Andor (2022)

Andor (2022) – recenzja, opinia po 4 odcinkach serialu [Disney]. Wielkość od skromnych początków

Piotrek Kamiński | 20.09, 21:04

Cassian Andor jest ulicznym szczurem. Kradnie i sprzedaje drobiazgi, które pozwalają mu przeżyć kolejny dzień, tydzień. Nie to jednak jest jego nadrzędnym celem. Pragnie znaleźć siostrę, z którą kontakt stracił dawno temu. Po bardzo niefortunnie zakończonej sprzeczce z przedstawicielami władz, zaczyna interesować się nim nieprzyjemnie dużo osób. Nie wszyscy jednak są imperialistami...

Trudno nie zgodzić się, że Cassian był jedną z najciekawszych postaci „Łotra 1”, tuż obok granego przez Donny'ego Yena Chirruta Imwe. Przy okazji: sypnę w tym akapicie kilkoma spoilerami z tego filmu, więc jeśli ktoś jakimś cudem go nie oglądał, a i tak czyta ten tekst, to zapraszam niżej. Właściwie jeszcze przed premierą filmu można było spodziewać się do jakiego finału zmierza fabuła – choć teorie z Rycerzami Ren były całkiem fajne – tak więc z oczywistych przyczyn nie mieliśmy okazji poznać bohaterów jakoś bardzo dobrze, nie mieli kiedy zostać należycie rozwinięci. Jednak już w tym jednym filmie Cassian dał się poznać jako bezwzględny cyngiel na usługach rebelii, zdolny do wszystkiego, jeśli tylko zaszkodzi to Imperium. Miał też jednak bardziej ludzką stronę. Zabici w imię rebelii ludzie ciążyli mu na sumieniu, nie mógł zdobyć się na wyeliminowanie ojca swojej nowej towarzyszki, faktycznie zależało mu na swoim robocim kompanie. W dzisiejszym serialu Disney zabiera widzów w przeszłość Andora, pokazując jak wstąpił do rebelii, kim był wcześniej, sugerując nawet, że to, co zdawało nam się, że o nim wiemy, to ledwie wierzchołek góry lodowej.

Andor (2022) – opinia po 4 odcinkach serialu [Disney]. Tajemnicza przeszłość

Cassian i jeden z jego partnerów biznesowych

Niesamowite na skalę całej gwiezdnej sagi jest to, że pierwsze cztery odcinki „Andora” to zasadniczo po prostu szpiegowski sensacyjniak, który działałby dokładnie tak samo, gdyby zabrać mu kosmiczny setting. Nie ma w nim mocy, wybrańców, spektakularnych bitew. Jest bardzo, przepraszam za głupi żart, przyziemnie, intymnie wręcz. Fabuła kręci się wokół postaci głównego bohatera. Cassian jest zasadniczo enigmą. W pierwszym odcinku głównie snuje się z miejsca w miejsce po ulicach kosmicznej Australii, z jednej strony szukając wspomnianej już siostry, z drugiej, niczym Han Solo, borykając się z długami, kombinując jakby tu nie dać się zabić lichwiarzom. Stopniowo poznajemy inne, potencjalnie istotne dla szerszej fabuły postacie, z braku lepszego określenia nazywane znajomymi Andora, choć nierozsądnym byłoby darzyć ich zbytnim zaufaniem. Pomiędzy kolejnymi fragmentami głównej historii poznajemy też strzępki historii chłopca, który w dorosłym życiu znany będzie jako Cassian Andor.

Fabuła zbudowana jest z tajemnic i kontrastów. Samotny główny bohater, kontra w czepku urodzony imperialista, Syril Karn (Kyle Soller). Prosta, prymitywna wręcz technologia ludu, z którego wywodzi się Andor, kontra najnowsza technologia Imperium. Empatyczna Mon Mothma (Genevieve O'Reilly), kontra jej bezduszny mąż. Oficjalna kontra skryta przed światem twarz Luthena Raela (Stellan Skarsgard). Obecny Cassian, kontra bohater, którego poznaliśmy w „Łotrze 1”. Raz jeszcze wiemy dokąd, w najszerszych pociągnięciach pędzla, zmierza fabuła, więc twórcy serialu bardzo słusznie przenieśli znaczną część ciężaru opowieści na samą postać Cassiana i jego ewolucję jako bohatera. Po pierwszych czterech odcinkach mogę powiedzieć, że to raczej spokojny, klimatyczny serial. Trochę nieskoncentrowany w tej początkowej fazie, choć nie czuć tego jakoś bardzo, jako że wiemy z góry dokąd zmierzają bohaterowie. Brakuje mi jedynie jakichś głębszych więzi między postaciami. Wszyscy traktują się bardzo oficjalnie, albo przedmiotowo. Brakuje w tych ich relacjach emocji. Ale to dopiero cztery odcinki, wiele może się jeszcze pod tym względem zmienić.

Andor (2022) – opinia po 4 odcinkach serialu [Disney]. Gwiezdne wojny oczami zwykłego człowieka

Mon Mothma

Nie powinno nikogo dziwić, kiedy napiszę, że serial wygląda i brzmi bardzo dobrze. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy „Andorem”, a poprzednimi serialami live-action ze świata „Gwiezdnych Wojen”. Otóż twórcy serialu, wiedzeni możliwością „wyjścia z domu” po covidzie, postanowili nie korzystać z dobrodziejstw wymyślonej dla „Mandaloriana” technologii Stagecraft, która pozwalała wizualizować na żywo piękne tła, dzięki którym praktycznie nie dało się zauważyć, że serial kręcono w studiu, a nie na lokacji. Zamiast tego faktycznie ruszyli z kamerami w teren i przyznać muszę, że choć dotychczasowe seriale wyglądały absolutnie świetnie, to jednak towarzyszyła im jakaś taka... płaskość. Tymczasem tereny w „Andor”, zwłaszcza zieleń planety, którą odwiedzamy w trzecim i czwartym odcinku, są znacznie bardziej naturalne, nierówne, rozległe i dzikie. Nigdy do tej pory się nad tym nie zastanawiałem, ale w „Mandalorianie” nawet góra miała szczyt płaski jak boisko.

Statki kosmiczne zostały bardzo dobrze wkomponowane w tła, z zachowaniem stylu „Łotra 1”, czyli nawet zwykłe tie fightery robią mocne wrażenie, ponieważ oglądamy je z parteru, a głównym bohaterem nie jest przekozacki rycerz jedi. Miasta zawsze wyglądają odpowiednio kosmicznie – trafiamy nawet na Coruscant – i zamieszkują je intrygująco wyglądający obcy. Jedynie ciuchy miejscami trochę za bardzo przypominały mi coś, co można by zobaczyć na ulicach Warszawy, czy innego Londynu. „Gwiezdne wojny” jednak zawsze kojarzyły mi się z bardzo unikalną odzieżą – albo pałacowy szyk i elegancja, albo proste, ale raczej niezbyt klasycznie skrojone łachmany. Z drugiej strony Han Solo od zawsze chodził w raczej prostych ciuchach i gdyby zabrać mu pas, a wysokie buty zamienić na zwykle laczki, to wyglądałby jak byle Jędrek na rybach, więc może niepotrzebnie się czepiam.

Trzeba przyznać odpowiedzialnemu za kształt serialu Tony'emu Gilroyowi, że dawno już nie mieliśmy w gwiezdnej sadze tak dobrze napisanych postaci. I to nie tylko ze względu na Cassiana. Po stronie imperium również dzieją się ciekawe rzeczy. Zainteresowana sprawą Cassiana karierowiczka z Imperium, Dedra Meero też zapowiada się na ciekawą, upierdliwą postać, podobnie jak jej męski odpowiednik, wspomniany już Syril. Czy Dedra okaże się być zaginioną siostrą naszego głównego bohatera? Nie mam pojęcia, ale wiekowo by się zgadzało, a po co komu dwóch tak podobnych antagonistów. Jak nic coś z nią kombinują. Może niekoniecznie musi być spokrewniona z Andorem, ale wierzę, że nie będzie po stronie złych do samego końca – nie będę krył, po części dlatego, że dzisiejszy Disney tak właśnie pisze „złe” postacie kobiece.

„Andor” w swoich pierwszych odcinkach prezentuje się jako produkcja ze wszech miar inna od pozostałych odsłon gwiezdnej sagi, lecz przy tym wciąż przyjemnie znajoma. Historia Cassiana daje widzom szansę poznać ten świat od strony, która do tej pory zawsze znajdowała się gdzieś na uboczach – brudne ulice, niebezpieczni bandyci, ubóstwo, zdrady, oddolne nadwyrężanie potęgi Imperium. Fabuła mocno trzyma się głównego bohatera, ustępując mu miejsca tylko w momentach pokazujących początki ruchu, który kiedyś oficjalnie przerodzi się w rebelię. Potencjał jest ogromny, bohaterowie mogą ewoluować na multum różnych sposobów, raz za razem zmieniając kierunek historii. Czekam na gościnne występy znanych twarzy i dalszy rozwój wypadków. Tony Gilroy już parę dobrych scenariuszy w życiu napisał, więc liczę na to, że i tym razem podoła.

cropper