Tarantino wciąż szokuje, ale po co? Dziwaczne wypowiedzi wielkiego reżysera
Uwielbiam Quentina Tarantino. Ale jego ostatnie wypowiedzi sugerują, że stał się twórcą niezdolnym do wywołania artystycznego fermentu. Zamiast tego, chcąc ratować swą pozycję, postawił na kontrowersje. I głupoty.
Tarantino nigdy nie był twórcą pokornym. Światu przedstawił się w 1992 z rewelacyjnymi “Wściekłymi psami”, a następujące dwa lata później “Pulp Fiction” ugruntowało jego pozycję jako reżysera krnąbrnego, kontrkulturowego, a jednocześnie głęboko zanurzonego w kulturze masowej. Pomogła swoista nieobyczajność Amerykanina, który podczas Złotych Palm 1994 środkowym palcem pozdrowił kobietę domagającą się nagrody dla Krzysztofa Kieślowskiego. “Pulp Fiction” pokonało wówczas “Trzy kolory: Czerwony”, ale też filmy szeregu innych twórców urodzonych przed zakończeniem drugiej wojny - Andrieja Konczałowskiego, Luciana Pintiliego, Abbasy Kiarostamiego, Artura Ripsteina, Patrica Chereau, Alana Rudolpha i Mario Brenty. Szło nowe, dynamiczne. Tarantino, będący świeżo po 30., święcił triumfy i wyznaczał trendy światowego kina. Ale tego Tarantino chyba już nie ma.
W ostatnich latach Tarantino nie stworzył dzieła inspirującego. Nie oznacza to oczywiście, że jego wpływ na kino pozostał żaden, bo przecież naśladowców stylu ma bez liku. Nie oznacza to również, że filmy pokroju “Pewnego razu w Hollywood”, “Nienawistnej ósemki” lub “Django” były złe, absolutnie. To wciąż świetne kino, ale bez mocy przywrócenia Amerykaninowi lauru pierwszeństwa. Są w tym momencie reżyserzy ważniejsi, bardziej rozpoznawalni, lepsi, głośniejsi. Przede wszystkim głośniejsi. I właśnie to ostatnie zdaje się najbardziej boleć gościa, który naprawdę już nie musi.
Zamiast tego jednak Tarantino wszedł na swój piedestał i wygłasza tezy z poczuciem wyższości tak silnym, że trudno się nie skrzywić. Wielokrotnie brakuje im pogłębienia, zdarza się, że i sensu. Próżno uciec przed wrażeniem, że liczy się tylko kontrowersja, bo jeśli nie ona, to starzec krzyczy na chmury, bo nie może ich dosięgnąć.
Największym z ostatnich absurdów wydaje się krytyka wycelowana w Paula Dano. A właściwie nie krytyka, bo ta powinna mieć jakąś argumentację. Tymczasem w wypadku Dano Tarantino wziął wiadro i wylał pomyje na ponad 20 lat młodszego aktora. A współczesne kino się częściowo od Tarantino odwróciło, a raczej stanęło po stronie zaatakowanego. Wypowiedź reżysera kontrowali między innymi Matt Reeves, Maya Rudolph, Paul Thomas Anderson, Toni Colette i Ben Stiller.
“Aż poleje się krew” to miało być starcie dwóch aktorów. Ale to oczywiste, że tak się nie stało. Dano jest totalnym cieniasem. Słabą siostrzyczką. Daniel Day-Lewis go zjada. Austin Butler byłby w tej roli cudowny. Dano jest po prostu takim słabym, słabym, przecenianym gościem. Daniel Day-Lewis pokazał, że nie potrzebuje mocnego przeciwnika. Film go potrzebował. To miało być starcie dwóch aktorów, ale nie jest! Dajesz Day-Lewisa do duetu z najgorszym pie**olonym aktorem w Gildii Aktorów? Z najbardziej miękkim fi*tem na świecie? - bulwersował się Tarantino, cytowany przez Variety.
Paul Dano is an incredible actor, and an incredible person.
— Matt Reeves (@mattreevesLA) December 4, 2025
Cały ten krytyczny wyziew jest tym bardziej zabawny, że Tarantino do roli w dziele Paula Thomasa Andersona proponuje Butlera. Tego samego Butlera, który w roku premiery filmu miał… 15 lat. Wobec tego naprawdę trudno uznać, co jest większą niedorzecznością - kompletnie bezzasadne równanie Dano z ziemią, czy opowiadanie się za kimś, kto nie miałby najmniejszych szans w aktorskim pojedynku z Day-Lewisem. Na dobrą sprawę z tym drugim poradziłaby sobie garstka osób na planecie i na tej liście zdecydowanie nie ma 15-letniego Butlera.
Niestety, nie jest to jedyna w ostatnim czasie wypowiedź Amerykanina, która w najlepszym razie konfunduje. Tarantino znów zaatakował Owena Wilsona, zbagatelizował twórczość Cate Blanchette, a także stwierdził, że Martin Scorsese nie nakręcił w XXI wieku niczego równego “West Side Story” Stevena Spielberga. Ten sam Scorsese, który wypuścił “Wilka z Wall Street”, “Wyspę tajemnic” i “Czas krwawego księżyca”. Oczywiście, każdy ma prawo do swojej opinii, ale celem Tarantino nie wydaje się wyrażenie jej i argumentacja, ale tylko wywołanie emocji. Byle ktoś zaczął o nim mówić.
Na inne rozwiązania Amerykanin nie jest w stanie się obecnie zdobyć. Jego potencjalnie ostatni projekt filmowy tkwi w miejscu. Uzupełnienie uniwersum “Kill Billa” spotkało się z mieszanym przyjęciem, bo o ile sam pomysł na “Yuki’s Revange” wydaje się zacny, to wrzucenie akcji do “Fortnite” i wplecenie tam postaci z growego uniwersum wygląda pokracznie. Podobnie jak cenzurowanie “Pussy wagon”, nie mówiąc już o finale walki z siostrą Gogo Yubari.
Z samą Gogo też wiąże się dość zabawna historia, mocno rzutująca na obecną pozycję Tarantino. Reżyser otrzymał bowiem celną ripostę od Josha Hutchersona, gwiazdora “Igrzysk śmierci”. Tarantino serii filmowej, zapoczątkowanej w 2012 roku, naprawdę nie lubi. Jeszcze gorsze zdanie ma o książkach Suzanne Collins.
Nie rozumiem, dlaczego twórca “Battle Royal” nie pozwał Suzanne Collins o wszystko, co jej się ku*wa należy. Oni po prostu zerżnęli tę cholerną książkę! Głupi krytycy książkowi nie obejrzą japońskiego filmu o nazwie “Battle Royale”, więc ci głupi krytycy książkowi nigdy jej tego nie wytknęli. Mówili, że to najbardziej oryginalna rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytali. Jak tylko krytycy filmowi zobaczyli film, powiedzieli: “Co do cholery! To po prostu “Battle Royale”, tyle że z kategorią wiekową PG!” - wściekał się reżyser w podcaście The Bret Easton Ellis Podcast.
Hutcherson zareagował zręcznie.
Z pewnością są podobieństwa. Ale wiecie - każdy się czymś inspiruje - powiedział aktor.
Słuszne spostrzeżenie, patrząc na to, jak Tarantino zbudował swoją pozycję i portfolio. Większość filmów zawiera mniejsze lub większe odniesienia do innych dzieł. Czasami są one bardzo wyraźne, czasami wręcz podkreślane przez samego reżysera. Wspomniana wcześniej Gogo Yubari została zapożyczona właśnie z “Battle Royale” - to nie tylko ta sama aktorka, ale też charakteryzacja. Naprawdę, ostatnią rzeczą, jakiej Tarantino powinien się czepiać, jest wzorowanie się na innych twórcach.
Tym bardziej, że “Battle Royale” nie jest rzeczą aż tak oryginalną. 20 lat przed japońską książką powstały “Uciekinier” i “Wielki marsz” Stephena Kinga. Obie zawierają w sobie elementy stojące u podstaw “Battle Royale” i “Igrzysk śmierci”. O ile jednak azjatycka książka nie ma ambicji, aby detalicznie opowiadać o świecie przedstawionym, o tyle Collins uniwersum poszerzyła daleko poza pierwotne ramy. Spokojnie więc z tym plagiatem.
Przeczytaj również
Komentarze (9)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych