niespodzianek 2026 roku. Wielu graczy zapewne liczyło na solidną produkcję. Ale na wielki hit? W to wierzyli chyba tylko najwięksi fani serii. I wygląda na to, że mogli mieć rację.

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper