Przerażająca wizja przyszłości. Kultowy film ma 20 lat, komiks jest jeszcze lepszy
Alan Moore nie ma szczęścia do adaptacji współtworzonych przez siebie komiksów. Niestety, “V jak Vendetta” nie jest wyjątkiem od tej reguły. Po dwudziestu latach od pierwszego pokazu film ten wypada nieźle jako film sam w sobie, ale niknie wobec genialnego pierwowzoru.
Praca nad “V jak Vendetta” była mozolnym działaniem scenarzysty Alana Moore’a i rysownika Davida Lloyda. Moore wspominał, że w niektóre dni przygotowywanie satysfakcjonującej historii nie stanowiło żadnego problemu, ale w inne bezustanna pogoń za perfekcjonizmem kończyła się rezygnacją. Ostatecznie jednak duet dopiął swego - większa część z trzech ksiąg składających się na całość komiksu ukazała się w latach 1982-1985 w magazynie “The Warrior”. Gdy magazyn upadł, całością zajęło się DC, które najpierw wypuściło reedycję wzbogaconą o kolor, a następnie premierowo opublikowało ostatnią księgę poświęconą V.
Komiks odniósł niebagatelny sukces, najpierw przyczyniając się do stworzenia, a później ugruntowania pozycji Moore’a jako jednego z najlepszych scenarzystów świata. Bo chociaż “V jak Vendetta” to jego pierwsze dzieło, to przed finałem z 1989 roku pojawili się już “Strażnicy”, “Zabójczy żart” czy też udany run przy “Potworze z bagien”. Pod koniec lat 80. Moore był na absolutnym szczycie, chociaż nie tworzył komiksów łatwych. Wielokrotnie poruszał tematy polityczne, czynił bogate odniesienia kulturowe, nie obawiał się również rewolucyjnego podejścia do postaci będących ikonami.
Każdy z tych aspektów, będących nieodłącznym elementem twórczości Anglika, zaistniał w mniejszym lub większym stopniu właśnie w “V jak Vendetta”. Ale nie tylko z tego względu mamy do czynienia z komiksem przełomowym, unikatowym w skali całego medium.
Pamiętaj, pamiętaj…
Fabularnie “V jak Vendetta” osadzone jest w Wielkiej Brytanii po okresie zimnowojennym, z którego Wielka Brytania wyszła lepiej niż Afryka i reszta Europy, zniszczone przez działania ZSRR i USA. Jednocześnie to Wielka Brytania trzymana pod butem faszystów - ciche zezwolenie społeczeństwa pozwoliło przejął władzę partii Norsefire z Adamem Susanem na czele. W konsekwencji ludzie są bezustannie inwigilowani, oszukiwani, kontrolowani przez władzę. Przejawy buntu tępi się zaś bezwzględnie, przy czym bunt rozumie się jako wszelkie odstępstwo od normy. W świecie Norsefire nie ma miejsca między innymi dla homoseksualistów i socjalistów.
Takie postawienie sprawy to żaden przypadek. Moore wprost odwołuje się nie tyle do rządów faszystów w Niemczech, co do polityki prowadzonej przez Margaret Thatcher. To w nią wymierza ostrze swej krytyki, tworząc historię na wskroś brytyjską, w której walkę toczą faszyzm i anarchia uosabiana przede wszystkim przez V, zamaskowanego mściciela, który posługuje się maską Guya Fawkesa.
I to ma sens. Wszystkie ważniejsze odniesienia czynione przez Moore’a i Lloyda (to właśnie rysownik zaproponował, aby V wyglądał jak Fawkes), a także działania podejmowane przez V są nierozerwalnie splecione z historią Wielkiej Brytanii. “V jak Vendetta” może być czytany nie jako rozgrzeszenie, ale próba polemiki z ogólnym odbiorem Fawkesa w tym kraju - działa już nie jako symbol terroryzmu, lecz samozwańczego sprzeciwu. Równie ważne okazuje się umiejscowienie akcji, w końcu pierwszym aktem anarchii V jest wysadzenie Pałacu Westminsterskiego.
Moore nie mówi o świecie, którego nie zna. Pokazuje, że pewne zachowania mają charakter uniwersalny. Że faszyzm, niezależnie od okresu historycznego, może skutkować zamknięciem ludzi w “obozach przesiedleńczych”, które w istocie są obozami zagłady. Że brak zgody na odmienność, swobodę przekonań są skutecznymi środkami kontroli, jednak w pewnym momencie najdzie rewolucja. Ludziom, choćby najbardziej stłamszonym, potrzeba iskry. Wznieca ona pożar zmieniający wszystko. W komiksie ma on wyjątkowe znaczenie - z jednej strony niszczy osobę stojącą za V, z drugiej rodzi V, wreszcie zaś jest symbolem upadku Norsefire.
Jednocześnie autorzy nie traktują V jako bohatera. Otrzymujemy wyraźny obraz socjopaty, człowieka (?) bezwzględnego, motywowanego interesem społecznym, lecz również prywatną wendettą. Wreszcie zaś V okazuje się psychopatą gorszym nawet niż Norsefire - okrutnie manipuluje nastoletnią Evey Hammond, czyniąc z niej swą zwolenniczkę, niewolnicę, a finalnie następczynię. Jego eksperymentu, opracowanego na modłę tego, któremu sam był poddany w obozie zagłady, nie da się obronić. Dlaczego jest gorszy niż Norsefire? Bo Evey mu ufała.
Amerykanizacja
Przez następne lata “V jak Vendetta” pozostawało cenionym dziełem komiksowym. W 1999 roku tytuł trafił na listę stu najlepszych komiksów w ankiecie przygotowanej przez “The Comics Journal”. Jednocześnie ta filozoficzna rozprawa o anarchii i faszyzmie ustępowała innym pracom Moore’a, z naciskiem na “Strażników” i “Zabójczy żart”. Sytuacja zmieniła się w 2005 roku. Sprzedaż “V jak Vendetta” ponownie ruszyła z kopyta, a maska głównego bohatera zyskała status fenomenu.
Werner Bros. zabrało się wtedy za adaptację “V jak Vendetta”. W głównych rolach obsadzono Huga Weaving oraz Natalie Portman, zaś scenariusz i produkcję przejęły siostry Wachowskie. Nie było to oczywiście pierwsze podejście do twórczości Moore’a, bo wcześniej na ekrany kin trafiły “Liga niezwykłych dżentelmenów” oraz “Prosto z piekła”. Z perspektywy czasu trudno ocenić, który z tych filmów pozostaje gorszą adaptacją oraz gorszym filmem samym w sobie. Stanowią dla siebie naprawdę mocną konkurencję.
W tym względzie “V jak Vendetta” jest inne. Chociaż wprowadzono szereg zmian względem oryginału, to w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej produkcji nie rzutują one w tak stanowczy sposób na odbiór całości. Nie sprawiają, że całość zalicza kompromitujący upadek. Zniekształcają natomiast wymowę, przesłanie komiksu, na co wściekał się właśnie Moore.
Początkowo twórcy filmu utrzymywali, że Anglik jest zachwycony perspektywą filmu, a scenariusz bardzo mu się spodobał. Moore zareagował kategorycznym sprzeciwem, a następnie punktował wprowadzone zmiany. Najważniejszym było odarcie “V jak Vendetta” z anarchizmu i faszyzmu - słowa te, tak bardzo przecież obecne w komiksie, właściwie nie padają podczas seansu. Oryginalny scenariusz uległ amerykanizacji, czego przykładem historia Evey, podejście do V, ale też wymowa polityczna.
Evey od samego początku portretuje się jako bohaterkę bardzo silna, zatem jej przemiana wypada płycej (ponadto porzucono mocny wątek prostytucji 16-latki). V nie jest nawet antybohaterem, lecz herosem, co uwydatniają przerysowane sceny walki, nieobecne w komiksie. Wreszcie zaś filmowe “V jak Vendetta” osadzone zostało w Wielkiej Brytanii, ale nie mówi o Wielkiej Brytanii. Koncentruje się na krytyce rządu Busha, odwołuje do tortur w Guantanamo. Słusznie podnosi rękę na jednego z najgorszych prezydentów USA, ale stoi w nieumiejętnym rozkroku między miejscem akcji a swym tematem. Zamiast skupiać się na wątkach pogłębienia psychologii postaci - zupełnie porzucono tę kwestię u Susana - niepotrzebnie wpleciono rozwiązania rodem z “Matrixa”, tworzące z “V jak Vendetta” produkt swoich czasów, a nie historię ponadczasową. Wyszło nieźle, lecz potencjał wykraczał poza ten epitet.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych