Nie tylko Stranger Things. Dziesięć seriali, których finały mocno rozczarowały widzów
„Koniec wieńczy dzieło” — jak mawia znane przysłowie, co zazwyczaj sprawdza się także w przypadku długich seriali. Niekoniecznie jednak w ostatnich latach. Coraz częściej mamy bowiem do czynienia z produkcjami przedłużanymi na siłę, których finały boleśnie rozczarowują fanów.
Rosnąca popularność miniserii, czyli zamkniętych historii rozpisanych na z góry określoną liczbę odcinków, wynika w dużej mierze z malejącej wiary widzów w to, że opowieści budowane latami doczekają się w ostatnim sezonie satysfakcjonującego domknięcia. Królem serialowych finiszów pozostaje niewątpliwie Vince Gilligan, który już dwukrotnie — wręcz mistrzowsko — zakończył swoje wielkie dzieła: „Breaking Bad” oraz „Better Call Saul”. Stąd bierze się zapewne - podzielane także przeze mnie - przekonanie, że mimo wielu nieprzekonujących elementów podobnie będzie w przypadku jego najnowszego projektu, „Pluribusa” — jednego z najciekawszych serialowych tytułów minionego roku. Jednym z najbardziej dramatycznych, a zarazem genialnych zakończeń w historii telewizji może się również pochwalić znakomite „The Shield” Shawna Ryana.
Mówiąc o fanowskim rozczarowaniu, warto jednak wprowadzić pewne rozróżnienie. Nawet bowiem w przypadku największych serialowych dzieł XXI wieku znaleźli się widzowie narzekający na ich ostatnie sezony. David Chase do dziś tłumaczy się w wywiadach z tego, jak naprawdę zakończyła się „Rodzina Soprano”, co nie powinno dziwić nikogo, kto pamięta wyjątkowo enigmatyczne finałowe minuty tego serialu. Z kolei wśród fanów „The Wire” Davida Simona panuje niemal powszechna zgoda co do tego, że piąty sezon jest nieco zbyt efekciarski, co wyraźnie kłóci się z realistycznym charakterem całej serii. Gdy jednak dziś mówimy o serialach z nieudanym zakończeniem, mamy na myśli przede wszystkim te produkcje, których ostatnie sezony radykalnie odstają poziomem od wcześniejszych, są przeciągnięte lub sprawiają wrażenie pozbawionych pomysłu na sensowne domknięcie wcześniej fascynująco rozwijanej historii. Niestety, w ostatnich latach wyjątkowo często mieliśmy do czynienia właśnie z takimi przypadkami.
Gra o Tron
Wielu widzów, śledzących dzisiejsze komentarze na temat ostatniego sezonu serialowej superprodukcji Netflixa, z całą pewnością odczuwa dobrze znane déjà vu. Dokładnie te same emocje towarzyszyły im bowiem kilka lat temu, w trakcie kolejnych tygodni, gdy do sieci trafiały nowe odcinki finałowego sezonu hitu HBO. Ekranizacja powieściowego cyklu George’a R. R. Martina stała się wówczas obiektem rosnącej frustracji fanów, rozczarowanych kierunkiem obranym przez twórców oraz sposobem domykania wieloletniej opowieści. Od rozczarowującej bitwy o Winterfell, poprzez sposób rozstrzygnięcia wojny o stolicę i coraz głupiej zachowujących się bohaterów, a skończywszy na ckliwym zakończeniu - absolutnie wszystko poszło w tym przypadku nie tak.
The Umbrella Academy
Oparta na twórczości Gabriela Ba i Gerarda Way, wokalisty zespołu My Chemical Romance, seria była jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych w ostatnich latach opowieści superbohaterskich, głównie za sprawą niebanalnych bohaterów i interesujących powiązań pomiędzy nimi. Jeszcze finisz trzeciego sezonu sugerował niezwykle atrakcyjne rozwiązanie wielu wątków, pojawiających się we wcześniejszych odsłonach sezonu. Niestety czwarta, a jednocześnie ostatnia odsłona produkcji zdecydowanie rozczarowała widzów, co widać po słabiutkich ocenach końcowych odcinków. Za krótka, bo składająca się z zaledwie sześciu odcinków, pośpiesznie zamykająca główne wątki część sprawiała wrażenie kompletnie nieprzemyślanej, a całość dopełniło bezduszne zakończenie.
House of Cards
W tym wypadku sprawa jest wyjątkowo prosta. Rosnące kontrowersje wokół postaci Kevina Spaceya, grającego w tym serialu głównego bohatera, Francisa Underwooda doprowadziły do jego zwolnienia. Jednocześnie jednak włodarze Netflixa ani myśleli zarzynać kury znoszącej złote jajka, dlatego też zdecydowano się na realizację szóstej odsłony. Uśmiercając Franka, w centrum stawiając postać jego żony, Claire. Jak można było się domyślać nie spotkało się to z życzliwym przyjęciem widzów, także dlatego, że poziom scenariuszy ostatnich odcinków radykalnie odstawał od najlepszych dwóch pierwszych sezonów tego dzieła, a widzowie oglądali je mając z tyłu głowy stare powiedzenie Greka Zorby: “Jaka piękna katastrofa!”.
Dexter
Rozwleczona do granic możliwości pierwotna, ośmiosezonowa seria z Michaelem C. Hallem w roli głównej w swych końcowych stadiach zaczęła niebezpiecznie przypominać rozgotowany makaron. O ile bowiem wcześniej “Dexter” miewał już problemy z utrzymaniem wysokiej formy, to jednak za sprawą umiejętnie pisanych bohaterów - takich jak choćby Trinity Killer - łapał jeszcze wysoką formę. Ostatnia odsłona zaczęła się jednak w sposób zdecydowanie zbyt ostentacyjny bawić swoją formułą, a sam finał był na tyle rozczarowujący, że seria aż prosiła się o właściwe zwieńczenie, które przy okazji dało również asumpt do nowego otwarcia, cieszącego się ostatnio sporą popularnością.
Sex Education
Czwarty sezon lubianego i niezwykle popularnego serialu Netflixa był powszechnie krytykowany za odejście od dotychczasowych założeń i toporność, a wręcz dydaktyczność niektórych wątków. Nowe miejsce akcji ostatniej odsłony, czyli Cavendish College, zdaniem wielu przypominało raczej utopijną, oderwaną od rzeczywistości przestrzeń niż realną szkołę, przez co większość wątków była oceniana jako sztuczna i przestała oddawać realne problemy z jakimi stykają się młodzi ludzie. Nie pomogło przeładowanie nowymi postaciami, za sprawą którego widzowie stracili z oczu głównych bohaterów, których zdążyli już polubić. W tym kontekście niskie oceny ostatnich odcinków nie mogą dziwić.
Killing Eve
Seria, za którą stały m.in. Phoebe Waller-Bridge i Emerald Fennell od początku wyróżniała się świetnym połączeniem kina szpiegowskiego ze swoistą czarną komedią, czyniąc z głównej bohaterki niezwykle oryginalnej i niebezpiecznej zabójczyni Villanelle (fantastyczna Jodie Comer) postać daleko wychodzącą poza dotychczasowe schematy, z czasem dobudowując do fabuły serialu niezwykłą relację łączącą ją z Eve Polastri, graną przez Sandrę Oh. Dodając do tego świetne postacie, grane przez Fionę Shaw, jak również Kima Bodnię była to niezwykle oryginalna i atrakcyjna seria, która powinna się jednak skończyć wcześniej. Czwarty sezon, pełen w wątpliwej jakości scenariuszowych wolt i iście karkołomnych pomysłów był zdecydowanie najniżej oceniany ze wszystkich.
True Blood
Pierwsze sezony serialu Alana Balla, oparte na twórczości Charlaine Harris były niezwykle zgrabnym połączeniem komedii ze świeżym spojrzeniem na typowe elementy dark fantasy, zwłaszcza postacie wampirów, a także wilkołaków. Niestety sam Ball odszedł po piątym sezonie, a następne były już realizowane przez innych twórców. Kulminacją problemów był według wielu fanów sezon ostatni. Chaotyczny, pośpieszny i kompletnie niespójny, zwłaszcza jeśli chodzi o dotychczasowy rozwój postaci, także tych drugoplanowych, marnujący ich potencjał.
Jak poznałem waszą matkę
Dziewiąty sezon niezwykle popularnego sitcomu, realizowanego od 2005 roku wystawił wielu fanów produkcji na próbę, której duża część nie przetrwała. Przedziwny pomysł na tę odsłonę, skupiającą się na zaledwie jednym weekendzie i kompletny chaos w ostatnich odcinkach, obejmujący liczne skoki czasowe, a także pozostawienie wielu ważnych wątków otwartymi, połączone ze złym, bo sprzecznym z drogą jaką przeszli rozwojem wielu postaci zwieńczeniem zawiodło wielu fanów. Nic dziwnego, że twórcy serialu zdecydowali się później na umieszczenie alternatywnego zakończenia na płycie DVD.
Roseanne
W przypadku kolejnego, niezwykle popularnego sitcomu, tym razem z lat 90’, fanów rozwścieczyła głównie jedna decyzja fabularna, ich zdaniem całkowicie rujnująca serię. Twórcy zdecydowali bowiem o tym, że Connerowie nagle wygrywają na loterii i z rodziny z klasy robotniczej stali się milionerami, co kompletnie zniszczyło realizm, jakim wyróżniał się ten tytuł na tle innych podobnych produkcji. Na domiar złego scenarzyści postanowili się wykpić najprostszym pomysłem, sugerującym że wszystko co oglądali widzowie było jedynie projekcją głównej bohaterki, kompletnie tracąc dotychczasową spójność narracyjną.
Bogaci bankruci
Wiele mówiono w ostatnim czasie o pogarszającym się poziomie serialu “Chłopaki z baraków”, zwłaszcza od czasu gdy został on przejęty przez Netflixa. Trudno, by serial emitowany przez tyle lat wciąż utrzymywał równy poziom, zwłaszcza iż jego spadek wcześniej przytrafił się innym, zdecydowanie krótszym, a uchodzącym za komediową klasykę seriom. Tak było w przypadku“Arrested Development”, w kontekście którego mówi się zazwyczaj o stworzeniu nowych standardów dla sitcomów. Komedii wymagającej uwagi, pełnej ciekawych postaci, łącznie z narratorem, pełnej absurdalnych dowcipów. Ostatni sezon był jednak najgorzej oceniany przez fanów, a wielu z nich komentowało później, że sprawia wrażenie dużo prostszej produkcji tylko doklejonej do wielkiej marki.
Przeczytaj również
Komentarze (19)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych