Rozmawiamy z Michałem Pawlikiem o rolach w Heweliuszu czy Chopin! Chopin!

Rozmawiamy z Michałem Pawlikiem o rolach w Heweliuszu czy Chopin! Chopin! "Bez struktury jest tylko chaos"

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 13:30

Miałem ogromną przyjemność usiąść do rozmowy z Michałem Pawlikiem - bez wątpienia jednym z najzdolniejszych i najbardziej świadomych aktorów młodego pokolenia. To dla niego niezwykle intensywny czas, który śmiało można nazwać punktem zwrotnym w karierze. Z jednej strony oglądamy go w monumentalnym serialu „Heweliusz”, gdzie mierzy się z żywiołem i narodową traumą, a z drugiej przenosi nas w gorset XIX-wiecznych konwenansów w przebojowym filmie „Chopin, Chopin!”. Dwie gigantyczne superprodukcje, dwa skrajnie różne światy i jeden aktor, który z chirurgiczną precyzją buduje swoje role, udowadniając, że polskie kino nie ma żadnych powodów do kompleksów.

To nie jest jednak typowy artysta bujający w obłokach. Pawlik zaskakuje analitycznym podejściem do swojego zawodu. Dla niego scenariusz to kod do dekompilacji, a improwizacja jest możliwa tylko wtedy, gdy - jak w jazzie - perfekcyjnie zna się bazową strukturę utworu. Ta metodyczność okazała się kluczowa na planie „Heweliusza”. Kręcąc sceny katastrofy w potężnych basenach belgijskiego Studio Lites, nie było miejsca na artystyczną samowolkę. Tam, gdzie woda, wiatr i hydraulika ważąca tony symulują sztorm na Bałtyku, procedura bezpieczeństwa staje się religią, a aktorstwo musi iść w parze z żelazną dyscypliną i odpowiedzialnością za życie kolegów z planu.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zimny, techniczny plan serialu katastroficznego aktor zamienił niemal natychmiast na arystokratyczne salony w filmie o Fryderyku Chopinie. Ten przeskok wymagał nie tylko zmiany kostiumu, ale całkowitego przeprogramowania mowy ciała - z trybu przetrwania na tryb niuansów i sztywnej hierarchii społecznej. Co ciekawe, ten sam człowiek, który z nostalgią opowiada o dawnej elegancji, po godzinach zdejmuje surdut i siada przed „blaszakiem”, by zanurzyć się w Zonie ze „S.T.A.L.K.E.R.-a” lub trenować do nowej roli pilota rajdowego w symulatorze „DiRT Rally”. Okazuje się bowiem, że dla Pawlika gry wideo to nie tylko eskapizm, ale kolejne, precyzyjne narzędzie w aktorskim warsztacie. Zapraszam do krótkiego, ale bardzo ciekawego wywiadu.

Rozwodnicy
resize icon

Maciej Zabłocki: Cześć Michał, dziękuję za spotkanie! Zacznijmy od Twoich początków. Ognisko Machulskich miało być lekarstwem na braki w czytaniu, a skończyło się na fascynacji techniczną stroną teatru. Słyszałem, że masz umysł analityczny, wręcz programistyczny. Jak to się w ogóle "kompiluje" z artystyczną duszą na planie? Przecież analitycy zazwyczaj mają problem z improwizacją.

Michał Pawlik: To tylko pozory. Uważam, że zarówno teatr, jak i film, są jak utwór muzyczny czy dobrze napisany kod – mają swoją strukturę. Moja analityczność pomaga mi tę strukturę "zdekompilować". Dzięki temu widzę, gdzie w scenariuszu są poszczególne klocki i jaka jest moja funkcja w danym ujęciu. Jeśli wiesz, dlaczego twoja postać pojawia się w konkretnym momencie, wiesz, jakich środków użyć. A improwizacja? To jest jak jazz. Jak już masz solidną bazę i znasz temat muzyczny, dopiero wtedy możesz zacząć improwizować. Bez struktury jest tylko chaos.

No właśnie, chaos. Przejdźmy do „Heweliusza”. Temat ciężki, katastrofa, która wstrząsnęła Polską w latach 90. Grasz stewarda, więc byłeś w samym środku tego piekła. Jak wygląda budowanie takiej „mokrej” roli? Czy na planie, walcząc z wodą, jest miejsce na aktorskie niuanse, czy włącza się tryb przetrwania?

Tutaj procedura bezpieczeństwa była bogiem. Musieliśmy stworzyć iluzję chaosu, ale chaosu w pełni kontrolowanego. Zanim w ogóle weszliśmy do wody, wszystko ćwiczyliśmy na sucho z kaskaderami. Potem dochodziły warunki mokre – wiatr, fale, śliska scenografia. Jeden błąd, chwila dekoncentracji i ktoś mógłby naprawdę ucierpieć. Więc jeśli pojawiała się improwizacja, to tylko wtedy, gdy ktoś czuł, że dana czynność jest nielogiczna lub niebezpieczna. Ale emocjonalnie? Tak, czujesz ten ciężar. Masz świadomość, że grasz w historii opartej na faktach, że rodziny ofiar mogą to oglądać. To narzuca ogromną odpowiedzialność i ucina chęć „popisywania się” aktorstwem.

Chopin Chopin_1
resize icon

Mówi się, że woda to najtrudniejszy przeciwnik filmowców. Gdzie wy to w ogóle kręciliście? Słyszałem legendy o basenach w Brukseli.

I to nie są legendy. Kręciliśmy w Studio Lites w Belgii, gdzie mają potężny basen, cztery razy większy niż cokolwiek, co mamy w Polsce, oraz na Politechnice Szczecińskiej, gdzie symulowaliśmy sztorm. To są potężne wentylatory, zraszacze, oświetlenie stroboskopowe imitujące pioruny. Pełna imersja. Ale przygotowania zaczynaliśmy od zwykłego basenu, sprawdzając wydolność. Na szczęście pływam całkiem nieźle, więc ten etap miałem z głowy.

Z lodowatego Bałtyku przeskoczyłeś prosto w XIX wiek do filmu o Chopinie. Z dreszczowca katastroficznego w gorset manier. Jak twoje ciało zniosło ten przeskok? Bo umówmy się, dzisiaj "elegancja" to pojęcie względne, a w tamtych czasach jeden zły gest mógł zrujnować całą reputację.

To jest fascynujące zderzenie. W XIX wieku emocje wyrażało się oszczędniej, a hierarchia społeczna dyktowała każdy ruch. Inaczej kłaniasz się mężczyźnie, inaczej kobiecie, inaczej arystokracie. Musieliśmy przejść szkolenie z obyczajowości, bo pomylenie ukłonu mogło być odebrane jako obraza. Co ciekawe, po zdjęciach, wracając do swoich ciuchów, czułem tę różnicę. Złapałem się na tym, że brakuje mi tamtej elegancji. Dzisiejsza totalna swoboda, gdzie rozpięta koszula na oficjalnym spotkaniu nikogo nie rusza, jest wygodna, ale chyba trochę przesadziliśmy w drugą stronę. Brakuje nam tego szacunku wyrażanego strojem.

Chopin Chopin_2
resize icon

To ciekawe, co mówisz, patrząc na młodsze pokolenie. Ja mam wrażenie, że dla nich elegancja to po prostu drogie logo na bluzie. Jako pedagog uczący studentów aktorstwa, widzisz tę zmianę w "oprogamowaniu" młodych ludzi? Social media wyprały im mózgi dopaminą?

Nie chcę brzmieć jak stary zrzęda, ale różnica jest zauważalna, głównie w utrzymaniu uwagi. Cyfryzacja, TikToki, szybkie bodźce – to wszystko sprawia, że trudniej im się skupić na długim procesie, jakim jest praca nad rolą. Oczekują natychmiastowych rezultatów, jak przy kliknięciu "Kup teraz". Ale to nie jest tak, że są straceni. Kiedy łapią bakcyla, kiedy rozumieją, że aktorstwo to podróż, a nie cel sam w sobie, potrafią odłożyć telefon i pracować niesamowicie ciężko. Tylko trzeba im pokazać, że w realnym świecie procesy trwają dłużej niż renderowanie rolki na Instagramie.

Zostawmy wielką sztukę, zejdźmy do piwnicy. Jesteś gejmerem. To rzadkość w twojej branży, żeby ktoś otwarcie przyznawał się do katowania w strzelanki. Co tam teraz ogrywasz, jak już zdejmiesz kostium z epoki?

Kiedyś byłem fanatykiem Call of Duty, ale ta seria stała się dla mnie zbyt szybka i przeładowana. Zrobił się z tego bloatware. Teraz wracam do klasyki – Counter-Strike nadal jest na dysku, ale serce mam przy S.T.A.L.K.E.R.-ze. Przeszedłem poprzednie części po kilka razy, ten klimat jest niepodrabialny. Czekam na "dwójkę" jak na zbawienie i chętnie ogram, gdy tylko zmodernizuje komputer. 

Czekaj, czyli gry to dla ciebie czysty reset, czy może coś z tego wyciągasz do pracy? Bo słyszałem, że symulatory jazdy to teraz twój chleb powszedni.

Dokładnie! Przygotowuję się do nowej roli, gdzie będę pilotem rajdowym. I żeby opanować komendy, ten specyficzny język i tempo, trenuję na symulatorze – DiRT Rally. To niesamowite, jak te dwa światy się przecięły. Gry FPS uczą cię spostrzegawczości, orientacji w terenie, a symulatory wyrabiają odruchy, które potem przekładasz na prawdziwe auto. To już nie jest tylko zabawa, to realne narzędzie treningowe.

Wspomniałeś o sprzęcie. Jesteś "pecetowcem" z krwi i kości czy romansujesz z konsolami?

Zdecydowanie PC. Myszka i klawiatura to przedłużenie ręki, zwłaszcza w FPS-ach czy strategiach. Konsole... no są, ale jeśli mam wybierać, zawsze postawię na blaszanego gryzonia. Zresztą, to wraca do mojej przeszłości. Pracowałem kiedyś w sklepie internetowym z oświetleniem i nagłośnieniem. Siedziałem tam i zamiast po prostu robić swoje, zacząłem optymalizować opisy produktów, układać kable w serwerowni, bo denerwował mnie bałagan. Mam tę potrzebę ulepszania systemów, a PC daje ci tę wolność grzebania w "bebechach", której konsola nie ma.

Mając 32 lata, masz na koncie dwie potężne superprodukcje w jeden rok - Heweliusz i Chopin. Uderzyła ci już "woda sodowa", czy to raczej poczucie, że wchodzisz na wyższy level w tej grze?

Traktuję to jako ogromny kredyt zaufania. Kiedy angażują cię tacy giganci jak Jan Holoubek czy Michał Kwieciński, to jest jak stempel jakości. Czuję nobilitację, ale nie kupuję jeszcze apartamentów w Złotej 44. To jest raczej moment, w którym czujesz, że warsztat, który szlifowałeś latami, wreszcie procentuje. Ale sodówka? Nie, mam zbyt dużo szacunku do tego zawodu i wiem, jak szybko można spaść z tej drabiny.

A propos technologii w kinie. Czy polskie kino w końcu dogoniło zachód? Mamy się czego wstydzić, czy te kompleksy są już nieuzasadnione?

Skończmy z tymi kompleksami. Technologicznie? Mamy to wszystko. Heweliusz, mój kolejny projekt - to są rzeczy kręcone na ścianach LED, w technologii wirtualnej produkcji, dokładnie tak jak Mandalorian. Mamy światowej klasy specjalistów, świetne zaplecze. Jedyne, czego nam brakuje, to dumy z tego, co nasze. Zamiast ciągle patrzeć na Hollywood, powinniśmy czerpać z naszej historii i literatury, bo mamy kopalnię tematów. Wystarczy po nie sięgnąć i zrobić to bez wstydu, na naszych warunkach.

Na koniec - wyobraźnia vs technologia. Czy jako aktor wolałbyś grać w prawdziwej scenografii, czuć fakturę drewna, czy nie masz problemu z bieganiem w obcisłym stroju na zielonym tle, udając, że walczysz ze smokiem?

Dla mnie green screen to po prostu powrót do teatru. W teatrze też często pracujesz na pustej scenie, a resztę dopowiada wyobraźnia. Więc jeśli Marvel zadzwoni i powie, że mam gadać do piłeczki tenisowej, która w postprodukcji będzie Thanosem - wchodzę w to. To jest czysta esencja aktorstwa: umowa z widzem i samym sobą, że to, co nie istnieje, jest śmiertelnie poważne.

Dzięki za rozmowę. I powodzenia w rajdach - tych wirtualnych i tych na planie.

Źródło: Opracowanie własne
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper