Ostatni gasi światło. Dlaczego w 2026 roku kino przegra z kanapą?
Jest styczeń 2026 roku. Pamiętacie jeszcze te czasy, gdy wyjście do kina było spontaniczną decyzją, podejmowaną w piątkowe popołudnie bez konieczności sprawdzania stanu konta czy „brania kredytu” na popcorn? Dziś, patrząc na świecące pustkami sale w wielkich multipleksach, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w powolnym pogrzebie pewnej epoki.
Przemysł filmowy, desperacko walcząc o naszą uwagę, wpadł we własną pułapkę - oferuje nam coraz droższe bilety za wątpliwej jakości „doznania”, podczas gdy prawdziwa rewolucja rozsiadła się wygodnie w naszych salonach. Kto o zdrowych zmysłach chce płacić równowartość kilkudniowych zakupów (w przypadku gdy nasza rodzina jest duża) za to, aby mechaniczny fotel obił mu nerki podczas seansu?
Luksus bycia potrząsanym, czyli ekonomia absurdu
Zacznijmy od słonia w salonie, a właściwie w sali kinowej - ceny. Mamy rok 2026 i wyjście do kina dla czteroosobowej rodziny stało się wydatkiem kategorii „luksusowe”. Jeśli doliczymy do tego parking w centrum handlowym i zestaw przekąsek, którego cena sugeruje, że kukurydza była uprawiana na Marsie, rachunek zaczyna wyglądać przerażająco. Ale to nie sama cena jest największym problemem, lecz stosunek jakości do kosztów. Kina, próbując wyciągnąć nas z domów, postawiły na agresywną technologię. Różne formaty miały być ratunkiem, a stały się gwoździem do trumny dla wielu kinomanów.
Pytanie postawione w tytule nie jest wcale retoryczne. Kto chce płacić ponad 30-50 złotych (bo tyle w 2026 roku potrafią kosztować wejściówki premium w weekend) za to, aby podczas sceny pościgu fotel kopał go w plecy, a dysze rozpylały w twarz mgiełkę o zapachu spalonej gumy? To, co dekadę temu było ciekawostką w parkach rozrywki, w kinie fabularnym staje się irytującym rozpraszaczem. Zamiast zanurzyć się w historię, walczymy o utrzymanie równowagi i modlimy się, aby napój nie wylał się na spodnie przy kolejnym „wybuchu”. To mechanizacja sztuki, która zamiast budować emocje, sprowadza widza do roli worka treningowego. W 2026 roku widzimy wyraźnie, że strategia „więcej bodźców” poniosła klęskę. Ludzie nie przestali chodzić do kina dlatego, że film był za mało trójwymiarowy czy za mało trzęsło. Przestali, bo poczuli się oszukani - płacą krocie za dyskomfort, podczas gdy prawdziwy komfort (powiedzmy…) mają na wyciągnięcie pilota.
Twierdza w salonie - technologiczna supremacja domowego ogniska
W ciągu ostatnich kilku lat dokonała się cicha rewolucja sprzętowa, która ostatecznie podkopuje fundamenty istnienia multipleksów. Jeszcze dekadę temu argument „dużego ekranu” był nie do podważenia. W 2026 roku? 85-calowy telewizor OLED lub zaawansowany projektor laserowy to standard w wielu domach klasy średniej. Do tego soundbary z systemem Dolby Atmos, które precyzyjnie rozprowadzają dźwięk po pokoju, nie ogłuszający nas przy tym tak, jak źle skalibrowane systemy w multipleksach. Jakość obrazu w domu często przewyższa tę kinową - czerń jest czarniejsza, a obraz ostry jak brzytwa, niezakłócony przez wypaloną lampę projektora czy brudny ekran, co wciąż zdarza się w sieciówkach oszczędzających na serwisie.
Ale technologia to tylko połowa sukcesu „kina domowego”. Drugą połową jest autonomia. W domu to my jesteśmy dyrektorami kina. Film jest za głośny? Ściszamy. Chcemy iść do toalety? Pauza (funkcja w kinie nieosiągalna, co przy trzygodzinnych blockbusterach jest torturą). Ktoś szeleści papierem? Nie, bo w domu sami dobieramy sobie towarzystwo. Streaming w 2026 roku skrócił okna dystrybucyjne do minimum. Hity trafiają na platformy VOD zaledwie kilka tygodni po premierze, a czasem równocześnie. Cierpliwość stała się cnotą, która pozwala zaoszczędzić setki złotych. Po co pędzić na premierę, stać w korkach, oglądać 25 minut reklam przed seansem (za który przecież zapłaciliśmy!), skoro za miesiąc ten sam film obejrzymy w piżamie, pod kocem, jedząc pizzę z ulubionej pizzerii, a nie odgrzewane nachos z sosem seropodobnym? Wygoda wygrała z tradycją przez nokaut techniczny.
Zmierzch kultury masowej i renesans kameralności
Trzecim gwoździem do trumny masowego kina w 2026 roku jest, paradoksalnie, sama publiczność i oferta repertuarowa. Przez lata wielkie studia karmiły nas wyłącznie odgrzewanymi kotletami - kolejnymi częściami superbohaterskich sag, remakami i spin-offami. W efekcie nastąpiło zmęczenie materiału. Ile razy można ratować świat w ten sam sposób? Kiedyś kino było świątynią sztuki, miejscem magicznym. Dziś w multipleksach czujemy się jak w fabryce na taśmie produkcyjnej. Do tego dochodzi kwestia kultury współuczestnictwa. W dobie powszechnego uzależnienia od smartfonów, seans w dużej sali to walka z jasnymi ekranami telefonów osób, które nie potrafią wytrzymać dwóch godzin bez scrollowania mediów społecznościowych. Magia kina pryska, gdy kątem oka widzisz powiadomienie z Instagrama u sąsiada w rzędzie niżej.
Jednak czy to oznacza definitywny koniec kina? Niekoniecznie, ale na pewno koniec kina, jakie znaliśmy. Obserwujemy od jakiegoś czasu ciekawy trend - podczas gdy wielkie hale świecą pustkami, małe, studyjne kina przeżywają renesans, o ile przetrwały ekonomiczną rzeź lat poprzednich. Widzowie są skłonni zapłacić więcej, ale nie za „krzesło uderzające w plecy”, lecz za jakość, ciszę, wygodny fotel (który się nie rusza!), dobre wino zamiast coli i selekcję filmów, które dają do myślenia, a nie tylko atakują zmysły. Kino staje się rozrywką elitarną, czymś na kształt wyjścia do opery czy teatru. Przestaje być masowym pożeraczem czasu, a staje się celebrowanym wydarzeniem. To powrót do korzeni, gdzie liczy się treść i atmosfera, a nie technologiczne fajerwerki mające maskować braki w scenariuszu.
Podsumowanie
Rok 2026 nie jest rokiem śmierci kina, ale być może kolejny lub następny będzie rokiem ostatecznej weryfikacji. Model biznesowy oparty na drogich biletach, agresywnej sprzedaży przekąsek i męczących efektach specjalnych typu 4DX zbankrutował moralnie i finansowo. Widzowie zagłosowali nogami - a właściwie pośladkami, które wolą trzymać na własnych, wygodnych kanapach. Jeśli kina chcą przetrwać kolejne lata, muszą przestać ścigać się z domowymi telewizorami na technologię, bo ten wyścig już przegrały. Muszą zaoferować to, czego Netflix nigdy nie da - prawdziwą wspólnotę przeżywania emocji, szacunek dla widza i atmosferę, której nie da się ściągnąć z chmury. Dopóki jednak „innowacja” będzie oznaczać siniaki na plecach po seansie akcji za 80 złotych, dopóty sale będą świecić pustkami, a ostatni operator zgasi światło, wychodząc.
Przeczytaj również
Komentarze (15)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych