Batman

Nie tylko Top Gun Maverick. Dziesięć filmowych sequeli lepszych od oryginału

Dawid Ilnicki | 25.06, 13:00

Choć uśrednione noty na portalach filmowych trudno uznawać za obiektywną wartość danego filmu, nie ulega wątpliwości, że mający niedawno premierę na całym świecie “Top Gun: Maverick” jest filmem ocenianym wyżej od swego leciwego już poprzednika. Wpisuje się on jednocześnie we wcale nie tak dużą listę obrazów lepszych od swego poprzednika.

Mający interesującą historię powstania, film Tony’ego Scotta jest jednym z najciekawszych, filmowych fenomenów XX wieku. Wielki sukces kasowy tego widowiska można bowiem w równym stopniu przypisać niezwykle oryginalnej i interesującej tematyce, co ogromnemu talentowi reżyserskiemu, wchodzącego wtedy dopiero do filmowej pierwszej ligi, Tony’ego Scotta. Fabularnie jest to jednak rzecz co najwyżej przeciętna,  w wielu miejscach wręcz dziurawa, a większość postaci pobocznych jest w nim nakreślona wyjątkowo skromnie. Na jego tle błyszczy najnowsza produkcja, w reżyserii Josepha Kosinskiego, bo nie dość, że jest ona dużo efektowniejsza, to jeszcze scenarzyści postarali się o solidną ramę fabularną, jaką jest niezwykle trudna misja, do której przygotowuje młodych rekrutów Pete “Maverick” Mitchell. Twórcy dość sprawnie żonglują tu starymi motywami, tworząc wyjątkowo wciągającą opowieść, która potrafi zainteresować, nawet jeśli akurat nigdy nie było się fanem pierwszej części.

Pogardzane tu i ówdzie filmowe sequele są często oskarżane o odcinanie kuponów od swych oryginałów, bo rzeczywiście najczęściej realizuje się je po to, by zdyskontować sukces pierwszego filmu. Czasami jednak kontynuacje są pomyślane jako naturalne rozwinięcie pewnych wątków, obecnych w pierwszym filmie, wzbogacone o dużo atrakcyjniejsze elementy. Potrafią one również kompletnie zmienić konwencję wcześniejszej produkcji, sprawiając, że mimo iż mamy do czynienia z podobną opowieścią, tak naprawdę oglądamy zupełnie inny film. Wybrałem dziesięć filmowych sequeli, które w powszechnej opinii są lepsze od swych poprzedników. 

Gwiezdne wojny: Część V - Imperium kontratakuje

Choć nie sposób odmówić zasług pierwszej (czy też, chronologicznie: czwartej) części wielkiej trylogii George’a Lucasa, za sprawą której cały świat zafascynował się barwnym i niezwykle atrakcyjnym światem Star Wars, o tyle dziś panuje już właściwie konsensus na temat tego, że to widowisko z 1980 roku jest filmem lepszym. Efektowniejszym, dużo bardziej zwartym fabularnie, a w dodatku zawierającym w sobie więcej scen ikonicznych, pamiętanych przez fanów gwiezdnego cyklu po dziś dzień. 

The Dark Knight

Tworząc swoją trylogię Christopher Nolan postanowił w pierwszym filmie solidnie zarysować świat przedstawiony, przez co “Batman Begins”, oglądany dziś, potrafi momentami znużyć. Takich problemów nie ma w ogóle druga część, nieprzypadkowo uznawana za jeden z najlepszych obrazów o Człowieku-Nietoperzu w historii, która od początku rusza z kopyta. I choć oczywiście można narzekać na to, że w filmie o Batmanie najważniejszą postacią wcale nie jest nocne wcielenie Bruce’a Wayne’a, kreacja jego głównego antagonisty jest na tyle dobra, że nie ma wątpliwości, iż jest to widowisko lepsze niż jego poprzednik. 

Dobry, Zły i Brzydki

Sergio Leone królem spaghetti-westernów jest, jak lew królem dżungli! Jego największym osiągnięciem, poza epickim “Dawno temu w Ameryce” jest przesławna “trylogia dolarowa”, mająca swą premierę w latach 1964-1966. Choć oczywiście dwie pierwsze części cieszyły się sporą popularnością, a także estymą wśród krytyków i znawców podgatunku (choć akurat nie tuż po premierze!), to jednak wieńczący cykl obraz jest dziś uważany za najlepszy. Trudno się temu dziwić, choćby dlatego, że zwyczajową fabułę, skoncentrowaną wokół pojedynku dwóch antagonistów, nieco łamie obecność tego trzeciego. Grany przez Eli Wallacha, Tuco jest niezwykle oryginalną personą, wprowadzającą tu wiele elementów czysto komediowych. Oczywiście ciężko w tym wypadku mówić o czystym sequelu “Za garść dolarów”, ale jednocześnie nie sposób pominąć tego filmu w tym zestawieniu. 

Thor: Ragnarok

Stworzony przez Kennetha Branagha, a przez to na wskroś szekspirowski, “Thor” miał jeszcze swoich entuzjastów, ale już jego druga część nie podobała się nawet jej reżyserowi, znanemu choćby z tworzenia odcinków “Rodziny Soprano”, Alanowi Taylorowi. Dopiero obdarzony oryginalną wyobraźnią Nowozelandczyk Taika Waititi wykorzystał pełen potencjał tej postaci, tworząc widowisko z jednej strony niebywale efektowne, a z drugiej również niezwykle kolorowe i zabawne. Pojedynek wspomnianego bóstwa z jego siostrą Helą jest do dziś wymieniany w gronie najlepszych filmów MCU. 

Martwe Zło 2

O ile o pierwszej części najważniejszego cyklu filmowego Sama Raimiego można było powiedzieć, że stoi jeszcze mocno na fundamencie dość klasycznego kina grozy, o tyle w drugiej twórcy już zupełnie puszczają się poręczy, realizując jedną z najlepszych produkcji z podgatunku komediowego horroru. W dodatku grany przez Bruce’a Campbella, legendarny Ash Williams właśnie w tym filmie nabrał cech, za które go pokochaliśmy. Wartka akcja, świetne momenty grozy, a do tego kultowe teksty (“Poczułem się tak, jakby ktoś przeszedł po moim grobie…”) zadecydowały o tym, że jest to bez wątpienia jeden ze sztandarowych przykładu sequela lepszego niż oryginał.  

Avengers: Wojna bez granic

W “Avengers: Infinity War” udało się nie tylko wykreowanie potężnego przeciwnika - Thanosa, ale również zarysowanie poważnego problemu, będącego swoistym usprawiedliwieniem jego działań, czego w żadnym wypadku nie zrobiły dwa pierwsze widowiska z reżyserii Jossa Whedona, które nawet pod kątem czystej akcji wypadły gorzej od dzieła braci Russo. Ponadto, nietypowo dla tego typu kina, udało się tu nawet uniknąć standardowego, dobrego zakończenia, co naturalnie dało możliwość kontynuacji działań drużyny superbohaterów w niemal równie dobrej odsłonie, wieńczącej fazę czwartę MCU.

Star Trek 2: Gniew Khana

Pierwsza część, liczącej już sobie trzynaście tytułów, serii filmowych przygód załogi statku Enterprise, wydawała się jeszcze średniej jakości dodatkiem do serialu. Już druga odsłona mogła bez problemu funkcjonować nawet bez odniesień do dzieła telewizyjnego. Podobnie jak w przypadku poprzedniego tytułu, tak i tu udało się bowiem przedstawić niezwykle groźnego protagonistę, granego przez Ricardo Montalbana, Khana, a także zadbać o całkiem niezły scenariusz. Choć osobiście najbardziej cenię obraz ósmy, to jednak “dwójkę” ogląda się równie dobrze i jest ona zdecydowanie lepsza od swego poprzednika.

Superman II

Pierwszy film z 1978 roku cierpi na zdecydowany nadmiar ekspozycji kosztem czystej akcji, której w drugiej części jest z kolei co niemiara. Ziemię nawiedza bowiem trzech towarzyszy głównego bohatera, pochodzących z jego planety, a zatem obdarzonych niemal taką samą mocą co Superman. Szczególnie mocne wrażenie robi tu grany przez Terence’a Stampa, generał Zod, który powrócił w “Człowieku ze stali”, odtwarzany już przez Michaela Shannona. Dodatkową ciekawostką związaną z sequelem jest fakt istnienia dwóch wersji: oficjalnej, wyreżyserowanej przez Richarda Lestera, a także tej stworzonej jeszcze przez Richarda Donnera, który z czasem został przez niego zastąpiony. 

Blade II

Film Stevena Norringtona z 1998 roku jest w zasadzie kwintesencją lat 90’ w kinie mainstreamowym i dziś ogląda się go całkiem nieźle, jeśli oczywiście przymknąć oko na pewne elementy. Jego kontynuacja z 2002 roku to już dzieło całkowicie oryginalne, głównie ze względu na zatrudnienie Meksykanina Guillermo Del Toro, który odcisnął na tym widowisku wyraźne piętno, głównie pod względem estetycznym. Film jest zdecydowanie mroczniejszy, ma ciekawszych bohaterów pobocznych i jest lepszy od całkiem udanej “jedynki”. 

Toy Story 3

Choć pierwszym dwóm częściom legendarnej tetralogii Pixara, która zmieniła oblicze animacji, nic nie da się zarzucić, to jednak trzecia odsłona jest z pewnością tą najbardziej efektowną i zdaje się najpełniej wykorzystywać potencjał całego uniwersum. Już pierwsze sekwencje znamionują duże ambicje i chęć przebicia tego co twórcy zrobili poprzednio, a mamy tu również znakomity koncept fabularny i masę kapitalnych, komediowych motywików. Docenić należy również to, że nawet w animacji przeznaczonej dla dzieci czarny charakter może pozostać zły do końca, jak również prawdziwie poruszające zakończenie. 

cropper