Niedoceniony klasyk z Garym Oldmanem. Rewelacyjna produkcja neo-noir
Lata 90. stały kinem neo-noir. "Siedem", "Jackie Brown", "Gorączka", "Fargo", "Tajemnice Los Angeles" czy "Pulp Fiction" to produkcje zachwycające. Na tyle, że "Krwawemu Romeo" trudno znaleźć wśród nich miejsce. Niesłusznie.
Gary Oldman to jeden z najlepszych aktorów w historii, dysponujący niebywałym zakresem umiejętności. Brytyjczyk odnajduje się w każdej roli, ale i tak trudno przejść obojętnie, wobec tego, co wyprawiał na ekranie trzy dekady temu. Na przestrzeni kilku lat Oldman wystąpił w "JFK", "Draculi", "Krwawym Romeo", "Leonie zawodowcu", "Piątym elemencie", "Air Force One" czy "Jezusie".
Szczególnie kultowy okazał się portret adwersarza Jeana Reno. Istnieje jednak zasadne podejrzenie, że rola Normana Stansfielda nie byłaby tak udana, gdyby nie wcześniejsza rozbiegówka w postaci głównego bohatera w "Krwawym Romeo". Film z 1993 roku, wyreżyserowany przez Petera Medaka, otworzył przed Oldmanem postać zawieszoną gdzieś między światem realnym, a jego gorączkową wizją.
Zabawa konwencją
"Krwawy Romeo" to pod wieloma względami podręcznikowy przedstawiciel gatunku neo-noir. Głównymi bohaterami detektyw Jack Grimaldi (Gary Oldman) oraz zabójczyni Mona Demarkow (Lena Olin), będąca przy okazji femme fatale. Granica między dobrem a złem zostaje zatarta błyskawicznie, wszak Grimaldi ląduje w tarapatach, gdy stara się połączyć świat przykładnego funkcjonariusza z osobą współpracującą ze światem przestępczym.
Na ten drugi krok decyduje się przede wszystkim ze względów finansowych. Grimaldi narzeka na zarobki, utyskuje, że nawet spec od lodówek może liczyć na lepszą płacę. Finanse, nie żadna niepraworządność, są dla niego motorem napędowym, a zarazem źródłem największych słabości. Uruchomionej maszyny nie sposób zatrzymać, za odejście od mafii podyktowano zbyt wysoką cenę.
Ale są też aspekty, które czynią z "Krwawego Romeo" produkcję nietypową. Peter Medak i odpowiedzialna za scenariusz Hilary Henkin postanowili zabawić się konwencją. Wielokrotnie świadomie przegięli, dzięki czemu ich film romansuje nie tyle z "Tajemnicami Los Angeles", co z pomysłami Quentina Tarantino. Jednocześnie Medak i Henkin nie są w swoich pomysłach tak ostentacyjni, nie krzyczą o samoświadomości, znakomicie radzą sobie bez tego.
Jednym z przykładów życie emocjonalne Grimaldiego. Detektyw nawiązuje romans z Demarkow, na czym cierpi jego żona, Natalie (Annabella Sciorra). Na tym jednak zabawa się nie kończy, bo wprowadzono także postać Sheri (Juliette Lewis), z którą Grimaldi realizuje seksualne pragnienia. Demarkow pociąga go ze względu na mocniejszą pozycję, Sheri ze względu na usłużność, natomiast Natalie szczerze kocha, czego najlepszym wyrazem sekwencja kończąca film.
"Krwawy Romeo" nie boi się również cielesności. Rola Olin została kultowa w dużej mierze ze względu na mroczny erotyzm - skórzane paski, pończochy, koronkowa bielizna i kuszenie ciałem mieszają się z bezwzględnością, okrucieństwem, przeszywającym kości śmiechem, gotowością do tortur i grzebania ludzi żywcem. Demarkow to jedna z najbardziej demonicznych femme fatale światowego kina. W całych latach 90. być może tylko Catherine Tramell (Sharon Stone) mogłaby się z nią równać.
Należy przy tym podkreślić, że zniewala nie tylko Olin. Oldman świadomie się "zagrywa". Szarżuje, jest nieprzewidywalny w swoich ruchach. Potrafi zatańczyć na pustym dachu, rzucić się na Demarkow w przypływie żądzy, zabić wobec bezsilności sytuacji, płakać łzami rozdzierającymi serce. Bywa też niebywale smutny, zamknięty w sobie, depresyjny. Kompletny.
Jedyny w swoim rodzaju
Medak i spółka nie odnieśli sukcesu. Chociaż gra aktorska była chwalona we właściwie każdej recenzji, sam film nie zbierał tak pozytywnych opinii. Jeszcze gorzej zareagowała publiczność. Budżet wynosił raptem dziesięć milionów dolarów, ale i tak się nie zwrócił. Box office stanął na siedmiu milionach, a Węgier nigdy już nie nakręcił podobnie zwariowanego filmu. "Krwawy Romeo" pozostał ekskluzywnym reprezentantem bardzo pojemnego gatunku. Zdaniem krytyka Todda McCarthy'ego film był blisko wykroczenia poza jakiekolwiek ramy.
W osiągnięciu tego efektu pomogły nie tylko brawurowo napisane postaci - femme fatale tak okrutna, że uwłaczająca istnieniu głównego bohatera - ale też muzyka i zdjęcia, które razem działały na rzecz budowania klimatu. W pierwszym aspekcie postawiono na wiele niespokojnych melodii jazzowych. Tak charakterystycznych, że można odnieść wrażenie obcowania z kolejną produkcją Davida Lyncha. Dobrze się stało, że do "Krwawego Romeo" ostatecznie nie trafiło hitowe "Always", które specjalnie na tę okazję skomponował Jon Bon Jovi. Przebój Amerykanina pasowałby jak pięść do nosa.
Jeśli zaś chodzi o zdjęcia i pracę kamery, to na słowa uznania zasługuje niezrównany Dariusz Wolski. Sporo tu kadrów zapadających w pamięć. Nerwowych, rozedrganych, a jednocześnie pięknych, nawiązujących do klasyki noir. Nie brakuje również kolejnych zabaw formatem, jedna ze scen obserwowana jest przez lornetkę i taki też kształt przyjmuje obraz. W "Krwawego Romeo" włożono mnóstwo serca i po latach naprawdę warto dać mu szansę. Film niesłusznie przepadł, przez niespełna dwie godziny oferuje więcej, niż niektórzy twórcy przez całą karierę.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych