Graliśmy na Virtual Boyu z Nintendo Switch 2. Czy taka rozgrywka ma sens?
Już w lutym zadebiutuje kolejna nowość Nintendo, która może szczególnie zainteresować największych fanów japońskiej korporacji. Pytanie brzmi jednak brutalnie: czy Virtual Boy w wersji dla Nintendo Switch i Nintendo Switcha 2 ma realną szansę na sukces? Poznajcie nasze wrażenia z najnowszej propozycji Nintendo.
W lipcu 1995 roku na japońskim rynku pojawiło się urządzenie, które nawet jak na Nintendo wyglądało jak czysta fantazja. Firma przygotowała sprzęt przypominający gogle, które obiecywał coś, co dziś nazwalibyśmy „zanurzeniem” w wirtualnym świecie. Virtual Boy stawiał na stereoskopowy efekt 3D, agresywną, czerwoną stylistykę i futurystyczną obudowę, która bardziej kojarzyła się z prototypem z laboratorium niż klasyczną konsolą do salonu. Problem polegał na tym, że za formą nie poszła treść: ograniczona paleta barw, niewygodna konstrukcja, bóle głowy oraz skromna biblioteka gier sprawiły, że sprzęt szybko dołączył do listy największych wpadek w historii Nintendo.
Z czasem Virtual Boy obrósł jednak legendą. Dla jednych to ciekawostka z kategorii „tego lepiej nie powtarzać”, dla innych kultowy relikt epoki, w której Nintendo potrafiło eksperymentować bez patrzenia na słupki sprzedaży. I właśnie do tej historii firma postanowiła teraz nawiązać, wykorzystując możliwości Nintendo Switcha oraz Nintendo Switcha 2. Nowy projekt inspiruje się oryginałem, ale opiera się na współczesnych rozwiązaniach: lepszym obrazie, wygodniejszej konstrukcji, dopracowanych czujnikach i sensowniejszym pomyśle na to, jak połączyć „zanurzenie” z klasycznym stylem grania znanym ze Switcha.
Nasza redakcja miała już okazję sprawdzić urządzenie w akcji. Na pokazie we Frankfurcie przetestowałem Virtual Boya i zadałem sobie jedno, bardzo konkretne pytanie: czy tym razem Nintendo faktycznie trzyma w rękach coś, co ma przyszłość, czy to tylko efektowny ukłon w stronę przeszłości?
Virtual Boy w 2026 roku. Jak to będzie działać?
Nowy Virtual Boy nie jest samodzielnym urządzeniem. To w praktyce gadżet, który do działania potrzebuje dwóch rzeczy: konsoli oraz abonamentu. Na pokazie miałem okazję dokładnie obejrzeć sprzęt i szczerze mówiąc - plastik wypada dobrze. To nie jest projekt klasy premium, który zachwyca designem i wywołuje efekt „wow”, ale bez wątpienia jest to spora ciekawostka, mocno zbudowana na nostalgii. Materiał wygląda wyraźnie nowocześniej niż w oryginale - oryginalny Virtual Boy sprawiał wrażenie bardziej błyszczącego i, nie ukrywajmy, „tańszego”, a tutaj widać, że Nintendo poszło w stronę solidniejszego wykończenia.
Odpalając rozgrywkę obawiałem się stabilności konstrukcji, ale na szczęście jest z tym całkiem dobrze. Replika jest sensownie wyważona, nóżki trzymają sprzęt pewnie i nawet gdy jeden z dziennikarzy obok mnie mocno naciskał na biurko, nie miałem poczucia, że zaraz wszystko poleci na ziemię. A to kluczowe, bo w środku ląduje nasz Nintendo Switch 2 albo Nintendo Switch. Obudowę otwieramy i, chcąc odpalić klasyki, wkładamy do środka sam ekran - bez Joy-Conów.
Sterujemy już normalnie, trzymając kontrolery w dłoniach, ale otoczenia nie widzimy, bo trzeba przybliżyć głowę do urządzenia i „zanurzyć się” w obrazie. Założenia są więc bardzo podobne do oryginału, tyle że zamiast dedykowanego sprzętu wkładamy współczesną konsolę... i to od razu z dwóch generacji, co jest akurat miłym plusem. Z tym wiąże się jednak haczyk: do zabawy potrzebny jest abonament, bo gry z Virtual Boya będą dostępne w ramach Nintendo Switch Online + Expansion Pack.
Finalnie to nie jest sprzęt, na który pobieramy gry i gramy „po swojemu”. Żeby w ogóle korzystać z Virtual Boya, trzeba mieć konsolę i cały czas opłacać usługę, więc już na starcie widać, do kogo Nintendo kieruje ten pomysł. Mam wrażenie, że to propozycja przede wszystkim dla najbardziej oddanych fanów - takich, którzy nie tylko nie mają problemu z abonamentem na klasyki, ale też po prostu chcą mieć na półce (i od czasu do czasu uruchomić) tak nietypowy kawałek historii Nintendo.
Jak gra się na Virtual Boyu w 2026 roku?
W trakcie pokazu we Frankfurcie dziennikarze mogli swobodnie podejść do rozstawionych zestawów Virtual Boya, więc bez problemu wziąłem sprzęt w ręce i obejrzałem go z każdej strony. I tu od razu pojawia się ważny szczegół: Nintendo nie zdecydowało się na odświeżenie samej bryły, więc nadal gramy wyłącznie wtedy, gdy urządzenie stoi na biurku albo stole. O swobodnym graniu w łóżku raczej można zapomnieć, ustawienie sprzętu na ziemi też brzmi jak proszenie się o ból karku, a nawet klasyczna kanapa nie zawsze będzie wygodna - projekt powstał pod „stanowisko” i nowa wersja w zasadzie trzyma się tego samego założenia.
Czy to jest komfortowe? To zależy... i na pokazie widać było to bardzo wyraźnie. Musiałem stać przy standzie, żeby włożyć głowę w Virtual Boya, a każdy mniejszy ruch ciałem sprawiał, że obraz tracił swoją „ostrość” i trudniej było złapać idealne ustawienie. Nie wyglądało to najlepiej, bo w praktyce człowiek zaczyna pilnować pozycji zamiast po prostu grać. Dlatego już teraz warto nastawić się na jedno: najwygodniej będzie przy biurku, z sensownie ustawioną wysokością i krzesłem, które pozwoli utrzymać głowę w jednym ułożeniu - inaczej cała idea „zanurzenia” szybko zamienia się w walkę o ergonomię.
Samo granie potrafi jednak sprawić frajdę - oczywiście pod warunkiem, że kupujecie ten pomysł i chcecie pobawić się w taki powrót do przeszłości. Na wydarzeniu sprawdziłem kilka produkcji, ale największe wrażenie zrobił na mnie Wario Land. To gra, która nie udaje rewolucji, ale już w 1995 roku projektanci świetnie rozumieli, na jaki sprzęt ją tworzą, więc przestrzenność jest tu wykorzystywana z głową. Bohater biega na pierwszym planie, a w tle dzieją się rzeczy, które faktycznie znajdują głębiej, czasami postać przechodzi na dalszy plan i wtedy sterujemy nią jakby „za” elementami otoczenia... i nagle widzisz, po co w ogóle powstał taki gadżet. Ten efekt nadal robi wrażenie i potrafi być zaskakująco przyjemny, nawet jeśli całość ma bardzo wyraźny, oldschoolowy charakter.
Przyjemny efekt 3D oferuje także Teleroboxer, który ostatecznie podczas pokazu wydawał mi się trochę zbyt... łatwy? Jak wiadomo lata temu gry prezentowały się trochę inaczej, miały oferować inne wrażenia, takie eksperymenty jak Virtual Boy nie były przygotowane dla szerokiego grona odbiorców, ale... szczerze mówiąc, to naprawdę przyjemna pokazówka technologii. Gracz ma wrażenie, że ataki mogą go dosięgnąć, a efekt czerwono-czarnej stylistyki nadaje całości pewnego nietypowego (retro!) klimatu. Sprawdziłem także Tetris i znany klasyk w takim wydaniu prezentuje się ciekawie i samo spadanie klocków w goglach jest... nietypowe. Dobry efekt oferuje także Golf... i ja doskonale wiem, jakie minusy ma ten sprzęt, sam pewnie miałbym problem, by spędzić przy tym urządzeniu kilka godzin bez przerwy, jednak muszę to podkreślić: ma to swój urok.
Muszę też podkreślić, że obraz w trakcie rozgrywki jest zaskakująco wyraźny. Bałem się, że te klasyki będą wyglądały jak muzealne eksponaty odpalone „na siłę”, ale w praktyce nie jest źle - czytelność stoi na świetnym poziomie, a stereoskopia potrafi dalej robić robotę. Jasne, mówimy o grach z bardzo konkretnymi ograniczeniami i absolutnie nie są to współczesne produkcje, a Nintendo nie odświeżyło ich zawartości. Za to dorzucono sensowne, nowoczesne menu z opcją zapisu i wczytywania stanu gry, co szczególnie ratuje skórę wtedy, gdy trafimy na trudniejszy fragment i nie mamy ochoty powtarzać całych sekwencji od zera.
Nie jestem też w stanie potwierdzić, czy nowy Virtual Boy będzie wywoływał te same nieprzyjemne odczucia, z których „słynął” oryginał. Podczas krótkich sesji na pokazie nie czułem zmęczenia oczu ani bólu głowy, ale to wciąż za mało, żeby wydać ostateczny werdykt. Wiem, że w 1995 roku część graczy narzekała na dyskomfort, nudności i ogólne „zmęczenie” po dłuższym graniu... ale przynajmniej aktualnie nie mogę potwierdzić, czy ten problem pojawi się także w przypadku najnowszej propozycji Nintendo.
Czy to ma sens?
Początek 2026 roku pokazuje, że Nintendo wciąż lubi eksperymenty, ale pokaz we Frankfurcie nie dał mi jednoznacznej odpowiedzi, czy nowy Virtual Boy ma realny sens. To ciekawa zabawka, tylko że o wygodzie trudno tu mówić - ruch głową potrafi rozjechać kadr i popsuć komfort oglądania, a w takiej formie trudno wciągnąć się na dłużej.
W praktyce wygląda to więc jak sprzęt skrojony pod najwierniejszych fanów platformy: kolekcjonerów, gadżeciarzy i ludzi, którzy lubią mieć „kolejny kawałek historii Nintendo” na półce. Nie nastawiałbym się jednak na wyjątkowe doświadczenie ani na wielogodzinne sesje - to bardziej ciekawostka do sprawdzenia od czasu do czasu niż urządzenie, które naprawdę zastąpi klasyczne granie.
Czy Virtual Boy odniesie sukces? Dziś powiedziałbym, że raczej nie w skali, o której mówi się przy dużych premierach. Ograniczona dystrybucja, nietypowa forma użytkowania i fakt, że mówimy wyłącznie o klasykach (bez nowych gier pisanych pod sprzęt), sprawiają, że to propozycja przede wszystkim dla najwierniejszych fanów Big N... i właśnie w tej roli może się obronić.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych