
Gamescom 2025: Graliśmy w Borderlands 4. Nowa planeta, nowe możliwości i stonowany humor
Jestem fanem Borderlands od pierwszej części, choć najbardziej cenię sobie „dwójkę”. Trójka trochę za mocno odcinała kupony, więc twórcy słuchając społeczności postanowili wprowadzić do zabawy sporo zmian. Czy na lepsze? Jeden Claptrap powie „tak”, drugi „nie”.
Akcja Borderlands 4 tym razem nie dzieje się na Pandorze, a na nowej planecie Kairos, gdzie jesteśmy świadkami politycznych przepychanek o władzę. Trzeba przyznać, że całość jest tym razem bardziej mroczna, można by nawet rzec, że mniej komiksowa i karykaturalna. Jasne, specyficzny humor nadal jest obecny, nadal mamy do czynienia z różnymi gagami, ale wyraźnie z nimi stonowano, a scenariusz dość mocno obraca się wokół transformacji społeczeństwa i związanych z tym konsekwencji.
Widać to również po dialogach - jest mniej momentów, w których słyszymy komentarze i monologi naśmiewające się z otoczenia, wrogów czy napotkanych postaci. Niektórzy powiedzą, że to już nie jest ten Borderlands, jaki poznaliśmy w poprzednich odsłonach, że uderza w nieco poważniejsze tony. Ale myślę, że taka odmiana po trzeciej części była potrzebna i odpoczynek od Pandory dobrze nam po prostu zrobi. Tak samo jak zupełnie nowy antagonista.




Pustkowia są passe

A może jednak nie zrobi? Ciężko na tę chwilę powiedzieć, bo tak naprawdę jakość gry ocenimy po 20–30 godzinach grania. Póki co można docenić fakt, że świat jest bardziej otwarty — nie ma ekranów ładowania - z drugiej jednak strony wszystko jest bardziej nieliniowe i skondensowane. Idziesz przez mapę i co chwila włącza się jakaś akcja czy skrypt. W jednej chwili wpadasz w wir walki z dwiema okolicznymi grupami, za chwilę widzisz desant statków na miasteczko, a jak przebiegniesz za wzgórze, musisz brać udział w jakimś pościgu. Ta swoboda i brak konieczności zaliczania głównych misji wedle kolejności ma więc swoje plusy i minusy.
Jak dla mnie, jest tego wszystkiego za dużo. Nigdy nie narzekałem na fakt, że w Borderlands 2 było dużo pustych terenów, które trzeba było przemierzać. A mam wrażenie, że tutaj twórcy wyszli z założenia, że nie możemy się nudzić, więc misji, dodatkowych aktywności i znaczników jest znacznie więcej na wirtualny kilometr kwadratowy. Być może taka jest charakterystyka nowej planety i właśnie tym między innymi różni się ona od Pandory. Zastanawiam się jednak, czy takie „TikTokowe” tempo nie będzie na dłuższą metę męczące.
Zapachniało Apex Legends

Zmiany nie dotyczą jednak tylko fabuły i miejsca akcji. Sporo zmieniło się także w gameplayu. I tutaj mam mieszane odczucia - gra jest teraz bardziej dynamiczna i pozwala nam na sporą swobodę w wyborze ruchów i poruszania się po planszach. Czego tu nie ma: podwójny skok, pływanie, specjalny hak, którym możemy łapać się elementów otoczenia, by przemierzać długie dystanse i dostawać się do wrogów, a nawet możliwość szybowania i atakowania z góry (to akurat kojarzy mi się ze średnio udanym Borderlands: The Pre-Sequel). Choć trzeba przyznać, że terowanie jest intuicyjne, a wrogowie zmuszają do ciągłego ruchu i interakcji z otoczeniem, więc dość szybko można się przestawić. Nawet jeśli czasem przypomina to trochę bardziej Apex Legends niż Borderlands. Walcząc z jednym z bossów na końcu krypty, trzeba było nie tylko strzelać, ale i skakać, i łapać się hakiem, bo powierzchnia zamieniała się w żrącą toksynę. Takich akcji jest tu więcej. wszystko toczy się w zawrotnym tempie.
Nie do końca podoba mi się też nowy radar-kompas zamiast klasycznej minimapy. Niby ma to zwiększyć naszą immersję ze światem, ale chyba wolałbym mieć jednak wybór. Chociaż biorąc pod uwagę, że planeta nie jest tak pusta jak Pandora i oferuje znacznie więcej atrakcji oraz terenów górzystych, gdzie musimy się wspinać, być może faktycznie ma to większy sens — bo świat (przynajmniej w demie) w kilku miejscach był zbudowany wertykalnie. W dostępnym buildzie dość szybko zdobyłem też grawitacyjny skuter, którym można było jeszcze szybciej przemieszczać się po mapie, ale to spowodowało, że szybciej też wskakiwały nowe cele misji i znaczniki. Ułatwiało to eksplorację, ale gdzieś jednak trochę brakowało mi tego poczucia odkrywania pustkowi, gdzie nie na każdym zakręcie musi się coś dziać czy czekać przeciwnik.
Lilith wróć?

Nie jestem w stanie powiedzieć, jak wypada balans postaci, bo z czterech nowych bohaterów wypróbowałem tylko dwóch. Na pewno wyglądają ciekawie, choć do najlepszych projektów w serii trochę im brakuje. Choć podkreślę kolejny raz - godzina zabawy to za mało, by ocenić ich charaktery. Harlowe (Gravitar) miała bardzo fajny atak, który po wystrzeleniu kuli grawitacyjnej pochłaniał wrogów i zadawał dodatkowe obrażenia przed detonacją. Jednak bardziej do gustu przypadł mi Amon, który mógł blokować obrażenia tarczą żywiołów, a co więcej, jego ataki również się na nich opierały, wykorzystując do walki topory. Ogólnie cała czwórka nowych Vault Hunterów - bo mamy jeszcze syrenę Vex i żołnierza Rafę w egzoszkielecie - stylistycznie fajnie wpisuje się w uniwersum. Choć wiadomo, Lilith jest tylko jedna!
Oczywiście w dalszym ciągu kluczem do sukcesu jest strzelanie i satysfakcjonujący grind z masą wypadającego tu i ówdzie lootu. Wciąż też headshoty sadzi się z ogromną frajdą, a broni ponownie jest cała masa. Ich odkrywanie to, jakby nie patrzeć, DNA serii. Tym razem pukawki mogą być złożone z części różnych producentów — wracają zarówno znane marki pokroju Jakobsa, Vladofa czy Tediore, jak i debiutują zupełnie nowe firmy. Slot na granaty został z kolei zastąpiony kieszenią, która nosi dźwięczną nazwę „Ordinance”. Można tam choćby schować poręczny miotacz dysków czy klimatycznego gatlinga. Cieszy też różnorodność wrogów, którzy atakują w grupach, potrafią nosić ogromne tarcze, ciężkie pancerze, strzelać do nas z ukrycia ze snajperek, a nawet próbują flankować.
Borderlands 4 to bez wątpienia powiew świeżości i coś innego niż Borderlands 3, który zjadał własny ogon. Jednocześnie nie jestem na razie pewien, czy zmiany w rozgrywce i klimacie wyjdą na dłuższą metę na dobre. Ja serio lubiłem to momentami klozetowe poczucie humoru, psycholi strzelających sobie w twarz i Claptrapa rzucającego sucharami. Tutaj jest tego znacznie mniej, więc wiele zależy od tego, czego oczekujecie po „czwórce”. Osobiście czekam na premierę, bo gunplay, zabawa z lootem i eksploracja świata wciąż sprawiają frajdę, ale czuję w kościach, że Borderlands 2 wciąż pozostanie moją ulubioną odsłoną.
Przeczytaj również






Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych