30 lat kończy kultowy film, który w latach 90. mocno zaskoczył widzów. Jak go dziś wspominamy?

30 lat kończy kultowy film, który w latach 90. mocno zaskoczył widzów. Jak go dziś wspominamy?

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

Kończące dziś 30 lat “Od Zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza to przykład filmu mocno tracącego już po wyjawieniu do jakiego gatunku on przynależy. Największym atutem tego niezwykłego widowiska jest bowiem bardzo nietypowe, zwłaszcza jak na lata 90’, połączenie swoistego kina gangsterskiego z horrorem klasy B, w którym widać również jak dobrze wspomniany Rodriguez uzupełniał się z Quentinem Tarantino.

Ojcem tego niezwykłego projektu filmowego był Robert Kurtzman — postać niezwykle wpływowa w branży, znana przede wszystkim jako twórca praktycznych efektów specjalnych do wielu głośnych produkcji. Urodzony w 1964 roku w Crestline w stanie Ohio artysta, poza fascynacją własną dziedziną, od zawsze miał jednak również ambicje scenariuszowe i reżyserskie. Pod koniec lat 80. napisał on 35-stronicowy zarys fabuły, rozgrywającej się w klubie ze striptizem, który — jak się okazuje — prowadzony jest przez wampiry. Jako osoba doskonale umocowana w świecie filmowego biznesu, Kurtzman wcześniej ustalił ze swoim partnerem biznesowym, Johnem Esposito, że to właśnie on rozwinie ten pomysł we właściwy skrypt. Plan ten szybko jednak legł w gruzach, gdy Esposito zaangażował się w prace nad „Cmentarną szychtą”; adaptacją prozy Stephena Kinga, do której napisał scenariusz. Nie chcąc odkładać projektu na bliżej nieokreśloną przyszłość, Kurtzman postanowił znaleźć inne rozwiązanie. Zamiast czekać, zdecydował się obrać zupełnie nową drogę, która wkrótce miała doprowadzić do powstania jednego z najbardziej nieoczywistych filmów gatunkowych lat 90.

Dalsza część tekstu pod wideo

Za sprawą grupy wspólnych znajomych Kurtzman trafił na Quentina Tarantino — wówczas jeszcze aspirującego twórcę, ale już powszechnie uznawanego za scenarzystę o nieprzeciętnym talencie i przyszłą gwiazdę kina autorskiego. Historia o wampirach w klubie ze striptizem od razu przykuła jego uwagę. Obaj szybko doszli do porozumienia: Tarantino miał napisać scenariusz, inkasując za to 1500 dolarów, dorzucając do umowy jeden, niezwykle sprytny zapis. Zastrzegł bowiem, że renomowana już wtedy firma Kurtzmana — KNB EFX Group — wykona nieodpłatnie charakteryzację na planie jego reżyserskiego debiutu. Jak się później okazało, była to inwestycja, która przeszła do historii kina.

To właśnie KNB odpowiadało bowiem za niesławną scenę odcinania ucha policjantowi przez Mr. Blonde’a we „Wściekłych psach”. Zanim jednak Tarantino stanął po drugiej stronie kamery, dostarczył Kurtzmanowi scenariusz, który od razu wyróżniał się na tle gatunkowej konkurencji. Kluczowe okazało się w nim bezczelne, a zarazem niezwykle pomysłowe połączenie dwóch porządków estetycznych. Film miał bowiem rozpoczynać się jak rasowa opowieść gangsterska, charakterystyczna dla wczesnej twórczości Tarantino, by mniej więcej w połowie gwałtownie skręcić w stronę krwawego, celowo tandetnego i kiczowatego horroru. Epatującego przemocą, ale robiącego to z wyraźnym przymrużeniem oka.

Kurtzman od początku planował, że tym właśnie filmem rozpocznie karierę reżyserską. Niestety kompletny brak doświadczenia na tym stanowisku, połączony z ogromną brutalnością i wulgarnością tego filmu sprawił, że żaden z producentów nie był zainteresowany wyłożeniem choćby jednego czy dwóch milionów dolarów na produkcję tego filmu. Czas jednak płynął, a sam Tarantino, za sprawą premiery “Wściekłych psów”, a przede wszystkim - nagrodzonego w Cannes Złotą Palmą -  "Pulp Fiction" stał się jednym z najgorętszych nazwisk w branży i co ważniejsze wciąż był zainteresowany rozwojem filmu. Zapowiedział więc w Miramax, że jego kolejnym projektem będzie właśnie “Od zmierzchu do świtu”, którego jednak nie miał zamiaru rozwijać samodzielnie, proponując na reżysera swego dobrego znajomego.

Podstępny jak wąż

From dusk
resize icon

Urodzonego w Teksasie Roberto Rodrigueza łączyło z Quentinem Tarantino nie tylko upodobanie do kina wszelkiego rodzaju, ze szczególnym wyróżnieniem często tandetnych filmów gatunkowych z poprzednich dekad, ale także ogromny sukces, jaki obaj zaliczyli na początku lat 90’. Słynne “El Mariachi” pokazało nie tylko ogromną sprawność w opowiadaniu ciekawych, gangsterskich historii, ale również niebywałą sprawność w pracy na mikrobudżecie. Umiejętność - z oczywistych względów -  niezwykle wśród producentów cenioną. Nic więc dziwnego, że perspektywa współpracy Tarantino z Rodriguezem wydawała się przedstawicielom Miramax wręcz spełnieniem marzeń i bardzo szybko na nią przystali. Mając jednocześnie świadomość tego z jak nieoczywistym, a przez to trudnym do sprzedania szerokiej publiczności projektem mają do czynienia.

Obecność w ekipie dwóch tak gorących nazwisk sprawił, że budżet produkcji, mającej kosztować maksimum dwa miliony dolarów, nagle wzrósł aż do dziewiętnastu, a zatem twórcy mogli sobie pozwolić na dużo więcej niż początkowo planowali. Obaj bardzo szybko zabrali się do pracy, za cel obierając sobie błyskawiczne zakończenie okresu zdjęciowego, tak by film był gotowy na oficjalną premierę w święto Halloween w 1995 roku. Ten ostatecznie okazał się jednak zupełnie nierealny. Wcześniej bowiem Tarantino wziął się za poprawianie skryptu, uwzględniając wszystkie uwagi swego kompana, pogłębiając charaktery głównych bohaterów i dopracowując zasady funkcjonujące światem w drugiej części filmu. 

Kluczową kwestią okazał się rzecz jasna casting. Pełen nieoczywistych, ale przez to również niezwykle interesujących wyborów. Sam Tarantino już wcześniej zapewnił sobie rolę psychopatycznego Richiego Gecko, mocno kontrastującą z chłodnym i kalkulującym bratem, Sethem, w którego ostatecznie wcielił się George Clooney. W tym momencie kojarzony niemal wyłącznie z kreacją doktora Douga Rossa, z niezwykle popularnego wówczas “Ostrego dyżuru. Rodriguez i Tarantino wierzyli jednak, że nie tylko sprawdzi się on w kompletnie innej roli, ale także dzięki jego angażowi sam film zyska dodatkową popularność i w tym zakresie zupełnie się nie pomylili. Clooney z kolei pragnął w owym czasie zerwać z nieco nudnym, mocno ugrzecznionym wizerunkiem, dlatego mocno starał się o tę rolę. Sam Tarantino z kolei namówił do współpracy Harveya Keitela, z którym współpracował już na planach “Wściekłych psów” i “Pulp Fiction”. Choć doświadczony aktor początkowo zupełnie nie wierzył, że scenariuszowy twist z połowy filmu zadziała, ostatecznie zgodził się zagrać w tym filmie.

Innego rodzaju problemy miała Salma Hayek, która wcześniej współpracowała już zarówno z Rodriguezem, jak i Tarantino. Po przeczytaniu scenariusza stwierdziła bowiem, że nie jest to rola dla niej, ze względu na paniczny wręcz strach przed wężami, których do tej pory bała się jak diabeł (lub wampir) święconej wody. Reżyser filmu uciekł się jednak do pewnego podstępu, mówiąc jej, że tą rolą jest już zainteresowana Madonna. Aktorka postanowiła więc długimi miesiącami popracować z terapeutą, w ten sposób nie tylko przezwyciężając lęk, ale również dostarczając jednej z najbardziej ikonicznych scen lat 90’. Początkowo zresztą jej postać miała się nazywać “Blonde Death”, a zmiana na “Santanico Pandemonium” to sprawka Tarantino, który tym samym nawiązywał do jednego z popularniejszych przedstawicieli horrorowego nurtu “nunsploitation”, meksykańskiego filmu z 1975 roku. Warto również zwrócić uwagę na drugoplanowe role takich legend kina gatunkowego jak Tom Savini, czyli Sex Machine, Fred Williamson jako Frost czy Cheeh Marin, który w filmie zagrał kilka ról. Z uwagi na długą znajomość z Tarantino, nietypową jak na siebie, rolę w filmie otrzymała również Juliette Lewis.

Twist utrzymany w tajemnicy

From dusk
resize icon


Film w reżyserii Roberta Rodrigueza miał swoją kinową premierę w styczniu 1996 roku, a poprzedziła ją niezwykle udana akcja marketingowa. We wszystkich materiałach reklamowych przedstawiano obraz jako typową historię gangsterską, co dodatkowo uwiarygadniał udział Rodrigueza i Tarantino. Udało się również, co jest trudne do pomyślenia z dzisiejszej perspektywy, utrzymać horrorowy twist w tajemnicy. Nic więc dziwnego, że sam seans okazał się dla wielu widzów szokiem i wpłynął na mieszane odczucia co do tej produkcji. W modzie było podkreślanie, że sam film to jedno z najlepszych dzieł ostatnich lat - do czasu pojawienia się w nim wampirów, jak również wychwalanie elementów, za które miał rzekomo odpowiadać Tarantino, przy jednoczesnym ganieniu tych przypisywanych inwencji Roberta Rodrigueza. 

Nie może zatem dziwić, że film już w latach 90. został przyjęty chłodno przez tradycyjną publiczność kinową, od początku nastawiającą się na zupełnie inną produkcję niż jej druga część, a jednocześnie bardzo szybko zyskał status dzieła kultowego. Zwłaszcza wśród miłośników kina gatunkowego, którzy w lot pojęli liczne nawiązania do wcześniejszych produkcji, obecne także za sprawą występu, wspomnianych wcześniej aktorów. Dla współczesnego widza, zaznajomionego już ze scenariuszową przewrotką, sam film może być dziś historyczną ciekawostką, zwłaszcza iż czas nie obszedł się zbyt dobrze również z efektami specjalnymi, które wyglądają dziś wręcz komicznie. Wyjątkowo blado wypada również porównanie z innymi filmami tej epoki, takimi jak choćby “Martwica mózgu” czy “Martwe Zło 2”, które zdecydowanie lepiej łączyły komedię z horrorem, tworząc niezwykle smakowitą, krwawą groteskę.

Ogromny sukces tego filmu, zwłaszcza w drugim obiegu, sprawił jednak, że do wielu pomysłów w nim zawartych bardzo szybko powrócono. Już bowiem trzy lata później powstała kontynuacja, w reżyserii Scotta Spiegela, z Robertem Patrickiem w roli głównej, rzecz jasna już bez udziału duetu Rodriguez-Tarantino, a jeszcze w tym samym roku na rynku pojawiła się, pomyślana jako prequel, część trzecia, w której tym razem zagrał - znany przede wszystkim z “Cinema Paradiso” Giuseppe Tornatore - Marco Leonardi. Obie produkcje bardzo szybko uznano jednak za ordynarny skok na kasę. Inaczej było w przypadku całkiem wysoko cenionego przez fanów serialu. Mającego swą premierę w 2014 roku i składającego się z trzech sezonów, który całkiem zgrabnie rozwija dzieje braci Gecko, w dużo ciekawszy niż sam film Rodrigueza podchodząc zwłaszcza do postaci Richiego. Sam film powrócił w minionym roku za sprawą “Grzeszników” Ryana Cooglera, który powoływał się na obraz z 1996 roku, wspominając zarówno główną oś fabularną, jak i specyficzne użycie muzyki.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper