Czy 2026 to faktycznie rok Linuksa? Omówmy największe zalety i przewagi pingwina nad znienawidzonym Windowsem

Czy 2026 to faktycznie rok Linuksa? Omówmy największe zalety i przewagi pingwina nad znienawidzonym Windowsem

Maciej Zabłocki | Wczoraj, 21:30

Fraza „Rok Linuksa” stała się w branżowym dyskursie czymś na kształt językowego natręctwa - powtarzanym z uporem godnym lepszej sprawy, a zazwyczaj pozbawionym pokrycia w rzeczywistości. Jednakże, gdy odłożymy na bok życzeniowe myślenie entuzjastów i pochylimy się nad suchymi danymi, dostrzeżemy istotne przesunięcie w układzie sił. Według ostatnich ankiet sprzętowych platformy Steam, udział systemów linuksowych w gamingu przekroczył psychologiczną barierę, depcząc po piętach macOS. Nie stało się to za sprawą nagłego oświecenia użytkowników, lecz dzięki pragmatyce - spopularyzowaniu Steam Decka i organicznemu wzrostowi świadomości, że system operacyjny ma służyć człowiekowi, a nie odwrotnie. Przestańmy więc wieszczyć rewolucję, a zacznijmy analizować ewolucję, która właśnie dokonuje się na naszych oczach.

Jeszcze w 2020 roku, według agregatora danych StatCounter, obecność Linuksa na komputerach osobistych wynosiła zaledwie 1,7 procenta globalnego rynku. To była nisza dla cyfrowych pustelników. Przeskakujemy teraz do przełomu lat 2024 i 2025, a tu słupki przebijają 4,5 procenta. Sceptyk powie, że to wciąż margines. Ale matematyk dostrzeże tu ponad dwukrotny wzrost bazy użytkowników w zaledwie pięć lat - w skostniałym świecie systemów operacyjnych jest to dynamika wręcz rewolucyjna, oznaczająca miliony nowych migracji. Co więcej, w świecie profesjonalnym Windows został już dawno zepchnięty do narożnika. Spójrzmy na listę TOP500 - ranking pięciuset najpotężniejszych superkomputerów na kuli ziemskiej. Ile z nich pracuje pod kontrolą „okienek”? Zero. Dokładnie sto procent tej listy to maszyny linuksowe. Od serwerów obsługujących giełdę na Wall Street, przez Międzynarodową Stację Kosmiczną, aż po marsjański helikopter Ingenuity - wszędzie tam, gdzie liczy się niezawodność, a błąd oznacza katastrofę, ludzkość wybiera Linuksa. Dziś ten system, napędzany sukcesem Steam Decka, zrzucił laboratoryjny fartuch i wszedł do naszych salonów, oferując interfejsy, które ergonomią często przewyższają chaotyczne wizje projektantów z Redmond.

Dalsza część tekstu pod wideo

Gdy przejdziemy do kwestii rozrywki elektronicznej, narracja o „braku gier na Linuksa” musi zostać odesłana do lamusa. To nie są lata dwutysięczne, gdzie uruchomienie gry wymagało doktoratu z kompilacji jądra. Kluczem do zrozumienia obecnej sytuacji jest warstwa kompatybilności Proton. Nie jest to emulacja w potocznym, spowalniającym rozumieniu tego słowa, lecz translacja poleceń w locie. Spójrzmy na twarde dane z serwisu ProtonDB: na dziesięć najpopularniejszych gier na Steam, zazwyczaj osiem lub dziewięć działa bez najmniejszych problemów (status Gold lub Platinum). Co więcej, dzięki lżejszej architekturze systemu i wydajnemu API Vulkan, gry takie jak Cyberpunk 2077 czy Elden Ring potrafią na tym samym sprzęcie generować stabilniejszą liczbę klatek na sekundę pod Linuksem niż pod Windowsem, który w tle zajęty jest analizowaniem naszych zachowań. To jest konkret, z którym trudno polemizować - Linux stał się pełnoprawną platformą gamingową. Ale do tego jeszcze przejdziemy. 

Anatomia systemu i parametry krytyczne

Linux_wyglad systemu
resize icon

Nie interesują nas w tym miejscu obietnice z kolorowych ulotek, lecz surowe „trzewia”, które determinują kulturę pracy maszyny. Gdy zajrzymy pod maskę, dostrzeżemy zderzenie dwóch, niemożliwych do pogodzenia filozofii inżynierii oprogramowania.

Różnica fundamentalna nie leży w estetyce ikonek, lecz w samej geologii kodu - w architekturze jądra. Windows, dźwigający garb hybrydowego jądra NT, jest zakładnikiem własnej historii. Aby zachować kompatybilność z aplikacjami napisanymi jeszcze za czasów Billa Clintona, system ten musi utrzymywać gigantyczny narzut bibliotek legacy. To dlatego „czysty” Windows 11 tuż po starcie bezceremonialnie anektuje od 3,5 do 5 gigabajtów pamięci RAM. Nie jest to pamięć wykorzystywana produktywnie tylko haracz płacony za usługi takie jak SysMain czy procesy telemetryczne „Connected User Experiences”, które w tle mielą nasze dane. W kontraście stoi Linux z jądrem monolitycznym, gdzie zbędne moduły po prostu nie są ładowane. Nowoczesne środowisko graficzne, takie jak KDE Plasma, na starcie zadowala się skromnymi 800 megabajtami pamięci. To przepaść dowodząca, że w Redmond optymalizację zastąpiono dokupowaniem kości RAM przez klienta.

Jeszcze brutalniej różnice te obnaża sposób zarządzania danymi. System plików NTFS, serce Windowsa, to technologiczny relikt lat 90., dławiący się przy operacjach na tysiącach małych plików z powodu archaicznej struktury tablicy MFT (czyli Master File Table). Linux, operujący na systemach EXT4 czy nowatorskim Btrfs (z mechanizmem Copy-on-Write), oferuje strukturę niemal bezobsługową. Ale kluczowa różnica, o której rzadko się mówi, dotyczy aktualizacji. Dlaczego Windows zmusza cię do restartu, a Linux nie? To kwestia obsługi plików. Windows blokuje plik, gdy jest używany (słynne "File in use"), więc nie może podmienić biblioteki systemowej, póki ta działa. Linux operuje na i-węzłach (inodes) - potrafi usunąć plik z katalogu, podczas gdy proces nadal trzyma go w pamięci, i w tym samym momencie zapisać nową wersję. Dzięki temu aktualizujemy system w tle, pracując dalej, a restart wykonamy tylko wtedy, gdy wymienimy serce systemu, tzw. jądro. 

Współczesna debata o systemach nie może pominąć również kwestii prywatności i sztucznej inteligencji, gdzie rozjazd filozoficzny jest najszerszy. Windows 11 w obecnej inkarnacji przypomina luksusowy hotel, w którym w każdym pokoju, za lustrem weneckim, zamontowano kamerę. Funkcje takie jak „Recall” (wykonująca zrzuty ekranu twojej aktywności co kilka sekund) czy procesy AI zintegrowane z powłoką systemu, zamieniają komputer osobisty w terminal szpiegowski. Menu Start przestało być indeksem narzędzi, a stało się słupem ogłoszeniowym serwującym reklamy. Linux w tej konfrontacji pozostaje surową, ale uczciwą twierdzą. Tutaj sztuczna inteligencja jest narzędziem, a nie nadzorcą. Dzięki architekturze pozwalającej na lokalne uruchamianie modeli językowych (przez narzędzia typu Ollama wykorzystujące NPU), użytkownik zyskuje pełną moc AI, nie wysyłając przy tym ani jednego pakietu danych do chmury. To definicja cyfrowej suwerenności: na Linuksie technologia służy tobie, na Windowsie to ty jesteś paliwem, którym zasilana jest sztuczna inteligencja korporacji.

Matematyka kompatybilności i koniec mitologii

Linux Gaming
resize icon

Narracja o gamingowej impotencji „pingwina” przez lata pełniła rolę straszaka, skutecznie trzymającym graczy w ekosystemie Microsoftu. Dziś jednak ten argument stracił technologiczną rację bytu. Kluczem do tej zmiany nie jest żadna „magia”, lecz rozwój kompilacji istniejącej pod nazwą Proton. Należy to doprecyzować: nie mamy tu do czynienia z ociężałą emulacją wirtualizującą cały system, która pożera zasoby. Proton to wysoce wydajny wrapper, wykorzystujący biblioteki DXVK (dla DirectX 9, 10 i 11) oraz VKD3D-Proton (dla DirectX 12). Co one robią? Tłumaczą instrukcje graficzne Microsoftu na otwarty, niskopoziomowy interfejs Vulkan w czasie rzeczywistym. Efekt jest taki, że narzut wydajnościowy jest często pomijalny, a w specyficznych przypadkach - jak w grze Elden Ring tuż po premierze - Linux oferował lepszą płynność od Windowsa. Działo się tak dzięki mechanizmowi prekompilowania shaderów (wstępnej kompilacji jednostek cieniujących), który na Steam Decku eliminował tzw. stuttering, będący zmorą użytkowników PC. Statystyka z bazy ProtonDB jest bezlitosna dla sceptyków: na tysiąc najpopularniejszych gier na Steam, ponad 80% działa znakomicie. To oznacza, że klikasz „Graj” i to wszystko (w czym ogromna zasługa Steam Decka). 

Niestety, nie wszystko odpalimy na Linuksie, o czym też musicie wiedzieć. Dużym problemem są systemy Kernel-level Anti-Cheat (zabezpieczenia działające w pierścieniu 0, z najwyższymi uprawnieniami). Tutaj sytuacja jest binarna. Tytuły takie jak Valorant czy League of Legends, wykorzystujące inwazyjny system Vanguard, pozostają fortecami nie do zdobycia. Nie wynika to z ułomności Linuksa, lecz z faktu, że jego architektura nie pozwala zewnętrznemu oprogramowaniu na przejęcie totalnej kontroli nad jądrem systemu - co dla świadomego użytkownika jest zaletą, a nie wadą. Warto jednak zaznaczyć, że to decyzja polityczna, a nie techniczna: systemy takie jak Easy Anti-Cheat czy BattlEye posiadają natywne wsparcie dla Linuksa i Protona. To, czy gra zadziała (jak Apex Legends czy The Finals), zależy wyłącznie od tego, czy deweloper zaznaczył odpowiednią opcję przy kompilacji gry.

W tym krajobrazie nastąpił też zwrot akcji w relacjach z firmą NVIDIA. Pamiętamy czasy, gdy Linus Torvalds publicznie pokazywał tej korporacji środkowy palec za brak wsparcia. To już historia. W 2024 roku, wraz z wydaniem sterowników z serii 555 i nowszych, NVIDIA wprowadziła pełne wsparcie dla mechanizmu Explicit Sync w protokole Wayland. Co to oznacza dla gracza? Koniec z migotaniem ekranu, pełna obsługa G-Sync i wydajność tożsama z tą na Windowsie. Do tego dochodzi chmura. Usługa GeForce NOW na Linuksie (obsługiwana oficjalnie przez przeglądarki oparte na Chromium z akceleracją sprzętową) pozwala na streaming w 120 klatkach na sekundę, wykorzystując kodek AV1. To sprawia, że nawet na biurowym laptopie z Ubuntu można ogrywać Cyberpunka 2077 z włączonym path-tracingiem, omijając lokalne ograniczenia sprzętowe. 

Gaming Linux_2
resize icon

Aby jednak zrozumieć fenomen grania na „pingwinie”, musimy porzucić fetyszyzację średniej liczby klatek na sekundę i spojrzeć tam, gdzie boli najbardziej - na parametr „1% low” oraz stabilność czasu wyświetlania klatki (tzw. frametime). To tutaj Linux pokazuje swoje drapieżne oblicze. W grach obciążających procesor, takich jak Cyberpunk 2077 czy Hogwarts Legacy, Windows ma tendencję do "dławienia się" własną otyłością - nagłe skoki aktywności usług tła powodują mikroprzycięcia (stuttering). Linux, dzięki genialnemu zarządcy procesów (schedulerom takim jak EEVDF czy sched-ext w jądrze 6.11+), gwarantuje niemal chirurgiczną precyzję przydziału mocy. W testach na platformach z procesorami Ryzen, tytuły oparte na silniku Vulkan - na przykład Doom Eternal - potrafią na Linuksie generować wykres klatek płaski jak stół, podczas gdy na Windowsie przypomina on EKG pacjenta z arytmią. Grając w strzelanki, gdzie liczą się milisekundy, ta „płynność percepcyjna” jest ważniejsza niż to, czy licznik pokazuje 140 czy 145 FPS.

Jeszcze ciekawiej robi się w obozie „Czerwonych”. Jeśli posiadasz kartę graficzną od AMD, Linux nie jest alternatywą, jest upgrade'em. Wynika to z faktu, że otwarte, źródłowe sterowniki graficzne RADV (część projektu Mesa), pisane przez społeczność i inżynierów Valve, często wyprzedzają wydajnościowo oficjalne, korporacyjne sterowniki AMD dla Windowsa. To brzmi jak herezja, ale jest faktem technicznym. Dobrym przykładem jest tutaj Red Dead Redemption 2 uruchomiony przez Protona na sterownikach RADV. Gra potrafiła w wielu scenariuszach renderować obraz szybciej niż na natywnym Windowsie, dzięki agresywniejszym optymalizacjom kompilatora shaderów (ACO), których Microsoft po prostu nie posiada. Do tego dochodzi kwestia VRAM-u: Linux, będąc systemem chudszym o kilka gigabajtów w RAM-ie, zostawia więcej przestrzeni na tekstury gry, co w dobie kart z 8 GB pamięci wideo ratuje przed spadkami płynności wynikającymi z doczytywania danych z dysku. Problemy ze sterownikami NVIDIA (które nadal występują na Linuksie) sprawiają także, że miłośnicy pingwinka po prostu chętniej sięgają po produkty AMD. 

Użytkownik jako właściciel, a nie produkt

Linux_gaming_3
resize icon

Wkraczamy tu na grunt, który dla użytkownika uformowanego przez dekady monopolu Microsoftu, może wydawać się wręcz egzotyczny. Mowa o fundamentalnym paradygmacie własności. W świecie Windowsa mamy do czynienia z cyfrowym feudalizmem, usankcjonowanym przez licencję EULA. Użytkownik, nawet ten z kontem „Administratora”, żyje w iluzji kontroli. W rzeczywistości, w hierarchii uprawnień systemu Windows, nad nim stoją konta systemowe: NT AUTHORITY\SYSTEM oraz niesławny TrustedInstaller. To ten drugi jest faktycznym właścicielem plików systemowych. Próba usunięcia folderu z telemetrią czy odinstalowania usługi Edge kończy się komunikatem o „braku uprawnień”. To nie błąd - to architektura. System traktuje cię jak gościa we własnym domu, nie pozwalając przestawić mebli, bo „gospodarz” (Microsoft) uznał, że tak jest bezpieczniej. Linux odrzuca ten paternalizm. Tutaj konto root (superużytkownik) jest absolutnym władcą krzemu. Jeśli wpiszesz komendę sudo rm -rf --no-preserve-root /, system nie zapyta, czy na pewno wiesz, co robisz, ani nie zasłoni się „ochroną zasobów”. On wykona polecenie i unicestwi sam siebie, bo zakłada, że człowiek jest inteligentniejszy od maszyny. To system dla dorosłych.

Jeszcze drastyczniejsza różnica, przekładająca się bezpośrednio na wydajność (tzw. narzut systemowy), zachodzi w modelu bezpieczeństwa. Windows od lat 90. tkwi w modelu „dzikiego zachodu”: instalacja programu to pobranie pliku .exe z sieci. Ponieważ plik ten może zawierać cokolwiek, system musi utrzymywać potężną machinę policyjną - Windows Defender. Skanowanie w czasie rzeczywistym każdego odczytywanego pliku generuje gigantyczne obciążenie operacji I/O (wejścia/wyjścia). To dlatego stare laptopy „mulą” na Windowsie. Linux rozwiązuje to strukturalnie, a nie programowo. Po pierwsze: bit wykonywalności. W systemach linuksowych plik pobrany z sieci jest domyślnie sterylny - nie można go uruchomić, dopóki użytkownik świadomie nie nada mu atrybutu +x (executable). Wirus nie uruchomi się sam.

Po drugie: Repozytoria. Instalacja oprogramowania w dystrybucjach takich jak Fedora, Arch czy Debian nie polega na szukaniu instalatorów w Google, lecz na pobieraniu pakietów z centralnych, cyfrowo podpisanych kluczami GPG serwerów (magazynów). System weryfikuje sumę kontrolną pakietu przed instalacją. To łańcuch zaufania, który eliminuje konieczność posiadania antywirusa działającego w tle. Dodatkowo, nowoczesne formaty dystrybucji, takie jak Flatpak, wprowadzają obligatoryjny „sandboxing” (tzw. piaskownicę). Aplikacja, np. Spotify czy Discord, widzi tylko to, na co jej pozwolisz i jest odizolowana od reszty systemu. To nie jest dziurawa ochrona, tylko bezpieczeństwo wynikające z konstrukcji. Windows próbuje leczyć chorobę (wirusy), którą sam wyhodował swoją otwartością na niezweryfikowany kod. Linux po prostu nie wpuszcza pacjenta na oddział bez przepustki.

Pragmatyzm zwycięża

Czy zatem mamy do czynienia z owym mitycznym „Rokiem Linuksa”? Pytanie to, stawiane z uporem maniaka przy każdym styczniowym remanencie branży, jest z gruntu źle postawione. Sugeruje ono nagły, rewolucyjny przewrót, podczas gdy my obserwujemy proces ewolucyjny, zachodzący po cichu, w cieniu marketingowego zgiełku wielkich korporacji. Jeśli jednak zdefiniujemy ten moment jako punkt krytyczny, w którym darmowy, otwarty system operacyjny przestał wymagać od użytkownika wyrzeczeń, a zaczął oferować wymierne korzyści, to odpowiedź musi być twierdząca. Bariera wejścia, niegdyś budowana z konieczności kompilowania sterowników i walki z terminalem, została zburzona. Dziś instalacja nowoczesnej dystrybucji jest prostsza i szybsza niż instalacja produktu Microsoftu, a kompatybilność gier i aplikacji użytkowych osiągnęła poziom, który czyni migrację bezbolesną dla zdecydowanej większości świadomych odbiorców.

Ostateczny werdykt nie opiera się jednak na szczytnych ideałach wolnego oprogramowania, bo te rzadko trafiają do masowej wyobraźni. Opiera się na brutalnym rachunku ekonomicznym i wydajnościowym. W dobie, gdy Windows staje się coraz bardziej ociężałą usługą reklamową, sztucznie postarzającą nasz sprzęt poprzez narzucanie absurdalnych wymagań systemowych, Linux jawi się jako jedyne racjonalne wyjście. Pozwala on komputerom oddychać, przedłuża ich żywotność o lata i oddaje moc obliczeniową tam, gdzie jej miejsce - czyli grom i programom, a nie procesom telemetrycznym. Wybór przestaje być zatem kwestią ideologicznej walki z gigantem; staje się testem na inteligencję konsumencką. Kto raz posmakuje kultury pracy systemu, który szanuje jego czas, prywatność i podzespoły, ten na „okienka” będzie patrzył już nie jak na standard, lecz jak na technologiczną patologię, którą zbyt długo tolerowaliśmy z przyzwyczajenia.

Źródło: Opracowanie własne
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper