Graliśmy w Mario Tennis Fever i Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park. Czy Nintendo zaskoczy?
Japońska korporacja zaprosiła naszą redakcję na przedpremierowe testy kilku gier zmierzających na Nintendo Switcha 2 w pierwszych miesiącach 2026 roku. Jak wypadają produkcje first-party? Sprawdziliśmy to na przykładzie Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park oraz Mario Tennis Fever - poznajcie nasze pierwsze wrażenia.
Nintendo realizuje prosty, ale konsekwentny plan: regularnie dostarczać nowe gry własne i jednocześnie wzmacniać ofertę tytułami od partnerów. Chcąc odpowiednio przygotować grunt pod nadchodzące miesiące, już w styczniu firma zorganizowała pierwszy pokaz dla mediów. W jego ramach mogliśmy sprawdzić kilka produkcji tworzonych specjalnie z myślą o Nintendo Switch 2... a w najbliższych dniach będę stopniowo dzielił się wrażeniami z kolejnych tytułów.
Na początek wziąłem na warsztat dwie najbliższe premiery - dokładnie w takiej kolejności, w jakiej Nintendo prezentowało je dziennikarzom. Najpierw dynamiczna sportówka, która ma odświeżyć znaną formułę i mocno postawić na multiplayer, a zaraz potem rozbudowana wersja zeszłorocznego hitu, wzbogacona o zupełnie nową przestrzeń do wspólnej zabawy. I właśnie od sportowych emocji zaczynamy.
Czy tenis da się jeszcze wymyślić na nowo?
Nintendo w zeszłym roku zaskoczyło zapowiedzią Mario Tennis Fever. Wielu graczy pewnie liczyło na pierwszą dużą, w pełni nową przygodę 3D stworzoną wyłącznie z myślą o Nintendo Switch 2, a zamiast tego dostaliśmy... sportówkę z wyraźnym twistem. Pytanie więc brzmi: gdzie tak naprawdę kryje się tu zabawa? Odpowiedź jest dość prosta - w potężnie rozbudowanej obsadzie (największej w historii serii) oraz zaskakująco dużej liczbie rakiet tenisowych, które realnie wpływają na styl gry.
Same założenia tenisa pozostają oczywiście bardzo czytelne. Gramy do siedmiu punktów z wymaganą przewagą i korzystamy z dobrze znanego zestawu uderzeń: topspinów, lobów, flatów, drop shotów czy slice’ów. Pod tym względem rewolucji nie ma, ale już podczas przedpremierowych testów bardzo wyraźnie przekonałem się, jak ogromne znaczenie ma wybór zawodnika i sprzętu, który trzyma w rękach. To właśnie te decyzje w największym stopniu kształtują przebieg meczu.
Na start Mario Tennis Fever oferuje aż 38 grywalnych postaci. Obok Mario, Peach, Wario czy Toada na kort mogą wyjść także Luma, Piranha Plant, a nawet Chain Chomp. Każdy zawodnik ma własny styl i zestaw statystyk, które czuć od pierwszych wymian - Chain Chomp dysponuje potężną siłą, co przekłada się na bardzo agresywną grę, z kolei Pauline jest wyjątkowo szybka, dzięki czemu znacznie łatwiej dobiega do trudnych piłek. Różnice między postaciami są naprawdę wyraźne, ale to dopiero początek, bo podczas wyboru bohatera decydujemy się również na konkretną rakietę... a to otwiera kolejną warstwę taktycznej zabawy.
I w tym miejscu pojawia się druga, znacznie bardziej złożona warstwa zabawy. Nie każdy typ rakiety pasuje do każdego zawodnika... i ma to bardzo konkretne znaczenie, bo po naładowaniu specjalnego wskaźnika Fever możemy wykonać Fever Shot. Akcja na moment zwalnia i przybliża kamerę, a my odpalamy potężniejsze uderzenie z dodatkowym efektem. Jeśli używamy na przykład Lightning Racket i trafimy piłką w kort, nie tylko narażamy rywala na porażenie prądem, ale też „oznaczymy” fragment boiska - przez pewien czas przeciwnik powinien omijać to miejsce, bo kolejne wejście w strefę kończy się następnym atakiem. Zawodnicy mają nawet paski zdrowia, więc ignorowanie tych mechanik może skończyć się przedwczesnym zakończeniem meczu (w deblu) albo wyraźnym ograniczeniem mobilności postaci w singlu.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że Fever Rackets i Fever Shots aż tak mocno wpłyną na przebieg rozgrywki. A jednak, dzięki nim rywalizacja nabiera zupełnie nowego charakteru. Teraz trzeba zwracać uwagę nie tylko na wybór postaci i jej statystyki, ale też na to, co aktualnie dzieje się na korcie. Bardzo łatwo zaplanować prostą, ale skuteczną strategię: wziąć wolniejszego, za to potężniejszego zawodnika i konsekwentnie posyłać piłki w jedno miejsce, wcześniej podpalając fragment boiska. Efekt? Przeciwnik traci pole manewru, a jego defensywa zaczyna się sypać.
Podczas pokazu miałem okazję sprawdzić zarówno grę solo, jak i mecze z innymi dziennikarzami, i nie będę ukrywał - to właśnie rozgrywki na żywo dały mi najwięcej frajdy. Graliśmy na jednej konsoli w dwie osoby, ale też łączyliśmy dwa sprzęty i wchodziliśmy w tryb dwóch na dwóch. W takiej konfiguracji Mario Tennis Fever wskakuje na zupełnie inny poziom. Pojawia się planowanie składów, dobór postaci i rakiet pod konkretne „combo”, walka o przestrzeń na korcie, podbieranie piłki partnerowi, a do tego efektowne akcje z użyciem Fever Shots. Całość robi się bardziej dynamiczna, bardziej chaotyczna... i właśnie wtedy gra potrafi najmocniej zaskoczyć.
Jeśli jednak nie przepadacie za rywalizacją opartą na super-strzałach, Mario Tennis Fever daje pełną swobodę wyboru. Bez problemu można wyłączyć specjalne rakiety - w takiej konfiguracji nadal wykonujemy efektowne odbicia (kamera przybliża się do tenisisty, a my decydujemy o kierunku zagrania), ale na korcie nie pojawiają się już ogień, błyskawice czy lodowe efekty. Jeśli mam być jednak szczery, to właśnie wtedy gra traci część swojego charakteru. Mario Tennis Fever zdecydowanie najwięcej zyskuje, gdy korzystamy z pełnego zestawu dostępnych mechanik i pozwalamy tej lekkiej „szalonej” warstwie dojść do głosu.
Twórcy bardzo dobrze pokazali, że klasyczne zasady tenisa są tu tylko punktem wyjścia. W Mario Tennis Fever możemy aktywować dodatkowe „ulepszacze” rozgrywki, które potrafią diametralnie zmienić przebieg meczu. Przykład? W trakcie spotkania może uruchomić się specjalna mini-gra, w której zamiast siatki na środku kortu pojawiają się zielone rury wyrzucające Wonder Seed. Naszym celem staje się trafianie w konkretne punkty, przy czym elementy otoczenia cały czas się poruszają, więc o łatwym zdobywaniu przewagi nie ma mowy. Takich wyzwań w grze ma być znacznie więcej i choć są one całkowicie opcjonalne, to trudno odmówić im jednego... potrafią skutecznie odświeżyć znaną formułę.
Podczas pokazu we Frankfurcie nie było czasu na dokładne sprawdzenie wszystkich trybów ani przetestowanie całej obsady, ale już te krótkie sesje bardzo wyraźnie pokazały, czego możemy spodziewać się po najnowszej sportówce Nintendo. Mario Tennis Fever nadal opiera się na solidnych, znanych fundamentach, jednak cała zabawa została wyraźnie urozmaicona jednym kluczowym elementem, który realnie wpływa na dynamikę meczów i sposób myślenia na korcie.
Czy taka formuła wystarczy na kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin i jak prezentują się wszystkie dodatkowe tryby? Na to pytanie odpowiem już w pełnej recenzji. Na ten moment jedno jest pewne - Mario Tennis Fever zapowiada się na kolejną solidną sportówkę Nintendo, która bez problemu odnajdzie się podczas domowych imprez i wspólnego grania na kanapie.
Mały dodatek czy jednak duże rozszerzenie? Czym jest Meetup in Bellabel Park?
Nintendo wciąż nie jest gotowe, by zaprezentować pierwszą, pełnoprawną grę z Marianem w roli głównej stworzoną wyłącznie dla Nintendo Switch 2, ale już pod koniec marca zadebiutuje Meetup in Bellabel Park - rozszerzenie do Super Mario Bros. Wonder - Nintendo Switch 2 Edition. Na początku podchodziłem do tej propozycji z rezerwą, jednak po przedpremierowych testach doskonale rozumiem, dlaczego Nintendo chciało pokazać tę zawartość mediom jeszcze przed debiutem.
Meetup in Bellabel Park to w praktyce rozbudowany HUB, dobrze znany z podstawowej wersji gry, ale znacząco powiększony i wzbogacony o nowe aktywności. Nintendo dorzuciło dużą, otwartą mapę, po której biegamy bohaterami, przechodząc pomiędzy kolejnymi atrakcjami. Każda lokacja oferuje kilka wariantów wyzwań i choć podczas pokazu nie było szansy sprawdzić wszystkiego, jedno było jasne: zawartości jest tu naprawdę dużo. Przedstawiciele Nintendo wielokrotnie podkreślali, że twórcy przygotowali ogromną liczbę aktywności, a Bellabel Park ma być miejscem, do którego gracze będą regularnie wracać.
No dobrze, ale co właściwie robi się w Meetup in Bellabel Park? Rozgrywkę podzielono na trzy główne filary: kooperację, rywalizację oraz wyścigi. W jednej z aktywności Nintendo zaprosiło grupy czteroosobowe do wspólnej zabawy, w której jedna osoba wcielała się w „twórcę”, a pozostali sterowali klasycznymi bohaterami. Schemat jest prosty, ale pomysłowy - „projektant”, korzystając z Joy-Cona działającego jak myszka, tworzy trasę, po której poruszają się pozostali gracze. Po drodze czekają liczne przeszkody i środowiskowe zagadki, które wymagają ścisłej współpracy całej drużyny.
Rola twórcy wcale nie jest łatwa. To on odpowiada nie tylko za wytyczenie drogi, ale też za logiczne zaprojektowanie całego wyzwania, tak by reszta zespołu miała realną szansę na jego ukończenie. I tutaj trzeba to jasno zaznaczyć: poziom trudności jest wysoki. Meetup in Bellabel Park nie celuje w początkujących graczy - to rozszerzenie, które zakłada dobrą znajomość mechanik Super Mario Bros. Wonder i stawia przed uczestnikami naprawdę konkretne wyzwania.
Zabawa staje się wyraźnie lżejsza w momencie, gdy wchodzimy w tryby rywalizacyjne, bo tutaj bardzo dużo zależy od tego, kto akurat znajduje się w lobby. Kapitalnie sprawdza się mini-gra, w której jedna z postaci musi odnaleźć pozostałych uczestników na planszy. Jest jednak pewien haczyk: reszta graczy zostaje zamieniona na przykład w kwiatki rozsiane po mapie. To w gruncie rzeczy klasyczna zabawa w chowanego, ale ubrana w charakterystyczną stylistykę Mariana. Dzięki temu nawet osoby mniej zaznajomione z grami mogą bawić się naprawdę dobrze... przynajmniej tak było na pokazie, bo zaskakująco łatwo było ukryć się przed „łowcą” i zwyciężyć w pojedynku.
W innej mini-grze celem było zbieranie monet - wygrywał gracz z największą liczbą punktów, ale nie było to zwykłe bieganie po mapie. Cały czas poruszaliśmy się do przodu, omijając przeciwników i przeszkody, co wymuszało szybkie decyzje i ryzyko: zbierać więcej kosztem bezpieczeństwa czy grać zachowawczo? Jeszcze ciekawiej wypadała kooperacyjna rozgrywka z bombą. Drużyna musi dostarczyć ładunek do mety, przy czym odliczanie zatrzymuje się wyłącznie wtedy, gdy bomba znajduje się w rękach wyznaczonego bohatera. W praktyce oznacza to ciągłe bieganie, przekazywanie ładunku między postaciami, omijanie przeszkód i wrogów... chaos kontrolowany, ale bardzo satysfakcjonujący, szczególnie gdy wszyscy zaczynają się ze sobą komunikować.
Twórcy dorzucili także klasyczne wyścigi. Podczas testów czteroosobowe grupy dziennikarzy wskakiwały na Propeller Flowers i ścigały się przez kolejne fragmenty planszy. Tutaj rozgrywka jest już znacznie prostsza: unikamy przeszkód, wykorzystujemy pęd i staramy się jak najszybciej dotrzeć do mety. Nie ma tu wielkich zaskoczeń, ale sam gameplay jest bardzo przyjemny – a jak to zwykle bywa w grach Nintendo, całość nabiera sensu przede wszystkim wtedy, gdy do zabawy dołączają znajomi.
Ostatecznie założenia Meetup in Bellabel Park są bardzo klarowne. To w praktyce mini-Mario Party osadzone w świecie „Super Mario Bros. Wonder”. Twórcy przygotowali rozbudowany zestaw wyzwań, do których możemy podejść wspólnie z innymi graczami – lokalnie lub online. Biorąc pod uwagę prostotę reguł, różnorodność aktywności i nacisk na wspólną zabawę, jestem przekonany, że wielu graczy znajdzie tu idealny sposób na krótkie, intensywne sesje rywalizacji i kooperacji.
I tutaj trzeba jasno postawić sprawę: Meetup in Bellabel Park nie będzie tanim dodatkiem. To nie jest kolejna drobna aktualizacja za symboliczne kilkanaście złotych. Nintendo wyceniło rozszerzenie na 89,80 zł i... to już konkretna kwota. Oczywiście nowi gracze mogą sięgnąć po pakiet z podstawką, ale wtedy mówimy już o wydatku 339,80 zł, więc próg wejścia robi się wyraźnie wyższy.
Czy to się opłaca? Sama podstawowa wersja Super Mario Bros. Wonder jest znakomita, a Meetup in Bellabel Park zapowiada się na rozbudowane, dopracowane rozszerzenie, a nie szybki „dodatek na weekend”. Wszystko jednak rozbija się o jedno pytanie: jak bardzo lubicie Mario w 2D i wspólną zabawę. Dla mnie to absolutny must-have - już teraz spędziłem z Wonderem dziesiątki godzin i mam przeczucie, że po premierze Bellabel Park bez problemu dołożę kolejne. Jeśli jednak traktujecie Mario bardziej okazjonalnie, warto chwilę się zastanowić, czy to rozszerzenie trafi dokładnie w Wasze oczekiwania.
Dwie gry wystarczą? To początek
Nintendo na pokazie we Frankfurcie zaprezentowało dwie duże gry first-party oraz kilka innych produkcji partnerów - o tych tytułach przeczytacie na portalu w najbliższych dniach. Już teraz jednak widać wyraźnie, że Japończycy konsekwentnie realizują bardzo prosty, a jednocześnie piekielnie skuteczny plan... i co ważne, tym razem zamierzają go jeszcze rozbudować.
Nintendo Switch 2 nie ma być platformą wyłącznie dla gier własnych korporacji czy dodatków do znanych już tytułów. Katalog ma systematycznie rosnąć także dzięki portom i zupełnie nowym premierom third-party, co od początku było jednym z kluczowych założeń tej generacji. Frankfurt tylko to potwierdził - Switch 2 ma być miejscem dla różnorodnych gier, a nie zamkniętym ekosystemem.
Już w najbliższych miesiącach gracze dostaną lekką, imprezową sportówkę oraz solidne, rozbudowane rozszerzenie do jednej z najlepszych gier Mario ostatnich lat. Oba tytuły da się ogrywać solo, ale prawdziwy charakter pokazują dopiero na kanapie, w towarzystwie znajomych. Czy Mario Tennis Fever i Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park okażą się wielkimi hitami? Na to pytanie odpowiem bliżej premier, ale jedno jest pewne: Nintendo ma plan, realizuje go konsekwentnie i robi to w sposób zaskakująco czytelny.
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych